Pacjenci boją się szpitali, szpitale boją się pacjentów. Można przeczekać pandemię?

Autor: OPR. RR/Rynek Zdrowia • • 01 września 2020 06:00

Pacjenci boją się szpitali, odkładają planowe zabiegi. Szpitale boją się pacjentów, przesuwają operacje. Wybitni lekarze ostrzegają jednak, że ''zaniechanie leczenia podyktowane strachem przed COVID-19 może spowodować znacznie bardziej dramatyczne skutki niż sama pandemia''. Jakie doświadczenia mają chorzy, którzy teraz trafiają na leczenie? Publikujemy list czytelnika na ten temat*.

FOT. PTWP; zdjęcie ilustracyjne

W środę (26 sierpnia) w szczycie epidemii w jednym z największych szpitali, jako świadczeniobiorca NFZ, miałem ''operację przepukliny pachwinowej lewostronnej sposobem Lichtensteina''. Tak napisali w karcie informacyjnej ze szpitala.

Tego dnia o godzinie 10.30 Ministerstwo Zdrowia poinformowało na Twitterze o 887 nowych zakażeniach i 16 kolejnych zgonach. Tymczasem specjaliści przekonują, żeby nie ulegać strachowi i leczyć się.

Dokładnie w tym samym czasie, kiedy ukazał się komunikat MZ o zgonach i zakażeniach, przewozili mnie z bloku operacyjnego do sali chorych. Z ulgą powtarzałem w myślach, że już po strachu. Z perspektywy pacjenta leżącego na ruchomym łóżku oglądałem lampy na suficie. Tylko na filmach widziałem coś takiego.

Jak to wyglądało
W statystykach resortu zdrowia mój przypadek nie został uwzględniony. Przeszedłem testy na koronawirusa i trafiłem na stół operacyjny.

Ale zacznę od początku.  Gdzieś na początku lipcu diagnozuję u siebie przepuklinę - taką niedużą gulę po lewej stronie pachwiny. Dzwonię do lekarza rodzinnego i w ramach teleporady dostaję instrukcję, że mogę przyjść za godzinę i odebrać w recepcji skierowanie do chirurga.

Pani chirurg w poradni specjalistycznej szpitala każe mi opuścić spodnie, jedno spojrzenie i potwierdza naszą diagnozę - moją i mojego lekarza rodzinnego. To bez wątpienia przepuklina. Potem jeszcze wizyta u lekarzy z oddziału chirurgii ogólnej i uzgodnienie terminu operacji.

- Proszę przyjść 25 sierpnia o 6.30 do szpitala hutniczego, ale na czczo. Tam zrobią panu testy na koronawirusa i stamtąd po 12 godzinach pobytu przewieziemy pana do nas na oddział na operację. Tylko proszę wziąć coś do jedzenia i picia na te 12 godzin, bo w hutniczym niczego pan nie kupi - radzi lekarz.

Wyglądało to całkiem sensownie. Zrobią test na SARS-CoV-2, na wynik poczekam w izolacji, a potem - jeśli będzie negatywny - na stół. Kilka dni później dzwoni do mnie ktoś ze szpitala (chyba lekarz), że scenariusz się zmienił. Mam być w szpitalu hutniczym 24 sierpnia o godz. 9. Tam zrobią wymaz, z tym że na wynik poczekam w domu. Jeśli stwierdzą, że nie mam koronawirusa, to zadzwonią do mnie z informacją, o której operacja.

Ten scenariusz mniej mi się podoba, jest bezsensowny. Bo jeśli mam koronawirusa, to przez cały dzień będę zakażać innych.

Czekam na wynik testu
Tzw. szpital hutniczy to jednopiętrowe zaniedbane pawilony ogrodzone metalową siatką. Na ogrodzeniu ukryty w zaroślach wypłowiały transparent głosi: "Nie ma zgody na likwidację szpitala hutniczego''. Napis jest, szpitala nie ma. Pawilony przejął urząd marszałkowski i przekazał dużemu szpitalowi.

O 9.00 mijam pustą portiernię i bramę z tablicą, że tu jest ''Punkt pobrań, Drive thru''. - Wymazy robimy do godziny 8.00 - informuje pan z kucykiem, który właśnie wychodzi z pawilonu. Dopytuje, kto kazał mi przyjść godzinę później. Ale wymaz mi zrobi, bo kierowca, który wozi pobrane próbki do laboratorium, spóźni się o godzinę. A poza tym przywieźli z DPS-u pacjentkę, która ma dzisiaj zaplanowaną operację i też trzeba zrobić jej test.

Pan z kucykiem, już w kombinezonie, wpycha mi do nosa długi patyczek, żeby pobrać wymaz z nosogardzieli. Nie wygląda to tak, jak pokazują w telewizji. Wpycha do oporu, aż głowa z bólu odskakuje. Pomyślałem, że to pewnie kara za rzekome spóźnienie. Tyle że ja byłem punktualnie, zawinił przepływ informacji między lekarzami a punktem pobrań.

Wyniki powinny być wieczorem. Teraz mam czekać na telefon ze szpitala. Spakowany i wygolony kręcę się po domu. W końcu wychodzę, bo nerwowo nie wytrzymuję. Maseczkę nakładam, licho nie śpi - a nuż kogoś zakaże. Późnym popołudniem dzwonię do szpitala. Nic nie wiedzą. Wieczorem dzwonią do mnie. Wyników nie ma. Mam czekać. Z nerwów jeść nie mogę, spać też nie. Nazajutrz około 7 rano jest telefon. O 9.00 mam być w szpitalu.

Przy głównym wejściu mierzenie temperatury, dezynfekcja rąk i wypełnianie ankiety, że za granicą ostatnio nie byłem, nie mam objawów i nie miałem kontaktu z osobą zakażoną. Potem seria pytań w izbie przyjęć oddziału chirurgii do innej ankiety, znacznie dłuższej od poprzedniej.

Jest już dobrze po dziewiątej, więc zaniepokojony dzwonię na oddział, że jestem, żeby stół operacyjny dla mnie trzymali, że zaraz się pojawię. W końcu melduję się w recepcji oddziału, gdzie jeszcze uzupełniam dokumentację medyczną. Nim docieram do sali chorych, jest już z kilkanaście kartek o mnie i moich chorobach. Czy ktoś to przeczyta?

Po nieprzespanej nocy wreszcie kładę się do łózka. Głodny, ale zadowolony, że pokonałem tyle etapów szpitalnego maratonu. Zabieg ma być dopiero rano, więc może dzisiaj dadzą jeszcze coś zjeść - zastanawiam się. W porze obiadowej litują się nad nami - nowymi pacjentami - i dają po talerzu przesolonego krupniku. Drugiego dania nie dostaniemy. - Posiłki są dla pacjentów, którzy zostali zgłoszeni dzień wcześniej. Taki mamy przepływ informacji - tłumaczy miła pani i na pociechę kompotu do kubka nalewa.

Szwendam się po korytarzu i sali chorych. W programie dnia kilka badań przed operacją i konsultacje z panią anestezjolog na temat zwalczania bólu. Gorliwie przytakuję. Nie chcę, żeby mnie bolało. Są jeszcze przypadkowe rozmowy z pielęgniarkami. Jedna mówi, że nie mają moich wyników na koronawirusa. Tłumaczę, że wcześniej były, bo inna pani powiedziała, że są. I przecież nie byłoby mnie tu, gdyby wynik testu był pozytywny. Znów ten przepływ informacji.

Na stole operacyjnym
Udaje mi się przespać kilka godzin. O 5.30 budzi mnie głośne pytanie: - Stolec to był? O tej porze dla mnie to też zagadka. Szybka retrospekcja i już wiem. - Nie było, proszę pani. Niby po czym? Po tym talerzu krupniku - odpowiadam i przekręcam się na drugi bok.

O operacji niewiele mogę powiedzieć. Znieczulili mnie od pasa w dół, ale zasłonili pole operacyjne. Coś tam grzebali w brzuchu. Potem chirurg wyjaśnił, że założył mi siatkę przepuklinową. Operuje się albo klasycznie metodą Lichtensteina, albo laparoskopowo. U osób z mniejszymi przepuklinami, zwłaszcza u sportowców zalecane są metody laparoskopowe.

W grudniu zeszłego roku Robert Lewandowski też miał usuwaną przepuklinę po lewej stronie. I na tym kończą podobieństwa między nami. W jego przypadku zastosowali laparoskopię, dzięki czemu po kilku dniach mógł wrócić do treningów. Do znajomych puszczam jednak oko i mówię, że my, sportowcy mamy kłopoty z przepukliną. Prawda jest taka, że generalnie przyczyną tworzenia się przepukliny są słabe mięśnie powłok brzusznych, a także raptowny wysiłek fizyczny. Przepukliny pachwinowe stanowią 70 procent wszystkich przepuklin brzusznych, występują głównie u mężczyzn.

Po zabiegu leżę w łóżku. Spostrzegam, że mam na sobie pieluchomajtki. Do kompletu proszę jeszcze o kaczkę. Nie ma sprawy - mówią pielęgniarki i przestrzegają, żebym spokojnie leżał przez 24 godziny i głową absolutnie nie ruszał. Nieco później pojawiają się inne pielęgniarki i mówią, że wystarczy przez 6 godzin w bezruchu poleżeć. Nie zajmuję stanowiska wobec medycznego sporu anestezjologów - zasypiam.

Gdzieś po piątej rano budzi mnie tradycyjne w szpitalach powitanie. - A stolec był? - Zlituj się pani. Niby po czym, po krupniku? Skoro pani tak dopytuje, to jeśli się coś zadzieje, nawet z domu zadzwonię, powiadomię - mówię. Na zachętę dają śniadanie: kromkę chleba, bułkę, trzy plasterki mielonki i kostkę masła. Zjadam, zabieram kartę informacyjną z przykazaniami, żegnam się z personelem i po 3 dniach pobytu w szpitalu, jadę do domu.

Domowa kuracja i refleksja
W wypisie ze szpitala czytam, że mam brać doraźnie Ketonal forte na bóle pooperacyjne i zastrzyki Neoparin. Łykam Ketonal, pomaga. Gorzej z zastrzykami. Dzwonię do mojej przychodni. - To są zastrzyki, które pacjent może robić w domku. Jak pan chce, to pokażemy, jak robić. Bo one są bezpiecznie. A jak nie, to będzie pan do nas przychodził. Nie ma problemu. My nauczymy, to się daje w powłoki brzuszne. Proszę podejść między 10 a 17 - słyszę w słuchawce.

Sam robię sobie zastrzyki. Chwilowo mam dość chodzenia po lekarzach. Z jednym wyjątkiem - 8 września mają mi zdjąć szwy.

W sumie system działa. W czasie pandemii sprawdziłem wszystkie jego szczeble: podstawową opiekę zdrowotną, opiekę specjalistyczną, funkcjonowanie szpitala, a także punktu pobierania wymazów w kierunku SARS-CoV-2.

Bać się czy nie bać kontaktu z placówkami zdrowia i personelem medycznym? Każdy sam musi sobie odpowiedzieć na to pytanie. W każdym razie ja się zdecydowałem. Uznałem, że przeczekać się nie da, bo nie wiadomo, czy i kiedy wrócimy do normalności.

System zapewnia bezpieczeństwo w sensie przyjętych standardów. Personel nosi maseczki, pacjenci niekoniecznie (ale są po testach), jest dostęp do środków dezynfekcyjnych, sprawdza się temperaturę przy wejściu do szpitala, spisuje dane personalne. Bezpiecznej byłoby, gdyby personel medyczny, tak jak pacjenci, też miał aktualne badania.

Co jeszcze zauważyłem? Szwankuje etap od pobrania wymazu i wykluczenia zakażenia koronawirusem do momentu zakwalifikowania pacjenta do planowego leczenia w szpitalu. Powinno się w tym okresie izolować chorych, a nie wypuszczać do domów, żeby czekali na wezwanie ze szpitala. Zawodzi też przepływ informacji między jednostkami organizacyjnymi ochrony zdrowia i między personelem. Odwiecznym problemem są trudności z dodzwonieniem się do placówek.

* Personalia naszego czytelnika - do wiadomości redakcji.

 

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum