USA i Hiszpania: dostęp do testów w kierunku COVID-19 był ograniczony. Efekt to piki zachorowań i zgonów?

Autor: Marzena Sygut/Rynek Zdrowia • • 19 kwietnia 2020 22:56

- Na początku epidemii nie testowaliśmy pacjentów, którzy mieli łagodne objawy koronawirusa. Takie było oficjalne stanowisko. Efekt był taki, że personel medyczny, który podejrzewał u siebie zakażenie normalnie pracował - mówił w niedzielę (19 kwietnia) dr Roman Ostrowski, internista i pulmonolog ze Szpital Mount Sinai w Nowym Jorku.

Obecnie w Hiszpanii lekarze starają się testować pacjentów ciężko chorych i wszystkich nowych pacjentów, którzy przybywają do szpitala i wymagają np. interwencji chirurgicznej. Fot. Shutterstock

W Hiszpanii gdy tylko rozpoczęły się zachorowania testowano wszystkich. - Zmiana w podejściu nastąpiła wówczas, gdy system się zatkał - podkreślał z kolei dr Marcin Zasadowski, anestezjolog za Szpitala Virgen de la Luz (Hiszpania).

Obaj lekarze opowiadali na antenie TVN o podejściu do testowania w kierunku wykrywania koronawirusa w krajach, w których pracują.

USA: zalecenia się zmieniały
W USA wraz z rozwojem epidemii zmieniało się podejście decydentów do testowania chorych w kierunku koronawirusa i opieki nad pacjentami.

Jak tłumaczył dr Ostrowski, na początku epidemii w Nowym Jorku testowanie nie było płynne, a na wyniki czekało się nawet dwa tygodnie. Obecnie czeka się 3-4 dni i ograniczeń nie ma.

-  Do niedawna były takie zalecenia, aby nie testować osób z łagodnymi i średnimi objawami choroby. Dzwoniły do mnie pielęgniarki, które miały objawy choroby, ale dosyć łagodne, a my nie mieliśmy możliwości testowania, ponieważ nie spełniały one kryteriów. Po drugie zachęcano nas, aby pacjentów, którzy mają łagodne objawy nie testować - wyjaśnił dr Ostrowski.

Podkreślił, że związku z tym dochodzi do sytuacji, w których personel medyczny bez względu na zakażenie pracuje. - Ja osobiście nie widzę wielkiej potrzeby ciągłego badania osób, które są narażone na codzienny kontakt z osobami chorymi bezobjawowymi. Mam tu na myśli personel medyczny, personel sklepów, aptek - mówił dr Ostrowski, tłumacząc, że wiedza o zakażeniu bądź jej brak nie zmienia postępowania medycznego wobec osób przechodzących COVID-19 bezobjawowo.

Hiszpania: jak najwięcej testów u pacjentów pilnych
Innego zdania był dr Marcin Zasadowski. Jak wyjaśniał, w Hiszpanii na samym początku epidemii zaczęto testować w kierunku koronawirusa bardzo szeroko i nie było żadnego problemu z dostępem do testów.

- Wyglądało to w ten sposób, że każda osoba, która ze względu na objawy miała podejrzenie zakażenia koronawirusem mogła zadzwonić na specjalny numer i w ciągu kilku godzin miała pobrany materiał i wykonane badania - tłumaczył dr Zasadowski.

Jednak, jak podkreślił, w miarę upływu czasu, gdy liczba chorych się zwiększała, a wydolność systemu spadła, wówczas zdecydowano, że testy będzie można wykonywać w bardziej poważnych przypadkach.

- Uznano, że w sytuacji, gdy objawy są łagodne i postępowanie terapeutyczne wobec chorych nie zmienia się testy nie są potrzebne. Inna sprawą jest to, że gdy nie testujemy to nie wiemy tak naprawdę jaki jest przebieg epidemii - mówił polski lekarz pracujący w Hiszpanii.

Wyjaśnił też, że obecnie w Hiszpanii lekarze starają się testować pacjentów ciężko chorych i wszystkich nowych pacjentów, którzy przybywają do szpitala i wymagają np. interwencji chirurgicznej.

- Próbujemy robić jak najwięcej testów. Oczywiście moim zdaniem, tak jak w Polsce, tych testów jest za mało. Trzeba wykonywać ich jak najwięcej, bo to jest jedyny sposób, żeby zlokalizować drogi przemieszczania się wirusa - wyjaśniał dr Zasadowski.

Już po szczycie zachorowań?
Podkreślił też, że ma nadzieję, że Hiszpania jest już w etapie wygaszania epidemii.

- Spada nam ilość pacjentów przywożonych do szpitala oraz ilość zgonów. Wczoraj po raz pierwszy miała miejsce taka sytuacja, że liczba osób opuszczających szpital przewyższyła liczbę osób przyjmowanych. To są dobre wieści. Po raz pierwsze też zaczynamy przyjmować u nas w szpitalu pacjentów z innymi schorzeniami niż koronawirus. W mojej ocenie za tendencją spadkową stoi izolacji społeczna - mówił hiszpański specjalista.

Podobne nadziej wyraził też dr Ostrowski. Podkreślił on, że w szczytowym okresie zachorowań, który w Nowym Jorku przypadł na 4 kwietnia lekarze obawiali się, że zabraknie respiratorów. Na szczęście tak się nie stało.

-  Obecnie obserwujemy spadek zachorowań i zgonów. Ludzie przestają dzwonić i skarżyć się na te problemy. Najgorzej było dwa tygodnie temu, wówczas w ciągu jednego tylko tygodnie w Nowym Jorku zmarło 5400 osób z powodu koronawirusa (do 4 kwietnia), w tygodniu bilansowanym 11 kwietnia tych zachorowań już było mniej. Zgony spadły do poziomu 4811. Danych z tego tygodnia jeszcze nie mamy.

 W związku z tym już te respiratory wysyła się do innych stanów i mamy nadzieję, że ta ilość przypadków będzie się zmniejszać - podkreślił dr Ostrowski.

Nie powielajmy tych błędów
Stanowiska kolegów z Hiszpanii i Stanów Zjednoczonych ocenił prof. Andrzej Matyja, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej. Jak podkreślił, w Polsce nie chcemy mieć sytuacji ani hiszpańskiej, ani tej ze Stanów Zjednoczonych. - Ponieważ tak tam postępowano mają tyle zgonów - twierdził prof. Matyja.

-  Dopóki się nie wyeliminuje się bezobjawowych nosicieli będzie szerzyć się epidemia. My Polacy bądźmy mądrzejsi, badajmy, testujmy, bo 70-80 proc. chorych na COVID-19 to są bezobjawowi nosiciele, którzy mogą spowodować śmiertelną chorobę u innych - podsumował prezes NRL.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum