PAP-Patrycja Rojek-Socha/Rynek Zdrowia | 16-04-2017 10:46

Szef ośrodka izolacji pacjentów dyssocjalnych: są przekonani, że trafili tu przez pomyłkę

W ciągu trzech lat trzy razy występowałem do sądów z wnioskiem o zwolnienie pacjenta; zawsze odmawiano - mówi w rozmowie z PAP dyrektor ośrodka, w którym izolowani są pacjenci, tzw. "bestie". Większość nie chce się leczyć.

W ośrodku przebywa 38 pacjentów z zachowaniem dyssocjalnym. 3/4 nie podejmuje terapii. Fot. archiwum (zdj. ilustracyjne)

Krajowy Ośrodek Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie działa od 2014 r. Przebywa tu 38 osób; większość nie chce korzystać z terapii.

Trafiają tu sprawcy najpoważniejszych przestępstw, którzy odbyli karę więzienia, ale w opinii dyrektorów placówek powinni być dalej izolowani, bo z powodu preferencji seksualnych lub zaburzeń osobowości mogą popełniać kolejne przestępstwa.

O umieszczeniu w Gostyninie decyduje sąd na podstawie opinii biegłych. Jako pierwszy trafił tu Mariusz T., pedofil skazany w 1989 r. na karę śmierci za zabójstwo czterech chłopców, zamienioną potem na mocy amnestii na 25 lat więzienia. W ośrodku przebywa też jedna kobieta.

PAP: - 38 pacjentów to prawie czterokrotnie więcej niż zakładano na początku. Miało tu przebywać 10 osób...
Ryszard Wardeński, dyrektor Ośrodka:
- Tak, miało to być miejsce dla szczególnych przypadków. Jeśli jednak jest taka możliwość dyrektorzy zakładów karnych chętnie z niej korzystają i występują do sądów o umieszczenie u nas osób, które ich zdaniem są bardzo niebezpieczne.

Z kolei sądy - to moje odczucie - mogą mieć obawy, jeśli chodzi o ich zwalnianie, wolą izolować. A jeśli sąd skieruje taką osobę do mnie, muszę ją przyjąć.

- Ile w tej chwili jest wniosków o umieszczenie w ośrodku osób, które kończą odbywanie kary więzienia?
- Ok. 60. Problemem jest też to, że próbuje się do nas kierować osoby z chorobami psychicznymi czyli np. ze schizofrenią czy psychozą maniakalno-depresyjną.

- A ośrodek z założenia nie powinien takimi osobami się zajmować?
- Nie, bo te osoby wymagają leczenia psychiatrycznego, leków. Powinny znaleźć się na oddziale psychiatrycznym.

Nasz ośrodek jest przygotowany na leczenie zaburzeń osobowości, a najbardziej typowym tego przykładem jest osobowość dyssocjalną, kiedyś zwana psychopatią. Możemy też pomagać osobom z upośledzeniem umysłowym, bo w tych przypadkach też może dochodzić zachowań stwarzających problemy społeczne.

- Metody leczenia się różnią?
-
Oczywiście. Osobowość dyssocjalną można zmienić, ale to wymaga długotrwałej psychoterapii. I na tym to polega. Nasi podopieczni mają szansę, żeby pracować nad sobą poprzez indywidualne rozmowy z psychologami, seksuologami, terapeutami zajmującymi się uzależnieniami.

- Są chętni? 
- Średnio 3/4 spośród nich nie jest zainteresowanych terapią. Są przekonani, że trafili do więzienia przez pomyłkę sądu. Nie przyznają się, że popełnili przestępstwo, nie akceptują tej sytuacji ani tego, że znaleźli się tutaj. Część z nich twierdzi, że do więzienia trafili z powodów politycznych.

Oczywiście tych, którzy nie są krytyczni wobec własnego zachowania nie bierzemy pod uwagę w kontekście ewentualnego zwolnienia z ośrodka, ale ok. 1/4 spośród nich rzeczywiście chce pracować, chodzi na zajęcia, wkłada w nie wysiłek.

- Są wśród nich osoby, które Pana zdaniem powinny już opuścić ośrodek?
- W ciągu tych trzech lat istnienia ośrodka występowałem trzy razy do sądu z wnioskiem o zwolnienie. W każdym z tych przypadków, obserwując pacjenta na co dzień uznaliśmy, że nie stwarza już bardzo wysokiego zagrożenia dla życia i wolności, powtarzam bardzo wysokiego. Dlatego może kontynuować leczenie w ramach nadzoru prewencyjnego, poza ośrodkiem. Ale sąd powiedział: nie.

Jedna z tych osób to 72-letni pacjent; nie widzi na jedno oko, jest spokojny, funkcjonuje społecznie poprawnie, nie jest konfliktowy, nie przejawia agresji, żadnych zachowań seksualnych i też nie było zgody.

- Z czego to wynika?
- Załóżmy, że taka osoba po wyjściu na wolność znowu popełni przestępstwo; społeczna odpowiedzialność spada na tych, którzy zdecydowali się ją wypuścić.

