Poznań: żużlowcy trafili z opóźnieniem do szpitala, bo byli... za młodzi

Autor: TOK FM/Rynek Zdrowia • • 24 września 2009 18:49

Urzędnicy wojewody wielkopolskiego sprawdzają, dlaczego poszkodowani w wypadku sportowcy trenujący na stadionie żużlowym w Poznaniu nie zostali odwiezieni do najbliższego szpitala.

Poznań: żużlowcy trafili z opóźnieniem do szpitala, bo byli... za młodzi
Fot. Adobe Stock. Data Dodania: 16 grudnia 2022

Jak podaje radio TOK FM kilkadziesiąt minut na torze leżało dwóch ciężko rannych żużlowców, nim karetka odwiozła ich do szpitala. Zamiast od razu trafić do położonego najbliżej stadionu szpitala wojewódzkiego, zostali przewiezieni do oddalonego szpitala dziecięcego.

Żużlowcy poznańskiego PSŻ trenowali przed turniejem Nadzieje Polskiego Żużla. W pewnym momencie doszło do makabrycznego wypadku na torze. 17-letni Adam Dyczko nie opanował motocykla i przewrócił się. Na leżącego Adama najechał drugi młodzieżowiec - Patryk Głowania. Poszkodowanymi natychmiast zajął się lekarz, do pomocy wezwano kolejną karetkę. Ta jednak długo nie przyjeżdżała, co wywołało zrozumiały niepokój, szczególnie kibiców.

Zawiadomiono lotnicze pogotowie. Kiedy wylądował śmigłowiec wszyscy mieli nadzieję, że szybko zabierze poszkodowanych do najbliższego szpitala, czyli do Szpitala Wojewódzkiego w Poznaniu przy ul. Lutyckiej, skąd przyleciał. I tu pojawił się problem, bo zdaniem ratowników wojewódzka lecznica może przyjąć tylko dorosłych, a niepełnoletni żużlowcy w świetle prawa to dzieci. W tej sytuacji po długich targach, kiedy już dojechały kolejne karetki zdecydowano, że zawodnicy zostaną odwiezieni do Specjalistycznego Zespołu Opieki Zdrowotnej nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu - relacjonuje zdarzenie dziennikarz radia TOK FM.

- Transportowanie ich, szczególnie Adama, który był w krytycznym stanie przez całe miasto do naszego szpitala, który nie ma neurochirurgii właściwie nic nie daje - przyznał w rozmowie z dzienniakrzem dyrektor szpitala dziecięcego Jacek Profaska. Zawodnik z SZOZ  nad Matką i Dzieckiem odostatecznie trafił do Kliniki Uniwersyteckiej im. K. Jonshera.
 
Tymczasem urzędnicy wojewody sprawdzają, dlaczego poszkodowani sportowcy nie zostali odwiezieni do najbliższego szpitala.

- Podejrzewamy, że była to decyzja dyspozytora medycznego, który decydował o przewiezieniu rannych, w związku z tym mamy tu pewne wątpliwości - mówi TOK FM Waldemar Paternoga z Centrum Zarządzania Kryzysowego, które chce wyjaśnić również to dlaczego na transport do szpitala żużlowcy czekali kilkadziesiąt minut. - Musimy poznać powody ewentualnych opóźnień - dodaje Paternoga.

Wątpliwości co do tego jak powinna wyglądać pomoc zaraz po wypadku nie mają lekarze.

- Tacy pacjenci, jak ci żużlowcy to w ratowniczym slangu urazowcy typu - ładuj i jedź, a to znaczy, że jak najszybciej muszą być transportowani do szpitala mówi dzienniakrzom radia lekarz Tomasz Bułdowski, a Marta Banaszak Osiewicz z wielkopolskiego NFZ dodaje, że zawsze powinien być to najbliższy szpital. - Po to, by udzielić tam pierwszej, podstawowej pomocy. W tym przypadku najbliższym był szpital wojewódzki i Szpital MSWIA. Wiek nie ma tu znaczenia, gdy zagrożone jest życie człowieka - zaznacza.

Mimo starań lekarzy 17letni żużlowiec Adam Dyczko wciąż nie odzyskał przytomności. - Chłopak był w krytycznym stanie, miał uszkodzenia wielonarządowe - podkreśla z rozmowie z Tok FM doktor Irena Sarnowska. - Jego stan nadal jest bardzo ciężki, utrzymujemy go w śpiączce farmakologicznej. Być może za kilka dni lekarze podejmą próbę wybudzenia żużlowca.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum