Jacek Wykowski/Rynek Zdrowia | 07-06-2017 05:46

Przepraszam, czy tu biją? Kiedy ratownik medyczny staje się ofiarą

Według najnowszego badania Kantar Public pogotowie ratunkowe darzy zaufaniem 72 proc. Polaków. To drugi, zaraz po straży pożarnej, wynik wśród instytucji publicznych. Coraz częściej jednak ratownicy medyczni - jadąc pomagać - sami stają się ofiarami.

Kurs samoobrony ratowników medycznych. Fot. Wojewódzkie Pogotowie Ratunkowe w Katowicach

Blisko ośmiu na dziesięciu Polaków (79 proc.) darzy zaufaniem straż pożarną, natomiast siedmiu na dziesięciu pogotowie ratunkowe - wynika z sondażu Kantar Public, który przeprowadził badanie w październiku 2016 r. Skoro jest tak dobrze, dlaczego jest tak źle i skąd się bierze agresja wobec ratowników medycznych?

Łamią ręce, grożą śmiercią
W maju 2016 r. w Gliwicach dwumetrowy, 40-letni mężczyzna podczas udzielania mu pomocy przez lekarkę groził jej śmiercią. Wybuch agresji nastąpił, gdy opaska ciśnieniomierza nie mogła objąć silnie rozbudowanego przedramienia badanego.

W styczniu br. transportowany pacjent uderzył ratownika Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Poznaniu. Cios wymierzył w głowę, potem dociskał go do podłogi i podduszał. Efekt: złamana ręka w nadgarstku.

W maju br. w Pile ratownicy weszli do mieszkania 26-latka i po wywiadzie poinformowali go, że zgłoszenie jest bezpodstawne. Wówczas mężczyzna pobiegł do kuchni po nóż i zaatakował. Ratownicy zdążyli uciec.

To tylko niektóre z ostatnich przejawów agresji wobec ratujących ludzkie życie i zdrowie. Wiele z nich - szczególnie w formie wulgaryzmów i zastraszania - w ogóle nie jest sygnalizowanych.

- To, co się dzieje obecnie, przybiera niepokojącą skalę. Pracuję już w pogotowiu ratunkowym przeszło 30 lat i owszem, zdarzały się kiedyś jakieś przepychanki słowne czy szarpaniny, ale nie dochodziło do tak drastycznych scen, jak chociażby pobicia - mówi Rynkowi Zdrowia Ireneusz Szafraniec, wiceprzewodniczący Polskiej Rady Ratowników Medycznych i nauczyciel akademicki na kierunku ratownictwo medyczne w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Nysie.

Ryba psuje się od głowy?
Agresja wobec kogoś, kto z definicji ma pomagać, jest irracjonalna. Dlatego ratownicy zastanawiają się, dlaczego muszą kształcić się nie tylko z medycyny ratunkowej, ale również z psychologii i samoobrony.

- Uważam, że sytuacja spowodowana jest tym, iż jako społeczeństwo mamy coraz mniejszy szacunek do służb, które mają nam z definicji pomagać - mówi Ireneusz Szafraniec.

Zauważa, że w ostatnim czasie widzimy agresję także wobec przedstawicieli innych służb publicznych. Podkreśla, że takie zachowanie jest skandaliczne i powinno spotkać się ze zdecydowanym potępieniem przez decydentów. Tłumaczy, że skoro taki poziom agresji obserwujemy np. w stosunku do policji, to zwiększa się też przyzwolenie na agresję wobec ratowników z przysłowiową torbą leków.

- Na pewno poszkodowani i ich rodziny są coraz bardziej roszczeniowi. Wiele agresywnych zachowań uchodzi ludziom na sucho, nie wyciąga się konsekwencji, nie zakłada spraw, więc społeczeństwo się nie uczy - wyjaśnia nam Małgorzata Wypych, psycholog z Lotniczego Pogotowia Ratunkowego.

Szafraniec zauważa, że nie bez winy są również media. Zwraca uwagę, że bardzo często dziennikarze, ale i rzecznicy służb mundurowych czy przedstawiciele rządu, przedstawiają ratowników medycznych jako sanitariuszy. - Wielu z nas pracowało wcześniej na takich stanowiskach, ale nie można nas z nimi „zrównywać”, bo to podważa do nas zaufanie społeczne - konstatuje.

Agresja ma wiele twarzy
Nie wszystkie rodzaje zachowań agresywnych są dla systemu widoczne. Nie wszystkie są medialne.

- Środki odurzające, alkohol czy jeszcze bardziej niebezpieczne dopalacze to pierwsza, najbardziej rzucająca się w oczy przyczyna - wyjaśnia Małgorzata Wypych.

Ratownicy takich pacjentów określają mianem „weekendowych” i „świątecznych”.

- Niektóre osoby wzywające pomoc mają różne zaburzenia psychiczne. Zdarza się też, że przyczyna jest związana z bardzo dużym stresem i odreagowaniem na ratownikach. Często agresja pojawia się w przypadku, kiedy rodzina oczekiwała długo na przyjazd karetki - wylicza psycholog.

Ireneusz Szafraniec zwraca z kolei uwagę na agresję psychiczną, która - według opinii ekspertów - jest najczęstsza. Zauważa, że praktycznie nigdzie się jej nie zgłasza i dodaje, że bardzo obciążeni tym rodzajem agresji są dyspozytorzy, którzy często skarżą się na obelgi, pogróżki, zastraszanie.

Szafraniec mówi też o agresji psychicznej nie tylko ze strony pacjentów czy ich bliskich, ale także lekarzy. - Mamy bardzo często problemy w przekazywaniu pacjentów na oddziały ratunkowe; lekarze nierzadko podważają decyzje ratowników medycznych i bywa, że robią to w sposób arogancki - przyznaje.

- Jest pewna grupa pacjentów, u których agresywne zachowania wynikają z niezrozumienia idei oddziału ratunkowego. Nie przyjmują do wiadomości, że jest to przede wszystkim miejsce ratowania życia - mówi z kolei o trudnej pracy na SOR-ach Jolanta Majer, śląski konsultant wojewódzki w dziedzinie medycyny ratunkowej.

Ratowniku, chroń się sam
- Ratownik jest zobowiązany do zapewnienia bezpieczeństwa także sobie. Z prostego powodu - jeśli stanie się ofiarą np. agresji fizycznej, nie będzie mógł ratować innych - stanowczo zaznacza Jolanta Majer.

Choć ratownicy medyczni korzystają z takiej samej ochrony prawno-karnej jak inni funkcjonariusze publiczni, w kodeksie jest pewien haczyk.

- Ratownik jest traktowany jak funkcjonariusz publiczny jedynie w momencie wykonywania medycznych czynności ratunkowych. Gdy np. uzupełnia leki w karetce albo oczekuje na wyjazd, wówczas ochrona w tej formie nie obowiązuje - zauważa Szafraniec.

Podpowiada, by na agresję nie odpowiadać zbyt nerwowo. - Trzeba znaleźć złoty środek. Najlepiej, gdy ratownik będzie czuł się bezpieczny, ale będzie też sobie z osobą agresywną radził i będzie w stanie prowadzić negocjacje - tłumaczy.

Małgorzata Wypych doradza, by w przypadku wysokiego ryzyka ataku wycofać się i wezwać policję. Podkreśla, że podstawowe działanie to zachowanie spokoju, mówienie wolniej i ciszej niż atakująca osoba. Ale też - według niej - istotna jest pewność siebie, bo to buduje poczucie, że przyjechali profesjonaliści i kontrolują sytuację.

- Jestem przeciwnikiem szkoleń z samoobrony, bo robienie ich w pośpiechu nie daje ratownikom prawdziwych kompetencji, a może zwiększać pewność siebie - konstatuje psycholog z LPR.

Ratownikom poleca m.in. stosowanie gestów do uspokajania agresorów.

- Dobrze trzymać płaską dłoń na wysokości pasa i gestem u dół, niezbyt szybkim, wyciszać daną osobę. Czasami pomaga gest poddania się - np. podniesienie rąk do góry - i przyznanie, że pacjent ma rację, ale „to nie my” - mówi.

W prewencji mamy wiele do zrobienia
Małgorzata Wypych podkreśla, że edukacja społeczeństwa w zakresie działania systemu ratownictwa jest pierwszą rzeczą, na jaką należy położyć nacisk, gdyż wiele osób nie zdaje sobie sprawy ze zmian, jakie wynikają z utworzenia zawodu ratownika.

- Bardzo mi zależy, żeby ogólnopolskie media odpowiednio przedstawiały ratowników medycznych. Nasz zawód funkcjonuje od 1998 r., czyli jedynie 19 lat. Jesteśmy pracownikami wykwalifikowanymi - po studiach, po wielu kursach. Bywa, że w karetkach jeżdżą ratownicy z tytułami doktora. Tymczasem sanitariusz nie ma nawet uprawnień, by wykonać pacjentowi EKG - wtóruje Szafraniec.

Majer radzi, by na SOR-ach jako prewencję pierwotną agresji stosować różnorodne rozwiązania architektoniczne.

- Ogólnodostępne strefy powinny być wyposażone w bezpieczne meble, np. takie, którymi nie będzie można rzucić - podpowiada i dodaje, że w niektórych szpitalach z powodu aktów agresji przebudowuje się konsole, przy których przyjmuje się pacjentów. - Oczekujących od personelu oddziela bezpieczna szyba - mówi. 

Zwraca uwagę, że ryzyko agresji minimalizują: odpowiedni system alarmowy, monitoring czy obecność w eksponowanym miejscu pracownika ochrony. Ale nie tylko.

- Łagodzić agresję można poprzez system skutecznej informacji w formie tablic informacyjnych w SOR, które powinny jasno określać czas oczekiwania pacjenta. Do tego celu stosowany jest TRIAGE - czyli system nadawania priorytetów leczniczych. Pacjenci oznaczani są kolorami, którym przypisana jest kolejność udzielanej pomocy - mówi.

Wyjaśnia, że uzupełnieniem powinna być prewencja wtórna, czyli kursy i szkolenia dla ratowników z udziałem psychologów czy służb mundurowych.

W przypadku problemów z własnymi emocjami ratownicy muszą najczęściej szukać pomocy psychologicznej na własną rękę. 

- Niestety ratownicy medyczni mają ograniczony dostęp do psychologów. Projekt tzw. małej ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym wprowadza m.in. wsparcie psychologiczne dla dyspozytorów i koordynatorów, nie uwzględnia jednak ratowników medycznych - podsumowuje Szafraniec i precyzuje, że w całej Polsce ma być zatrudnionych 20 psychologów.

- Zdecydowanie za mało, choć to krok we właściwą stronę - konstatuje.