Z drugiej strony poza naszą, opinie w tych sprawach wydawali biegli, którzy nie mają na co dzień do czynienia z psychopatami. Są psychiatrami, zajmują się schizofrenikami, osobami cierpiącymi na depresję. Ich opinia była rozpatrywana na równi z tą przygotowywaną przez osoby, które z tymi pacjentami miały ciągłą styczność i były w stanie ocenić zmianę.

- Może istotne jest to, dlaczego do was trafili?
- W ten sposób ocenialibyśmy zachowanie pacjenta na podstawie wydarzeń, które miały miejsce 20 lat temu. Zakładamy: skoro wtedy zabił, istnieje duże prawdopodobieństwo, że zrobi to ponownie. Ale w ten sposób można przyjąć, że nikt nie powinien opuścić tego miejsca.

- A Pana zdaniem powinno być inaczej?
Czas pobytu w ośrodku nie jest określony; uważam, że dla pacjentów pobyt tutaj jest szansą daną przez społeczeństwo. Co pół roku zasadność ich przebywania w ośrodku kontroluje sąd. Jeśli pracują, poddają się psychoterapii, uda się zmodyfikować ich funkcjonowanie społeczne i złagodzić cechy osobowości, to ten +koniec pobytu+ powinien kiedyś nastąpić.

- Do psychoterapii nie możecie ich zmuszać...
Oczywiście, że nie. Jeśli chcą, mogą z tego skorzystać; jeśli nie po prostu nie korzystają.

- Praca z nimi jest trudniejsza niż np. z osobami, które mają choroby psychiczne?
Tak, bo są to przede wszystkim osoby bezkrytyczne wobec swoich czynów. A poza tym nieustannie roszczeniowe, pieniacze.

Przesiąkli też subkulturą więzienną, co się najbardziej rzuca w oczy. Oczywiście próbowali budować też tutaj takie specyficzne, wewnętrzne więzienne struktury, ale nie pozwalamy im na to.

- Kiedy ośrodek powstawał w mediach pojawiały się krytyczne teksty o wysokim standardzie tego miejsca, kolorowych ścianach, jednoosobowych salach z łazienkami...
- Zacznijmy od tego, że nasz ośrodek powstał w miejsce oddziału psychiatrycznego o maksymalnym stopniu zabezpieczeniu. Musiałem go zaadaptować dla tzw. bestii. Kolorowe ściany nie były dla nich, ale dla poprzednich pacjentów, bo tak to wygląda na oddziałach psychiatrycznych.

Sale początkowo miały być jednoosobowe, m.in. po to, by w razie konieczności stawały się izolatką. Teraz, gdy mamy 38 pacjentów, zajmują je dwie, trzy, a na nawet osiem osób. Jedynym, w cudzysłowie, luksusem jest prysznic w każdej z tych sal - co wynika z konieczności zapewnienia bezpieczeństwa.

- A liczba pracowników?
- To też pewien wymóg bezpieczeństwa. Muszę mieć przykładowo tylu ochroniarzy, by zapewnić bezpieczeństwo pielęgniarkom, psychologom, terapeutom. W zakładzie karnym skazanych w jednej celi może być nawet dziesięciu, ale drzwi do celi są zamknięte. Strażników może być mniej.

Ja drzwi, bez przesłanek, zamknąć nie mogę, bo byłaby to izolacja, a więc forma przymusu. W takiej sytuacji muszę mieć odpowiednią liczbę personelu, by było bezpiecznie i tu nie chodzi o komfort pacjentów.

- Zdarzają się tzw. incydenty?
- Zdarzają się, ale nie jest to tak częste, jak można się tego spodziewać.

- Mają możliwość kontaktów ze światem z zewnętrznym, odwiedzają ich bliscy?
- Funkcjonujemy jak szpital, więc oczywiście, że tak. Odwiedzać można ich codziennie. Jedynym ograniczeniem jest ochrona, która takie spotkania nadzoruje. Sprawdza nie są dostarczane narkotyki, alkohol.

- I takie zewnętrzne wizyty są częste?
- Nie. Ludzie, którzy tutaj są, spędzili ok. 20 lat w więzieniu, zostali wyjęci z życia społecznego. Są oczywiście przypadki, że ktoś ma z nimi kontakt, odwiedza ich. Ale takie wizyty są rzadkie.

- Biorąc pod uwagę Pana doświadczenie; te osoby mają szanse wrócić do społeczeństwa?
Tak. Ale jak już mówiłem, zależy to od ich zaangażowania. Są tacy, u których to widać.

My nie jesteśmy naiwni, to nie jest tak, że pacjent może nami manipulować. Bierzemy pod uwagę zarówno to, jak funkcjonuje tutaj, jak i jego historię. Są oczywiście takie osoby, które powinny tutaj zostać, nie ma co do tego żadnej wątpliwości. Ale jest jakiś procent, który realnie skorzysta z naszej terapeutycznej oferty i ma szansę.