Piętrzą się problemy w jednoimiennych szpitalach zakaźnych. „Drugi rzut” nie pomoże?

Autor: Jacek Wykowski/Rynek Zdrowia • • 07 kwietnia 2020 05:58

Na najcięższy front walki z epidemią koronawirusa w Polsce zostały skierowane jednoimienne szpitale zakaźne, które powstały praktycznie z dnia na dzień. Ale już teraz, gdy zakażonych mamy nieco ponad 4,4 tys., a hospitalizowanych niecałe 2,5 tys., lecznice funkcjonują w skrajnie trudnych warunkach. Gdy liczba chorych wzrośnie trzykrotnie czy nawet pięciokrotnie, system może się załamać.

FOT. Shutterstock (zdjęcie ilustracyjne)

- Mamy informacje, że niestety wypełniają się już niektóre szpitale zakaźne przeznaczone dla pacjentów z COVID-19 - informował w sobotę (4 kwietnia) wiceminister zdrowia Waldemar Kraska. - Dlatego uruchamiamy następne, tak zwanego drugiego rzutu, które staną się szpitalami jednoimiennymi - zapowiedział..

Zaznaczył, że obecnie w całym kraju działa 19, „a być może już nawet 20” szpitali jednoimiennych. - Myślę, że powstanie drugie tyle - zdradził.

- W Polsce nie mamy problemu z ilością budynków, ale z tym, że nie ma ludzi do pracy. Mam na oddziale nieco ponad 10. specjalistów. Wszyscy pracują na kontraktach i dorabiają w innych miejscach. Gdy staliśmy się jednoimiennym szpitalem zakaźnym, a pracownicy dostali pismo z MZ z „prośbą” o bezwzględne powstrzymanie się od wykonywania pracy z chorymi w innych podmiotach leczniczych, to praktycznie wszyscy oznajmili mi, że składają wypowiedzenia. Dlaczego? Bo u mnie zarabiają 1/3 czy nawet 1/4 tego, co prywatnie, na dodatek pracując dłużej - mówi anonimowo Rynkowi Zdrowia szef oddziału jednego z jednoimiennych szpitali zakaźnych w Polsce.

„Lęk, wszechobecna krytyka, często panika”
- Powstanie jednoimiennych szpitali zakaźnych w formule sieci było moim zdaniem jedynie słuszną i możliwą decyzją. I to zarówno w momencie, kiedy je tworzono - bo pozwoliło to na poradzenie sobie z pierwszą falą zachorowań na COVID-19 - jak i teraz. Oczywiście w ślad za tym muszą - i idą - kolejne decyzje, chociażby uzupełnienie tej sieci o tzw. izolatoria. Zdaję sobie sprawę, że działamy w obliczu nie tylko problemów stricte związanych z leczeniem osób z podejrzeniem/stwierdzeniem koronawirusa, ale też w sytuacji ogromnego lęku, który staramy się tonizować, a który podsycają - niestety - m.in. media, a nawet specjaliści z wykształceniem medycznym - mówi nam były wiceminister zdrowia, a obecnie zastępca dyrektora ds. klinicznych i naukowych w Centralnym Szpitalu Klinicznym MSWiA w Warszawie, dr Zbigniew J. Król.

W jego ocenie za „lęk, wszechobecną krytykę, często panikę” odpowiadają też użytkownicy mediów społecznościowych, którzy są jego olbrzymim „generatorem” i którzy często swoich wypowiedzi nie przepuszczają przez filtr nazywany zdrowym rozsądkiem.

Były wiceszef resortu stwierdza, że zbyt rzadko mówi się, iż mimo tak trudnych warunków szpitale zakaźne działają, starają się sprostać potrzebom. - Przykład? W bardzo krótkim czasie i w bardzo trudnych warunkach projektowych, praktycznie od podstaw, wybudowaliśmy 25 śluz! - wskazuje.

Co więc zarządzający szpitalami powinni robić? Według Króla nie mogą poddawać się emocjom, histerii. - Powinni uspokajać personel, trzymać się procedur, tłumaczyć, stosując argumenty merytoryczne. My to robimy w formie szkoleń. Warto też korzystać z pomocy własnych specjalistów. U nas to byli lekarze z hepatologii i chorób zakaźnych. W apogeum niepokoju, tuż po decyzji o przekształceniu w jednoimienny szpital zakaźny, pomagali organizacyjnie, tonowali emocje - podpowiada.

Sama decyzja o „drugim rzucie” problemów nie rozwiąże
Król zapytany, jakie są największe bariery w pełnym i bezpiecznym realizowaniu potrzeb medycznych pacjentów z podejrzeniem COVID-19 i chorujących na tę chorobę, odpowiada:

- Główne problemy koncentrują się na zaopatrzeniu w środki ochrony osobistej. Wiążą się one m.in. z załamaniem się produkcji w Chinach - i jednocześnie eksplozją popytu na tego typu produkty na całym świecie. Choć nie tylko. W sierpniu 2019 r. na rynku aptecznym obserwowaliśmy duży kłopot z dostępem do leków dla chorych zakażonych wirusem HIV. To było pierwsze ostrzeżenie, które powinno stać się impulsem do podjęcia stosownych działań. Nie możemy być uzależnieni tylko od jednego źródła, w przypadku środków ochrony osobistej - od Chin.

Wskazuje, że ruszają już produkcje krajowe, ale nie jest to dobry moment na reformowanie łańcucha dostaw. Ocenia, że taka presja czasu i potrzeb sprzyja spekulacjom, których efektem jest głównie wzrost cen. - Nawet narzucanie pięciokrotnie wyższych marż nie powstrzymuje nabywców, by kupować - zauważa.

Były wiceminister zdrowia przyznaje, że poważnym problemem jest też brak kadr, który był przecież odczuwalny jeszcze przed epidemią. - Teraz w szpitalu MSWiA niestety ok. 1/3 personelu medycznego, z różnych względów, nie pracuje. Kończą się też możliwości bezpiecznego leczenia pacjentów - takich miejsc po prostu zaczyna brakować.

- Ja takich problemów na oddziale położniczo-ginekologiczym nie mam. Mamy mało pacjentek, przychodzą pojedyncze kobiety z podejrzeniem koronawirusa. Zarówno na oddziale, jak i w całym szpitalu, nie brakuje środków ochrony osobistej. Problemy kadrowe są natomiast na takich oddziałach jak OIOM, SOR, izba przyjęć, oddział wewnętrzny, kardiologii, chorób zakaźnych - tam jest ewidentny niedobór specjalistów z zakresu potrzebnego do udzielania pomocy pacjentom COVID-owym - mówi dr Adam Dyrda, ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego z pododdziałem ginekologii onkologicznej Szpitala Megrez w Tychach.

Król z kolei wskazuje, że problemy sprawiają np. kombinezony. - Zdarzają się omdlenia po kwadransie pracy w takim „ubraniu”. Producenci chyba nie do końca je przetestowali w realnych warunkach pracy na oddziale. Nie mamy też zabezpieczenia w środki ochrony osobistej na dłużej niż 7 dni. Z drugiej strony - w normalnych warunkach - ten okres to 10 dni. Oceniajmy więc realnie te możliwości - apeluje.

- Nasze największe problemy to m. in. ograniczenia w dostawach środków ochrony indywidualnej oraz ceny tych produktów, które w ostatnim czasie bardzo wzrosły. Już teraz producenci i dostawcy informują nas o tym, że materiałów, sprzętu brakuje i dostawy nie będą realizowane. Staramy się zgromadzić ich jak najwięcej. Te potrzeby wciąż są bardzo duże - mówi z kolei Natalia Andruczyk, rzecznik prasowy Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Szczecinie.

Kadra jest, ale „uśpiona”?
Wspomniany anonimowy lekarz, z którym rozmawialiśmy, twierdzi, że w wielu przypadkach przy tworzeniu jednoimiennych lecznic „nie rozeznano dobrze terenu” i wybrano nie te placówki, co trzeba.

- To powinny być takie szpitale, w których przede wszystkim jest rozbudowana kadra anestezjologów łącznie z rezydentami, są lekarze ogólni, interniści, pulmonolodzy - podkreśla.

Zauważa też, że pracujący w szpitalach zakaźnych na oddziałach, które nie mają dużego obłożenia pacjentami z COVID-19 lub praktycznie w ogóle nie pracują, poza przyjmowaniem stanów nagłych (np. oddziały okulistyki, dermatologii), powinni (gdy jest to konieczne - po przejściu testów na obecność koronawirusa) mieć możliwość pomagania tam, gdzie lekarzy brakuje.

- Można młodym lekarzom dać jakieś nowe uprawnienia, by jako niespecjaliści pomagali pacjentom z koronawirusem. Ale musiałyby być gwarancje prawne, bo w przeciwnym razie, gdy epidemia się skończy, będziemy mieli masę donosów od pacjentów do prokuratur, że leczyli ich lekarze bez specjalizacji - mówi.

Zaznacza, że „olbrzymia rzesza lekarzy” pracuje tylko w obszarze prywatnym i te kadry nie są wykorzystywane. - Oni siedzą w domach. Ci ludzie powinni być delegowani na oddziały, które tego potrzebują. Ale wątpię, by to udało się wprowadzić, bo uderzyłoby w zbyt wiele prywatnych podmiotów; nakazów pracy boją się też sami lekarze - zauważa.

I nasz rozmówca te obawy rozumie, tak samo jak trzymanie się możliwości pracy w innych miejscach poza placówką publiczną. - Szpitale nie płacą. Nawet jak ktoś ma dobry etat, to dorabia w prywatnych przychodniach, szpitalach, we własnym gabinecie, bo zarobi tyle samo czy więcej, na dodatek mniejszym nakładem czasu, sił - przyznaje.

Będzie załamanie?
Lekarz konstatuje, że jednoimienne szpitale zakaźne prawdopodobnie nie wystarczą do zabezpieczenia pacjentów koronawirusowych, którzy ostatecznie będą musieli leżeć także w innych szpitalach. De facto to się już dzieje, skoro ma powstać drugie tyle takich placówek - nie nowych, a z przekształcenia „zwykłych” szpitali.

- Skutek? Będzie więcej zgonów na COVID-19, ale nie tylko. - Najbardziej boimy się, że będą zgony na banalne schorzenia, bo nie będzie dla pacjentów opieki - kończy.

Zbigniew Król apeluje do samych pacjentów. - Szpitale powinniśmy traktować jako dobro wspólne, z atencją. Społeczeństwo powinno uświadomić sobie, by nie przychodzić do placówki „z byle czym”. To angażuje personel, stwarza też ryzyko zakażenia - jest ono w szpitalu sporo wyższe, niż np. na ulicy.

Przyznaje, że są obawy co do przyszłości, bo chorzy na COVID-19 to nierzadko trudne do leczenia przypadki, na dodatek o sporym ryzyku niepowodzenia. Jak tłumaczy, nie chodzi tutaj o procentową śmiertelność, która jest o wiele wyższa od grypy (a z drugiej strony nie jakoś specjalnie wysoka), ale o ciężkie przypadki i zgony w liczbach bezwzględnych.

- Koronawirus jest bardziej zakaźny od grypy, infekuje na światową skalę. I liczby rosną. A proszę pamiętać, że musimy zabezpieczać nie tylko pacjentów, ale też personel - podkreśla.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum