W rodzinie chory nie zginie. O początkach psychiatrycznej opieki środowiskowej

Autor: Ryszard Rotaub/Rynek Zdrowia • • 16 marca 2015 06:14

Ponad 100 lat temu rodziny przyjmowały pod swój dach chorych psychicznie, by opiekować się nimi. Opieka środowiskowa, którą dziś uważamy za miarę cywilizacyjnego postępu i z dumą wpisujemy do Narodowego Programu Ochrony Zdrowia Psychicznego, nie jest niczym nowym. Kwitła pod zaborami.

W rodzinie chory nie zginie. O początkach psychiatrycznej opieki środowiskowej

Można zapytać, gdzie jesteśmy jako społeczeństwo, skoro nasi pradziadowie nie mieli oporów, żeby troszczyć się o obcych, chorych psychicznie ludzi, podczas gdy my boimy się nawet kontaktu z nimi - jakby można było zarazić się chorobą psychiczną.

- Pielęgnację chorych przy rodzinach, czyli opiekę domową, zwaną również familijną, znano w Europie już w średniowieczu. Nie da się jej przenieść do współczesności, pomimo że ok. 100 lat temu pacjenci mogli pomagać w gospodarstwach rodzin, które się nimi opiekowały. To nie te czasy - mówi dr Henryk Kromołowski, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Neuropsychiatrycznego w Lublińcu.

- Naszym podopiecznym nie wolno pracować ze względu na obowiązujące prawa pacjenta. Mogą jedynie wykonywać określone czynności, które zawarte są w programach terapeutyczno-diagnostycznych i rehabilitacyjnych stosowanych we współczesnej psychiatrii - zaznacza.

Kromołowski napisał niedawno monografię z okazji 120 lat działalności Szpitala w Lublińcu (Rozwój opieki psychiatrycznej i leczenia uzależnień, Katowice, 2014). Ustalił, że w Lublińcu w lutym 1905 r. niejaki dr Otto Oskar Klinke wprowadził pielęgnację chorych przy rodzinach. Kilka miesięcy później z pomysłu skorzystano również w Lubiążu (jest tam Wojewódzki Szpital dla Nerwowo i Psychicznie Chorych).

Oszczędności zawsze brzmią znajomo
Szczególnie frapujące są fragmenty książki poświęcone ekonomicznym motywom powierzania chorych w kuratelę okolicznym mieszkańcom, głównie chłopom i rzemieślnikom.

Sposób myślenia ówczesnych kierowników zakładów psychiatrycznych odwoływał się do argumentów, jakimi posługujemy się obecnie, by uzasadnić zalety opieki środowiskowej.

Przeczytajmy, co pisał w 1911 r. cytowany także przez autora dr Otto Kieserling: "Oszczędności pozyskane dzięki opiece rodzinnej są bez wątpienia całkiem znaczne, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę, że w razie rezygnacji z niej potrzebna byłaby odpowiednia ilość łóżek i trzeba byłoby zatrudnić nowych pielęgniarzy".

Gdy to pisał, 77 kobiet i mężczyzn miało zapewniony wikt i opierunek u okolicznych gospodarzy. Co nie znaczy, że wyzbyto się przesądów i powszechnie uznano, że choroby te to zaburzenia czynności ośrodkowego układu nerwowego. Można jednak przypuszczać, że tam gdzie wprowadzono opiekę familijną, ludzie byli bardziej tolerancyjni i empatyczni wobec chorych.

"Jedno jest jednak pewne: nie można z żadnej innej pozycji budżetowej zaoszczędzić w sposób łatwiejszy, a przede wszystkim korzystniejszy dla chorych niż właśnie z intensywnie rozszerzającego się systemu opieki rodzinnej!" - podsumował entuzjastycznie lubliniecki eksperyment Otto Kieserling. Prawda, że brzmi znajomo?

Oczywiście, korzyści terapeutycznych też nie sposób pominąć. Lekarz wraz z pielęgniarzem raz w miesiącu lub częściej kontrolowali warunki pobytu i stan zdrowia podopiecznych.

Tradycja uwspółcześniona
Model opieki familijnej, który legł u podstaw współczesnej opieki środowiskowej, stosowano w Polsce również przed II wojną. Np. Szpital w Choroszczy (woj. podlaskie) spokojnych chorych oddawał pod kuratelę rodzin zamieszkałych w odległości 8-10 km od lecznicy.

Była to opieka typu adneksyjnego - mieszkali poza szpitalem, ale korzystali z fachowej opieki, ubioru, ustalonego sposobu leczenia, leków itp. Pomagali w pracach na roli, w ogrodnictwie, hodowli bydła, owiec, świń i różnego rodzaju warsztatach rzemieślniczych - można dowiedzieć się ze strony Samodzielnego Publicznego Psychiatrycznego ZOZ w Choroszczy.

Jakiś czas temu opowiadał nam o tym prof. Andrzej Czernikiewicz, kierownik Katedry i Kliniki Psychiatrii Uniwersytetu Medycznego w Lublinie. Z jego ustaleń wynika, że rodziny troszczyły się również o pacjentów, którzy opuszczali szpital, a nie mieli gdzie się podziać. Według profesora, z czasem traktowano ich jak członków rodzin.

- Trzeba jak najprędzej odejść od modelu, w którym główną metodą leczenia jest leczenie szpitalne - apelował profesor. Takie wezwania trafiają na podatny grunt, lecz bywają różnie interpretowane.

- W Małopolsce występuje bardzo korzystna tendencja zmniejszania liczby szpitalnych łóżek w psychiatrii właśnie na rzecz zdecydowanie bardziej pożądanej i skutecznej opieki środowiskowej. Odsetek tego typu łóżek w naszym regionie sięga ok. 5%, czyli znacznie mniej niż w ościennych województwach, gdzie wynosi 10-12% - Wojciech Kozak, wicemarszałek województwa małopolskiego, zachwalał pozytywne zmiany podczas konferencji regionalnej Rynku Zdrowia (Kraków, 25 stycznia 2015).

Psychiatria środowiskowa nie wyeliminuje stacjonarnej
Z tym zmniejszaniem liczby łóżek psychiatrycznych trzeba jednak bardzo uważać, bo można wylać dziecko z kąpielą. Faktem jest, że w miarę postępów w farmakoterapii maleje zapotrzebowanie na izolację chorych.

Ale trzeba też pamiętać, że szpitale psychiatryczne w Polsce są przepełnione (dostawki na korytarzach), funkcjonują w fatalnych warunkach (częstokroć w starych gmaszyskach), a opieka środowiskowa, która mogłaby przejąć część hospitalizowanych jest w powijakach (mimo wiekowej tradycji).

Poza tym wydatki na psychiatrię stanowią (2014 r.) zaledwie 3,2 proc. budżetu NFZ, podczas gdy w UE przeznacza się średnio 6 procent.

- Narodowy Program Ochrony Zdrowia Psychicznego nie przewiduje zmniejszenia liczby łóżek, przewiduje tworzenie oddziałów na poziomie powiatów - wyjaśnia dr hab. Piotr Gałecki, krajowy konsultant w dziedzinie psychiatrii.

W tym samym czasie, gdy jedni redukują liczbę łóżek i rozwijają opiekę środowiskową, inni budują szpitale psychiatryczne (i to w sytuacji, gdy Fundusz za łóżko na oddziale psychiatrycznym płaci rocznie 55-60 tys. zł, natomiast za łóżko na innych oddziałach co najmniej dwa razy więcej).

Np. prywatna spółka Medison, która prowadzi w Koszalinie m.in. psychiatryczny oddział stacjonarny, oddział dzienny, a także poradnie zdrowia psychicznego, buduje szpital na 150 łóżek.

Z kolei w Drewnicy, w pobliżu Warszawy, samorząd województwa postanowił zainwestować 177 mln zł w nowy szpital, który ma zastąpić obecny. Budować więc, czy nie budować?

Ciemna liczba chorych
Bilans potrzeb w zakresie lecznictwa stacjonarnego zaciemnia dodatkowo zjawisko hospitalizowania pacjentów, którzy znaleźli się w szpitalach bardziej z powodów rodzinnych, społecznych i ekonomicznych niż medycznych. Po prostu nie uzyskali pomocy w ramach psychiatrii środowiskowej i ambulatoryjnej, i pod wpływem zabiegów opiekunów (rodzin, pomocy społecznej) trafili do szpitala. Ilu ich jest?

- Tego nikt nigdy nie policzył - przyznaje Piotr Gałecki. Wskazuje, że to samo zjawisko występuje na oddziałach internistycznych, geriatrycznych, endokrynologicznych, diabetologicznych.

- Jeśli lekarz przyjmuje kogoś do szpitala z przyczyn pozamedycznych, to jest to błąd lekarza, a nie wada systemu - przekonuje konsultant krajowy.

Gdyby jednak chorzy i ich bliscy mieli wsparcie ze strony systemu pomocy społecznej, psychiatrycznej opieki środowiskowej i ambulatoryjnej, przynajmniej część z nich nie musiałaby przebywać w przeludnionych, niedoinwestowanych, zaniedbanych lecznicach.

Z danych resortu zdrowia wynika, że w 2013 r. prawie 200 tys. osób było leczonych w szpitalach psychiatrycznych, a średni czas hospitalizacji wynosił ponad 30 dni. Na różne problemy ze zdrowiem psychicznym uskarża się od 20 proc. do 30 proc. Polaków.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum