Pomorze: pogotowie nie wyjechało do pacjenta z tętniakiem aorty brzusznej

Autor: Polska, IB/Rynek Zdrowia • • 22 maja 2009 14:30

64-letni pacjent z Wiślinki (woj. gdańskie) zmarł nie doczekawszy się przyjazdu pogotowia. Jego żona przez dwie godziny próbowała wezwać pomoc. Sprawę bada prokuratura.

Mężczyzna od dłuższego czasu czekał na zabieg wycięcia tętniaka aorty brzusznej. Zarejestrował się w kolejce w jednym z trójmiejskich szpitali. Tam lekarz powiadomił go, że gdyby coś się działo, pogotowie z Gdańska, Pruszcza Gdańskiego lub Tczewa natychmiast przewiezie go do szpitala. Wcześniej pacjent przeprowadził się do innej miejscowości, ale nie dopełnił formalności meldunkowych i wciąż miał lekarza pierwszego kontaktu w Miłobądzu.

Mężczyzna po północy obudził się z bólem. Wymiotował i miał biegunkę.

Żona wybrała nr 112 w telefonie komórkowym. Rozmowę przełączono do pogotowia w Gdańsku. Tam z kolei podano jej numer pogotowia w Pruszczu Gdańskim. Zadzwoniła od razu. Gdy powiedziała, że mąż należy do przychodni w Miłobądzu, kazano jej wezwać pomoc z nocnej opieki wyjazdowej w Tczewie. Zanim wykręciła numer, pacjent już nie żył.

- Z rozmowy z dyspozytorem wynika, że żona zmarłego o godzinie 2.55 zgłaszała tylko wymioty i bóle brzucha, ale nie wspomniała nic o tętniaku aorty i zagrożeniu życia - mówi Polsce Beata Groth, dyrektor Pogotowia Ratunkowego w Pruszczu Gdańskim. - Dyspozytor wyjaśnił jej, że gdyby ratownicy z Tczewa nie chcieli przyjechać albo stan jej męża by się pogarszał, powinna dać znać i wtedy natychmiast przyjedziemy. Nie zadzwoniła. W przypadku bólu brzucha pacjenta obsługuje nocna opieka wyjazdowa, wskazana przez ZOZ. To jest nieżyciowy przepis i mam nadzieję, że zmieni się z nowym rokiem.

Sprawę bada już Prokuratura Rejonowa w Pruszczu Gdańskim.

- Nakazałam przeprowadzenie sekcji zwłok w celu ustalenia, czy ewentualne zaniechanie wyjazdu przez pogotowie z Pruszcza miało wpływ na śmierć pacjenta - informuje prokurator Teresa Rutkowska-Szmydyńska. - Będą też zabezpieczone nagrania z rozmowy dyspozytora z osobą wzywającą pomocy. Wyniki postępowania poznamy w ciągu miesiąca.

Marek Niemirski, rzecznik Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego w Warszawie, lekarz zespołu wyjazdowego, potwierdza w rozmowie z portalem rynekzdrowia.pl: owszem, nieżyciowy przepis, o którym wspomniała dyrektor pogotowia z Pruszcza Gdańskiego, istnieje. Ale pogotowie do bólu brzucha wyjeżdża i tak.

- Jeśli boli brzuch, nigdy nie wiadomo, co naprawdę się dzieje - wyjaśnia doktor Niemirski. - Na trzy wyjazdy, w trakcie których może okazać się, że chodzi o miesiączkę lub błędy dietetyczne, czwarty wyjazd może decydować o życiu pacjenta. Dlatego zawsze wskazana jest ostrożność i duże wyczucie. I to niezależnie od obowiązujących przepisów. Nawet, jeśli zostaną zniesione te „nieżyciowe”, nie oznacza to, że wszystko będzie proste. Życie jest tak bogate, że nie na wszystko da się napisać procedury.

Zdaniem Marka Niemirskiego nie do przecenienia jest rola dyspozytora, od którego wiele zależy. To on musi zebrać informacje, na podstawie których zespół wyjedzie lub nie. Jeśli dyspozytor ma wątpliwości, rozmowę powinien przejąć koordynator.

- Czasem bardzo trudne okazuje się wyegzekwowanie podstawowych informacji - mówi doktor Niemirski. - Kiedy pracowałem na stanowisku koordynatora zdarzyło się, że nie mogłem dowiedzieć się od pacjentki niczego poza tym, że ją „boli w sobie”. Ale pytać trzeba dokładnie i o wszystko. Jeśli pacjent wymiotuje, to czym? Jaki jest stolec? Na co się leczy? Co robił przez ostatnie godziny? Czasem warto uciec się nawet do podstępu. Jeżeli słyszymy, że chory jest nieprzytomny, dyspozytorka pyta często: a co mówi? Może się wówczas okazać, że do utraty przytomności jeszcze nie doszło. Ważna jest każda informacja.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum