Katarzyna Gubała/Rynek Zdrowia | 08-11-2019 05:55

Zapadł wyrok pozbawienia wolności za napaść na zespół ratownictwa. Czy to będzie przestroga?

Wyrok 5 miesięcy bezwzględnego więzienia za atak na zespół pogotowia ratunkowego w Strzelcach Opolskich, jaki zapadł w październiku br., spotkał się z pozytywnym odbiorem środowiska ratowników medycznych. Ale czy nieuchronna kara będzie straszakiem dla kolejnych agresorów, czas pokaże. Na razie ratownicy medyczni wciąż muszą się bronić.

W przypadku napaści najważniejsze dla środowiska ratowników medycznych to nieuchronność kary oraz skuteczne podejmowanie działań przez organy ścigania. Fot. archiwum

Agresywny pijany mężczyzna, do którego została wezwana karetka pogotowia, groził śmiercią ratownikowi medycznemu i pielęgniarce, a gdy schowali się przed nim do karetki, pięściami tłukł w szyby pojazdu. Oprócz kary 5 miesięcy więzienia, ma zapłacić za naprawę uszkodzonej karetki i nawiązkę dla członków załogi.

- To był czyn chuligański. Nie było żadnego powodu, żeby oskarżony zachował się w ten sposób wobec osób, które niosły mu pomoc - uzasadniała w wyroku sędzia Małgorzata Kalemba. Zaś jak podały media prokurator Michał Datoń, był usatysfakcjonowany wymierzeniem kary bezwzględnej i miał nadzieję, że wyrok ten będzie przestrogą dla ewentualnych naśladowców.  

Czytaj też: Napaści na ratowników medycznych to już plaga. Czy wytyczne prokuratora generalnego poskutkują?

Dr Jarosław Madowicz, prezes Polskiego Towarzystwa Ratowników Medycznych uważa, że najważniejsze dla środowiska ratowników medycznych to nieuchronność kary oraz skuteczne podejmowanie działań przez organy ścigania. Wskazuje, że ratownik medyczny, który pomimo tego, że podczas wykonywania swoich czynności zawodowych korzysta z ochrony prawnej jak funkcjonariusz publiczny, nie zawsze może liczyć z działaniami organów ścigania, które wykorzystują takie uprawnienie.

Zawsze dążyć do finału w sądzie
- Uświadamianie społeczeństwu, że osoby atakujące ratowników medycznych będą ponosić konsekwencje karne, jest dla całego środowiska bardzo ważne. Liczymy na aktywne reakcje policji i prokuratury w sytuacjach, w których dochodzi do ataków. Mamy nadzieję, że każda sytuacja ataku - słownego czy fizycznego, będzie kończyła się sprawą sądową - wyjaśnia prezes PTRM.

Krzysztof Wiśniewski, ratownik medyczny - specjalista pielęgniarstwa ratunkowego, kierownik Działu Usług Medycznych i Szkoleń w Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Bydgoszczy podaje, że kierowany przez niego dział monitoruje akty agresji w stosunku do swoich ZRM.

- W tym roku, do dnia 31 października, odnotowaliśmy 15 takich sytuacji. W latach poprzednich średnio było ich 18-20 rocznie. Każda z nich została przeze mnie zgłoszona do organów ścigania jako wniosek o ściganie sprawcy agresji w stosunku do personelu medycznego oraz do Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy, bo tak mówi procedura. Wiele z tych spraw z Bydgoszczy jest już zakończona wyrokiem skazującym. Najczęściej jest to kara pieniężna na rzecz samego poszkodowanego, instytucji - relacjonuje Krzysztof Wiśniewski.

Czas pokaże, czy to działa
Dodaje, że z zadowoleniem obserwuj działania policji i sądu w tych sprawach. Uważa, że wyrok skazujący dla agresora na 5 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności bez zawieszenia - który został dobrze i z nadzieją przyjęty przez ratowników medycznych - powinien odstraszyć potencjalnych sprawców.

- Powinien! Czy tak będzie, czas pokaże - podkreśla kierownik Działu Usług Medycznych i Szkoleń WSPR w Bydgoszczy i wskazuje, że… - Ciągle czekamy na rozstrzygnięcie głośnej sprawy z listopada 2018 roku, kiedy to ratownik medyczny z Bydgoszczy został uderzony przez znanego operatora filmowego Matthew L. Sprawa toczy się w sądzie i mamy nadzieję na jej zakończenie.

W rozmowie z Rynkiem Zdrowia charakteryzuje agresywnych pacjentów, z którymi mają styczność załogi karetek i SOR. Są to głównie pacjenci pod wpływem alkoholu lub środków psychoaktywnych (narkotyków, dopalaczy).

- To pacjenci ''weekendowi'' i ''świąteczni'' - tak ich nazywamy. Wtedy królują wyżej wymienione substancje. Jak wynika z doświadczeń ratowników medycznych, to główne przyczyny agresji. Agresywni są nie tylko pacjenci - również znajomi i rodzina pacjenta. Oczywiście są też pacjenci z chorobami psychicznymi, ale u nich agresja występuje z powodu zaostrzenia choroby, np. schizofrenii, i tu musimy być przygotowani na taką ewentualność. Również hipoglikemia, czyli spadek poziomu glukozy, może wywołać agresję czy inne podobne zachowania u pacjentów, ale tu sytuacja jest zrozumiała dla każdego medyka - wylicza Wiśniewski.

Najbardziej niepokoją go jednak osoby, które są agresywne ''dla samej agresji'', bez powodu - trzeźwe, czyste od dopalaczy.

- Do dziś nie potrafię zrozumieć, że osoby niosące pomoc zostają nagle obrażane, popychane, uderzane, bite, mierzy się do nich z broni! To nie powinno się zdarzać. Nigdzie, ale szczególnie w ratownictwie medycznym. W naszej stacji wszyscy ratownicy medyczni wyposażyli się prywatnie, indywidualnie w gaz pieprzowy. Po co? Żeby czuć się bezpiecznie! Bo policja nie zjawi się natychmiast na miejscu zdarzenia, a sytuacja bywa dynamiczna i zaskakująca. My szkolimy nasz personel nie tylko z procedur medycznych ale już coraz częściej z samoobrony, przymusu bezpośredniego itp. Mamy porozumienia z policją i Służbą Więzienną z Bydgoszczy na szkolenia z tego zakresu - informuje Krzysztof Wiśniewski.

Od szkoleń po miejsca postojowe
O bezpłatne szkolenia z zakresu samoobrony dla ratowników medycznych w Warszawie zaapelowała niedawno do ratusza radna miasta stołecznego Aleksandra Śniegocka-Goździk, przewodnicząca Komisji Polityki Społecznej i Rodziny.

- W mediach pojawiają się kolejne doniesienia o atakach na zespoły karetek, dlatego poruszyłam kwestię szkoleń z samoobrony dla ratowników. Warto zauważyć, że ratownicy medyczni pracują na samozatrudnieniu, muszą z własnej kieszeni płacić za różne szkolenia. Jako miasto nie możemy dopłacać do ich szkoleń, ale możemy wspierać ich bezkosztowo. Szkolenia mogliby przeprowadzić pracownicy Straży Miejskiej. Gdy udałam się do ratowników, by porozmawiać na temat tego, czy potrzebują takich działań, okazało się, że problemów jest o wiele więcej - mówi.

W jej opinii społeczeństwo przestało doceniać ratownictwo medyczne, zwracać uwagę na potrzeby tego środowiska.

- Ratownictwo medyczne w Polsce stoi na krawędzi. To, że się utrzymuje na niej, to zasługa doświadczenia i zaangażowania ratowników medycznych, którzy pracują także w Warszawie. Po dyskusji z ratownikami medycznymi Wojewódzka Stacja Pogotowia Ratunkowego i Transportu Sanitarnego "Meditrans" SP ZOZ w Warszawie powstało kilka punktów, które Warszawa może ratownikom medycznym dać, żeby podziękować im za ciężką pracę i nieco ją ułatwić – wskazuje radna Śniegocka-Goździk.

Ratownicy medyczni zwrócili uwagę, że w ciągu dnia na ulicach Warszawy może pracować ok. 50 karetek.

- Zwróciłam się do Roberta Soszyńskiego, wiceprezydenta Warszawy odpowiedzialnego za transport w mieście, o umożliwienie wjeżdżania karetkom nie na sygnale na buspasy. Spotkało się to z pewnymi obawami, że policja i straż pożarna też mogą chcieć posiadać takie same uprawnienia. Jednak karetki jeżdżą do ochrony zdrowia, ratowania życia, a policja i straż do wielu innych interwencji niż zagrożenie życia – zauważa radna. – Dlatego nie poddaję się, wiele przemawia za tym rozwiązaniem, wszystko w rękach prezydenta Warszawy.

Co ty wiesz o ratownikach...
Kolejna sprawa - miejsca postojowe dla karetek pogotowia. Radna przytacza przykład spółdzielni na Ursynowie, która wypowiedziała ambulansom miejsca postojowe ze względu na skargi mieszkańców.

- Dzięki dużemu zaangażowaniu burmistrza Ursynowa nie doszło do tego, karetki zostaną w tym miejscu, natomiast docelowo chcemy usiąść z "Meditrans" i burmistrzami i ustalić takie miejsca, w których ratownicy za 2-3 lata nie usłyszą, że znowu muszą się przenosić. To są małe rozwiązania, ale bardzo przydatne i miasto stać na nie. Warto zrobić coś dobrego dla ratowników medycznych, docenić ich codzienną wysiłek - podkreśla Agnieszka Śniegocka-Goździk.

Krzysztof Wiśniewski z Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Bydgoszczy też wierzy w potęgę małych zmian i ma nadzieję, że w Polsce tak jak w krajach zachodnich personel ZRM będzie szanowany i będzie to widać na każdym kroku.

- Że np. będzie coraz więcej sklepów, gdzie personel ZRM na służbie będzie obsługiwany poza kolejką i ze zniżką. To już się dzieje w innych krajach. Tam widok paramedyków w sklepie wzbudza uśmiech ludzi w kolejce. Są pozdrawiani. W Polsce cały czas wzbudza to dziwne odczucia w społeczeństwie i pytanie: ''kto teraz ratuje, jak wy jesteście w sklepie'' - mówi.

I dodaje, że nikt w systemie ratownictwa medycznego nie pozwala sobie na stworzenie zagrożenia dla pacjenta, ale ratownik medyczny, lekarz, pielęgniarka – mówiąc kolokwialnie - to też człowiek.

- Musi zjeść, napić się, odpocząć. Często pomiędzy wyjazdami, gdzie widzimy tragedie ludzkie, śmierć nie mamy czasu porozmawiać np. z  psychologiem, czy swoim kolegą. Jedziemy dalej ratować życie. Pozwólmy więc kupić ratownikowi wodę, hot-doga. Uśmiechnijmy się do niego. Pozdrówmy i życzmy spokojnego dyżuru i dnia. To naprawdę tak niewiele, a dużo dla nas znaczy - podkreśla Krzysztof Wiśniewski.