Katarzyna Lisowska/Rynek Zdrowia | 19-04-2017 06:00

Pracujemy na nowe epidemie agresywnych chorób

Odra, rzeżączka czy gruźlica - to niektóre z chorób, które na nowo o sobie przypomniały, a ich uderzenie przysparza lekarzom sporo kłopotów. Powód? Coraz częściej powodują je drobnoustroje lekooporne. Takie mechanizmy wykształca także rozszerzająca się grupa bakterii atakujących pacjentów szpitali. Ta zdolność chorobotwórczych organizmów może oznaczać całkiem nowe ''zabójcze'' epidemie.

Nowe ogniska endemiczne mogą nas zaskoczyć w każdej chwili, a na leki pomocne w walce z superbakteriami przyjdzie nam poczekać co najmniej kilka lat - alarmują eksperci. Fot. Materiały prasowe SUM (zdjęcie ilustracyjne)

Niedawno media na całym świecie obiegła informacja o śmiertelnym przypadku pacjentki ze szpitala w Waszyngtonie. Stała się ona ofiarą superbakterii tzw. New Delhi. W przypadku tej chorej nie pomógł żaden z 26 podanych antybiotyków.

Z bakterią tą jeszcze kilka miesięcy temu walczyły szpitale w województwach mazowieckim i wielkopolskim. I jak przekonuje prof. Waleria Hryniewicz, konsultant krajowy w dziedzinie mikrobiologii lekarskiej, wcale nie zniknęła ona z kraju.

- Klebsiella pneumoniae typu New Delhi jest oporna niemal na wszystkie antybiotyki, łatwo przenosi się z człowieka na człowieka i może przekazywać geny oporności innym bakteriom, w tym powszechnie występującej Escherichia coli. Dlatego nowe ogniska endemiczne mogą nas zaskoczyć w każdej chwili - mówi prof. Hryniewicz i przyznaje, że obecnie mamy dwanaście rodzajów bakterii, które zostały uznane za najbardziej groźne dla człowieka, bo nie działają na nie dostępne antybiotyki.

Listę przygotowali eksperci powołani przez Światową Organizację Zdrowia WHO wśród nich była prof. Hryniewicz. Jak mówi Rynkowi Zdrowia specjalistka, wszystkie z tych bakterii są obecne w naszym kraju i są to popularne gatunki drobnoustrojów, z którymi spotykamy się na co dzień.

Najgroźniejsze z bakterii
W czołówce najgroźniejszych dla człowieka znalazły się pałeczki Gram-ujemne.

- Acinetobacter baumannii, później Pseudomonas, czyli pałeczka ropy błękitnej i pałeczki jelitowe. To trzy najbardziej groźne w tej chwili drobnoustroje, ponieważ zakażenia nimi wywoływane są coraz trudniejsze do leczenia. Praktycznie nie mamy jak z nimi walczyć - wyjaśnia.

Na liście znajdują się także: gronkowce złociste, enterokoki, rzeżączka.

- To bakterie wywołujące znane od lat zakażenia. Widzimy jednak jakie zmiany zachodzą w ich epidemiologii. Wskazuje ona, jakie serotypy są najczęstszą przyczyną zachorowań, jakie zachorowania zaczynają być coraz częstsze. Niepokoi nas, że obserwujemy wzrost liczby serotypów opornych na antybiotyki. To żniwo tego, co sami zasialiśmy nadużywając antybiotyków i podważając zasadność szczepień - komentuje nasza rozmówczyni i przyznaje, że na nowe leki pomocne w walce z superbakteriami przyjdzie nam poczekać… co najmniej kilka lat.

Jak wyjaśnia specjalistka, przy stosowaniu antybiotyków kluczowe jest właściwe ich zażywanie - tylko wtedy, gdy jest to naprawdę konieczne, w określonych dawkach i o określonych porach. Optymalna jest antybiotykoterapia celowana, tzn. ukierunkowana na konkretny czynnik etiologiczny zakażenia, czyli stosowanie leków o możliwie najmniejszym spektrum działania.

- Błędem jest odstawianie antybiotyków po ustąpieniu objawów choroby, ale jeszcze przed wyczerpaniem zalecanej przez lekarza kuracji, a także wykorzystywanie leków, które pozostały po wcześniejszych chorobach oraz przyjmowanie leków "na zapas", żeby infekcja się nie rozwinęła. Wtedy właśnie bakterie wykształcają mechanizm oporności na leki.

Szacuje się, że w związku z narastającym problemem lekooporności bakterii do 2050 roku, co 3 sekundy będzie umierać jedna osoba.

Jak zaś mówił Rynkowi Zdrowia wcześniej dr Paweł Grzesiowski z Instytutu Profilaktyki Zakażeń, mimo obecnie podejmowanych wysiłków nie uda się całkowicie wyeliminować zakażeń bakteriami opornymi na antybiotyki. Nadal będą się one pojawiały wszędzie tam, gdzie nadużywane są te leki i nie prowadzi się wczesnego wykrywania nosicieli. 

Antybiotyki w rolnictwie
Zdaniem specjalistów duży problem w walce z lekoopornością stanowi powszechne stosowanie antybiotyków w rolnictwie i hodowli. Hodowcy używają antybiotyków nie tylko do leczenia chorych zwierząt. Większość - ok. 90 proc. - podawana jest zapobiegawczo grupom zdrowych zwierząt, które w warunkach panujących na fermach mogłyby zachorować.

O podjęcie działań w kwestii ich nadużywania w rolnictwie, do ministra rolnictwa i zdrowia zaapelowała właśnie fundacja CIWF Polska, która jest członkiem międzynarodowej koalicji Ratujmy Nasze Antybiotyki.

Dane opublikowane przez Europejską Agencję Leków pokazują, że stosowanie antybiotyków w Europie jest ponad dwukrotnie wyższe u zwierząt, niż u ludzi. Polska zajmuje niechlubne 2. miejsce w Europie pod względem zużycia w hodowli zwierząt Krytycznie Ważnych Antybiotyków (tj. najsilniejszych w leczeniu chorób ludzi).

- Masowe profilaktyczne podawanie zwierzętom ważnych antybiotyków jest całkowicie niedopuszczalne. Praktyki te, powodują rosnącą oporność bakterii na antybiotyki. Rząd musi wreszcie zająć zdecydowane stanowisko w sprawie nadużywania antybiotyków w rolnictwie oraz domagać się zmian w systemach hodowli - wskazuje Małgorzata Szadkowska, prezes CIWF Polska.

Koalicja Ratujmy Nasze Antybiotyki apeluje o zmniejszenie zużycia antybiotyków w całej Unii Europejskiej o 50 proc. do roku 2020 i o 80 proc. do 2050 roku.

Szczepienia jeszcze bardziej potrzebne
Prof. Hryniewicz zwraca uwagę, że do rozprzestrzeniania antybiotykoodporności przyczyniły się także: brak higieny, niski dostęp do diagnostyki mikrobiologicznej oraz - co bardzo ważne - odchodzenie od szczepień.

Lekarze przyznają, że część rodziców ma wątpliwości co do sensu szczepienia dzieci na choroby, które praktycznie obecnie nie występują. Ale jak przekonują specjaliści, to właśnie fakt, że część chorób zakaźnych jest już tak rzadka, dowodzi skuteczności szczepień ochronnych.

Wyszczepialność jest w Polsce na bardzo wysokim poziomie, ale widoczny jest niestety wzrost liczby osób uchylających się od szczepień. Z danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego - Państwowego Zakładu Higieny (NIZP-PZH) wynika, że stopniowo, ale niepokojąco, zwiększa się liczba rodziców uchylających się od poddania dzieci obowiązkowym szczepieniom. W latach 2006-2010 odnotowywano ok. 4 tys. takich przypadków rocznie. W 2012 r. było ich ponad 5 tys., w 2013 r. - ponad 7 tys., w 2014 r. - ponad 12 tys., a w 2015 r. - około 16 tys.

W zeszłym roku liczba niezaszczepionych dzieci wzrosła do 23,1 tys. Szczepionych jest ponad 95 proc. dzieci do 2. roku życia.

Dowodów na to, że ryzyko powrotu chorób - które, wydawałoby się, odeszły w zapomnienie - jest możliwe, dostarcza m.in. Główny Inspektorat Sanitarny. Z danych GIS wynika, że w kraju odnotowuje się wzrost zachorowalności na dawno niespotykane choroby jak krztusiec czy odra.

Z najnowszych danych Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego-PZH wynika, w zeszłym roku na krztusiec chorowało w kraju ponad 6800 osób, rok wcześniej problem odnotowano niespełna 5 tys. przypadków.

Więcej było też przypadków kiły: w 2016 r. - 1612, 2015r. - 1350. Znacznie więcej odnotowano także zakażeń odrą (2015 - 48 przypadków, 2016r.-133). Zdecydowanie więcej było też zapaleń opon mózgowych. Niemal dwukrotnie wzrosła liczba chorych na boreliozę, która wywoływana jest najczęściej przez ukąszenie kleszcza. W zeszłym roku odnotowano aż 21200 takich przypadków, rok wcześniej 13625.

Eksperci zwracają uwagę, że kolejny problem z jakim przychodzi im się coraz częściej mierzyć, to kwestia: gdzie osoby zakażone mają być leczone. W wielu miejscowościach zlikwidowano oddziały zakaźne. W przypadku epidemii zapewne większość chorych byłaby przyjmowana na inne oddziały, zazwyczaj nieprzygotowane na takie przypadki.

Prof. Andrzej Gładysz, przewodniczący Grupy Ekspertów ds. Zwalczania Zakażeń Związanych z Opieką Zdrowotną (ZZOZ) oraz pełnomocnik Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych w rozmowach z Rynkiem Zdrowia wielokrotnie wskazywał, że nie jesteśmy przygotowani na wypadek epidemii wywołanej bateriami. W takim przypadku najważniejsza jest jak najwcześniejsza izolacja chorego, a dla masowego przyjęcia chorych nie ma w kraju zaplecza.