Praca w systemie ratownictwa medycznego, to dzisiaj zajęcie dla pasjonatów

Autor: PWX/Rynek Zdrowia • • 09 lipca 2018 05:55

Ratownik medyczny może samodzielnie wykonać 95 proc. procedur rutynowo przeprowadzanych w warunkach przedszpitalnych, a pozostałe 5 proc. pod nadzorem lekarza - mówi nam dr Przemysław Paciorek, kujawsko-pomorski konsultant wojewódzki w dz. medycyny ratunkowej, pytany o bezpieczeństwo pacjentów zaopatrywanych przez podstawowe zespoły pogotowia "P".

Dr Przemysław Paciorek: - Mój rekord to przyjęcie w SOR w ciągu 1 doby 120 pacjentów. Nie byłem bezpieczny. Dla siebie i dla pacjentów.

Rynek Zdrowia: - Czy wprowadzane zmiany w planie zabezpieczenia, jak na przykład te sprzed kilku miesięcy w woj. kujawsko-pomorskim, gdzie z powodu braku lekarzy aż 12 zespołów "S" zastąpiono zespołami podstawowymi "P", wpływają na skuteczność świadczeń w medycynie ratunkowej przedszpitalnej?
Dr Przemysław Paciorek:
- Moim zdaniem absolutnie nie. Należy pamiętać, że zespoły ambulansów ratunkowych przeznaczone są do udzielania pomocy w stanach nagłego zagrożenia zdrowotnego. Nie wypisują zwolnień lekarskich, recept, nie zajmują się orzecznictwem ani nie zastępują lekarza Podstawowej Opieki Zdrowotnej.

Ratownik medyczny (dzisiaj absolwent 3 letnich studiów) może samodzielnie wykonać 95 proc. procedur rutynowo wykonywanych w warunkach przedszpitalnych. Pozostałe 5  proc. może także wykonać, ale pod nadzorem lekarza.

Ustawodawca nie określił szczegółów tego nadzoru, więc nie musi być on osobisty. Przykładem może posłużyć teletransmisja zapisu EKG, do lekarza kardiologa, który „na odległość” konsultuje pacjenta, a jest to niezbędnym warunkiem wdrożenia przez ratownika medycznego prawidłowego leczenia w warunkach przedszpitalnych ostrego zespołu wieńcowego. Poza tym nikt nie określił katalogu wezwań zarezerwowanych wyłącznie dla lekarzy.

Czytaj też: Ubywa karetek pogotowia z lekarzami. Czy system ratownictwa zapewni nam bezpieczeństwo?

Sądzę, że obawy społeczne są wywołane niezadawalającym dostępem do świadczeń zdrowotnych, a w szczególności niewydolnością systemem lekarza rodzinnego. Przy trudnościach z dotarciem do lekarza pacjenci wzywają pogotowie. Od 50 do 75 proc. wyjazdów pogotowia ratunkowego nie powinno mieć miejsca (dane pokontrolne Urzędu Wojewódzkiego w Bydgoszczy i obserwacje własne).

Poczucie bezpieczeństwa mieszkańców regionu powinien podnosić bardzo korzystny wskaźnik liczby ambulansów przypadający na liczbę mieszkańców. Wynosi on 1 na nieco ponad 20 000 osób i jest jednym z najwyższych w kraju. Sprawia to, że przyjazd pomocy od momentu jej wezwania powinien być krótki, a to jeden z najważniejszych warunków powodzenia akcji ratunkowej.

- Jak się wydaje, zastępowanie specjalistycznych zespołów ratownictwa medycznego "S" zespołami podstawowymi "P", to niepowstrzymany trend. Co powoduje, że lekarze nie chcą podejmować specjalizacji z medycyny ratunkowej?
-
Praca lekarza specjalisty medycyny ratunkowej jest zarezerwowana dla pasjonatów. Wymaga specyficznych predyspozycji takich jak: samodzielność, decyzyjność, osobowość lidera, umiejętność pracy w stresie. Lekarz ratunkowy nie otworzy własnego gabinetu. Te cechy mogą być jednak walorem. W medycynie ratunkowej nie ma ciągłości leczenia, a to umożliwia pracę w kilku miejscach, co mniej obciąża psychicznie.

Natomiast praca w pogotowiu nie jest pasmem sukcesów i źródeł samej satysfakcji. Wzywający sądzi, że przyjeżdżając ambulansem do szpitala ominie kolejki do specjalistów, uzyska limitowane procedury, otrzyma finalną diagnozę. Nierzadko powodem wezwania jest chęć otrzymania recepty lub zwolnienia lekarskiego.

Obowiązkiem ZRM czy lekarza SOR jest interwencja w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego lub jego wykluczenie i ewentualne zalecenie co robić dalej. Przypominanie o tym pacjentom rodzi konflikty, agresję i roszczenia.

Nie pamiętam dyżuru w pogotowiu czy SOR, na którym nie byłoby problemów z osobami pod wpływem alkoholu. Znam takich "pacjentów", którzy w ciągu roku mają wykonane ok. 200 badań TK głowy (wezwanie typu "leży człowiek").

W obecnym niewydolnym systemie z pewnością trudno będzie zachęcić młodych lekarzy do podjęcia specjalizacji z medycyny ratunkowej, z powodów opisanych wyżej. Bez wprowadzenia zmian systemowych pogotowie będzie przeciążone pseudopacjentami, a SOR-y podopiecznymi lekarzy rodzinnych, którzy podczas wizyty bez problemu wypiszą tylko skierowanie i przekonają pacjenta, że "w szpitalu będzie lepiej bo badania zrobią itp."

Żadnego rasowego lekarza nie przeraża zderzenie autobusu z pociągiem. Może być zimą o godz. 4 nad ranem, bo wtedy czujemy się potrzebni. Natomiast 15 lat nauki a potem spostrzeżenie, że ktoś nie chce przyjąć pacjenta w poradni, ustawiczne kłopoty z nietrzeźwymi pacjentami (praworządny obywatel zauważył "leżącego człowieka" na przystanku i oczywiście dzwoni z telefonu komórkowego na ratunkowy numer 112), traktowanie ambulansu jak darmowej taksówki, to frustruje i szybko prowadzi do wypalenia zawodowego.

Mój rekord to przyjęcie w SOR w ciągu 1 doby 120 pacjentów. Pomijając zmęczenie i jakość takiej pracy to w końcówce dyżuru nie zapomnę bólu moich uszu przy zakładaniu słuchawek po mniej więcej 80-tym pacjencie. Nie byłem bezpieczny. Dla siebie i dla pacjentów.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum