Ratownicy medyczni w dobie koronawirusa: widzimy same kije, marchewek brak

Autor: Jacek Wykowski/Rynek Zdrowia • • 20 kwietnia 2020 06:00

Ratownicy medyczni alarmują: nasza praca w dobie epidemii koronawirusa jest tak trudna, że w "służbie" zostali praktycznie najlepsi. Nie mamy dostępu do testów, odczuwamy niedobory w środkach ochrony osobistej, boimy się zakażenia, kwarantanny i utraty zarobków, we znaki dają nam się także sami pacjenci, którzy nierzadko kłamią. W końcu karetki będą stały puste - ostrzegają.

Ratownicy medyczni w dobie koronawirusa: widzimy same kije, marchewek brak
Pracujemy na granicy wytrzymałości psychicznej, każdy wyjazd to olbrzymi stres - mówi nam Roman Badach-Rogowski. Fot. Shutterstock

O realia pracy w czasie epidemii koronawirusa zapytaliśmy działaczy związkowych, ale jednocześnie czynnych w zawodzie ratowników medycznych - Romana Badacha-Rogowskiego, szefa Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego (KZZPRM) i Ireneusza Szafrańca, wiceprezesa Polskiego Towarzystwa Ratowników Medycznych (PTRM).

- Dobry ratownik to żywy ratownik. Jeżeli będziemy doprowadzać do tego, że będą się zakażać, karetki opustoszeją i cały system padnie. Pracujemy na granicy wytrzymałości psychicznej, każdy wyjazd to olbrzymi stres - mówi nam Roman Badach-Rogowski.

- Oprócz nowych zadań, które na nas spadły w związku koronawirusem, cały czas jeździmy do zawałów, udarów, urazów. Pracy przybyło i nie ukrywam, że jest ona o wiele trudniejsza – zaznacza Ireneusz Szafraniec.

Braki w wyposażeniu, strach przed utratą dochodów
Jak wskazuje szef KZZPRM, w bardzo wielu jednostkach brakuje sprzętu do ochrony indywidualnej, co skutkuje obawami ratowników, czy na pewno na kolejnym dyżurze będą odpowiednio zabezpieczeni.

- Zdarzały się już przypadki, że ratownicy jechali do pacjenta podejrzanego o zakażenie koronawirusem bez odpowiedniego sprzętu. W Sosnowcu jeden zespół odmówił z tego powodu wyjazdu. W efekcie etatowców ukarano naganą, a ratownicy kontraktowi otrzymali kary finansowe - mówi Badach-Rogowski.

- Jest źle. Są miejsca, gdzie sprzętu do ochrony indywidualnej jest mało, ale jeszcze wystarcza; gdzie indziej z kolei braki są praktycznie od samego początku epidemii. Dużo sprzętu otrzymujemy od różnych firm prywatnych - zaznacza Ireneusz Szafraniec.

Badach-Rogowski wskazuje też na inny - jego zdaniem bardzo poważny - problem. Chodzi o kwarantanny albo odsuwanie od pracy na dzień, dwa, trzy - w zależności od tego, kiedy przyjdzie wynik testu potencjalnie zakażonego pacjenta, z którym ratownik miał kontakt.

- Jeżeli taki kontakt był, a ratownik nie był dostatecznie zabezpieczony, sanepid i pracodawca odsuwają go "profilaktycznie" od obowiązków. Nie jest to jeszcze oficjalna kwarantanna, ale ratownik musi czekać na wynik testu podejrzanego pacjenta. Może wrócić do pracy, gdy okaże się, że pobrana próbka jest negatywna - wyjaśnia.

Zapytany, w jakim trybie realizowane jest to odsunięcie od obowiązków, tłumaczy, że ratownikom "każe się" brać urlopy wypoczynkowe, zamieniać dyżury, korzystać ze zwolnień lekarskich. Podkreśla, że zarówno w tym przypadku, jak i w trakcie właściwiej kwarantanny, ratownicy zostają odcięci od zarobków - częściowo lub nawet całkowicie.

- Ratownik etatowy, poza normalną pensją i dodatkami, ma też dodatek ministerialny w wys. 1600 zł brutto, na wzór pielęgniarek. Tylko u pielęgniarek wprowadzono go do podstawy wynagrodzenia, a u ratowników nie. Jeśli więc ratownik nie świadczy pracy, to dodatku nie dostaje, a z pozostałej pensji ma 80 proc. Ratownik kontraktowy natomiast, jeśli nie pracuje, nie zarabia nic - tłumaczy Badach-Rogowski i ostro podsumowuje: - To jest draństwo.

- To niedopuszczalne, żeby tak traktować zawód ratownika medycznego, który jest na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem - konstatuje Szafraniec.

Badach-Rogowski podkreśla, że COVID-19 powinno być zakwalifikowane jako choroba zawodowa, wówczas ratownicy mieliby gwarancję wynagrodzeń także w przypadku kwarantanny.

Ratownicy nam "zaparują"?
Badach-Rogowski zaznacza, że bardzo dużym utrudnieniem w pracy ratowników jest konieczność traktowania pacjentów jak potencjalnie zakażonych. Rodzi to konieczność zbierania dokładnego wywiadu, wyjazdów w maseczkach/przyłbicach/goglach, podwójnych rękawiczkach, a jeżeli podejrzenie zakażenia jest uzasadnione - w specjalnych kombinezonach.

- Wykonywanie np. medycznych czynności resuscytacyjnych w takim uniformie na dłuższą metę jest bardzo uciążliwe, niebezpieczne dla ratownika, ale również mało skuteczne dla pacjenta. I dalej - jak mam chorego osłuchać, skoro nie mogę założyć stetoskopu? Jak mam go zaintubować, nie narażając siebie? - zastanawia się Szafraniec.

Apeluje, by ratownicy byli doposażani - m.in. w sprzęt do mechanicznej kompresji klatki piersiowej czy wideolaryngoskopy, które ułatwiają przyrządowe udrożnienie dróg oddechowych.

- To nie jest tani sprzęt, ale jeśli chcemy ratować skutecznie, powinniśmy móc z niego korzystać. Proponuję, aby każdy urzędnik z ministerstwa zdrowia ubrał się w uniform i poprowadził resuscytację na fantomie. Pamiętajmy, że zbliża się lato - obawiam się, że zaparujemy, dosłownie - mówi.

Badach-Rogowski dodaje, że nawet maseczki sprawiają problem, bo trudno się w nich oddycha.

Kombinezon jest konieczny m.in. wówczas, gdy ratownicy mają do czynienia w miejscu publicznym z nagłym zatrzymaniem krążenia, a pacjent jest bezdomny i/lub nieprzytomny, nie ma rodziny, bliskich.

- Jeżeli mamy wezwanie w kodzie pierwszym, musimy jak najszybciej wyjechać karetką. Kiedy się przebrać? W efekcie pacjenci czekają dłużej na naszą pomoc, bo nawet będąc na miejscu, musimy się najpierw zabezpieczyć - mówi Badach-Rogowski. Wskazuje, że ratownicy praktycznie "jeżdżą na okrągło". - Jeżeli wyjazd do zdarzenia trwał na terenie danej jednostki w promieniu kilku kilometrów 45 minut do godziny, to teraz wydłużył się dwukrotnie - wylicza.

Szafraniec podkreśla, że ratownicy muszą cały czas się uczyć i bywa, że są zdezorientowani. - Codziennie jesteśmy zaskakiwani nowymi zarządzeniami wojewodów, ministerstwa - jak się dezynfekować, ubierać, jak się przygotowywać do konkretnego rodzaju zdarzenia. Tego jest mnóstwo - mówi.

Apeluje, by ratownicy medyczni mieli cyklicznie i obligatoryjnie wykonywane testy na koronawirusa. - Dzisiaj jeden zakażony ratownik potrafi wyłączyć z użytku całą stacje pogotowia. U mnie w szpitalu na 70 ratowników zrobiono test… trzem. Wybiórczo - przyznaje.

Jedni biją brawo, inni kłamią
Dla Badacha-Rogowskiego "o pomstę do nieba" woła grzech w postaci okłamywania ratowników przez samych pacjentów.

- Albo kłamią, żeby ukryć możliwość zakażenia koronawirusem - nie mówią o gorączce czy kaszlu, albo wręcz odwrotnie - udają chorych na COVID-19, by szybciej uzyskać pomoc medyczną na zupełnie inne dolegliwości. W kodeksie karnym powinien znaleźć się precyzyjny przepis mówiący o tym, że kto świadomie okłamuje ratownika, będzie traktowany jak przestępca - zaznacza Badach-Rogowski.
Opowiada, że wielu pacjentów nadal wzywa ZRM bezzasadnie, bo komuś np. skończyły się leki na nadciśnienie.

- Nawet przy takim wezwaniu, jeżeli jest jakiekolwiek podejrzenie zakażenia koronawirusem, lider zespołu (w przypadku zespołu specjalistycznego - lekarz, a w przypadku podstawowego - kierownik/ratownik) wchodzi do pacjenta ubrany w kombinezon, a reszta ekipy przygotowuje leki. Tak samo trzeba się przygotować do pomocy osobom w kwarantannie i oczywiście tym, którzy są zakażeni i przebywają w domu - mówi.

Szafraniec docenia to, że obywatele biją brawa lekarzom czy ratownikom medycznym, ale obawia się, że gdy epidemia minie, znów ich potrzeby zejdą na dalszy plan, będą pomijani w dyskusjach.

Stare obowiązki zostały, przybyło nowych, a frustracja rośnie
Wiceszef PTRM zwraca uwagę, że ratownicy są jeszcze bardziej niż przed epidemią koronawirusa obciążeni obsługą pacjentów POZ. - Teraz te przychodnie nie funkcjonują. Dziwię się, że rząd nic z tym nie robi. Przecież ratownik medyczny w swoich kompetencjach nie ma wystawiania recept, nie ma możliwości kierowania na badania. A ci pacjenci oczekują pomocy i dzwonią po pogotowie - tłumaczy.

Jak opowiada, bardzo często lekarz POZ odmawia wyjazdu do pacjenta, tłumacząc, że nie jest odpowiednio przygotowany, boi się ryzyka zakażenia. - Nie chciałbym zarzucać POZ złej woli, po prostu to kwestia złej organizacji - ocenia Szafraniec.

Badach-Rogowski zwraca uwagę, że utrudniona jest nawet kwestia kontaktu z sanepidem, do którego nie można czasem dodzwonić się kilka godzin, by zgłosić, że pacjent może być zakażony koronawirusem.

- Wszyscy mówią, że ratownictwo medyczne to służba, tymczasem my czujemy się niczym w fabryce śrubek. Nie mamy ani wcześniejszego wieku emerytalnego, ani innych przywilejów związanych właśnie ze służbą. Jak zawiązywał się rząd PiS, premier Szydło obiecywała w swoim exposé, że ratownictwo medyczne będzie funkcjonowało na wzór służby, tak jak np. państwowa straż pożarna. Tymczasem jak jest - każdy widzi - mówi.

Zauważa, że z jednej strony już zaczyna brakować ratowników medycznych, a drugiej nadal zdarzają się ogłoszenia, gdzie ktoś chce zatrudniać na umowę zlecenie za stawkę 20 zł na godzinę. - Nie ujmując nic zawodowi sprzątaczki - zarabiają więcej - podsumowuje. 

- Nie wiem jak długo ci, którzy nie mają silnej psychiki, wytrzymają obecny stres. Ratownicy mogą się wykruszać. Jeśli nałożą się na to przymusowe kwarantanny, karetki mogą stać puste - ostrzega Szafraniec.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum