Młodzi lekarze już nie marzą, by zostać chirurgami. Czy będzie miał nas kto operować?

Autor: JJ/Rynek Zdrowia • • 25 kwietnia 2019 05:55

Według danych Naczelnej Izby Lekarskiej w Polsce mamy nie więcej niż 9,5 tysiąca chirurgów, z czego 15 proc. to emeryci. Dane Eurostatu pokazują jednak, że jest ich jeszcze mniej - poniżej 6 tys. Część z nich nie pracuje w szpitalach, nie operuje. Lekarska młodzież coraz rzadziej wybiera specjalizacje zabiegowe. Czy chirurgów mamy za mało?

Młodzi lekarze już nie marzą, by zostać chirurgami. Czy będzie miał nas kto operować?
Fot. Fotolia

Jak mówi nam prof. dr hab. n. med. Grzegorz Wallner, konsultant krajowy w dziedzinie chirurgii ogólnej, z jego wyliczeń wynika, że chirurgów szpitalnych jest poniżej 4 tysięcy. Dzisiaj mało który z lekarzy po ukończonych studiach chce się dalej kształcić w specjalizacjach zabiegowych, a w szczególności w chirurgii.

Przyszłych chirurgów coraz mniej
Prof. Andrzej Bochenek, znany kardiochirurg, członek rady nadzorczej American Heart of Poland i nauczyciel akademicki od kilku lat pyta swoich studentów, kto z nich w przyszłości będzie chciał podjąć w dalszym toku nauki specjalizacje zabiegową.

- Kiedy niedawno na zajęciach w 24-osobowej grupie studentów postawiłem pytanie o przyszłą specjalizację, tylko jedna na 24 osoby wyraziła chęć wyboru specjalizacji zabiegowej - ortopedii. I na przestrzeni ostatnich lat takich chętnych jest coraz mniej. To świadczy o tym, że stajemy przed dużym problemem - zauważa prof. Andrzej Bochenek.

Słowa prof. Andrzeja Bochenka w pełni potwierdza prof. Grzegorz Wallner: - Dokładnie zadaję to samo pytanie wszystkim studentom, którzy są na 4 i 5 roku. Na 10 osób czasem jedna, a czasami nikt nie wyraża chęci specjalizowania się w dyscyplinach zabiegowych. Sytuacja w wąskich specjalnościach jednak jest lepsza niż w ogólnych, typu interna czy chirurgia. Węższa specjalizacja jest bardziej atrakcyjna.

Zdaniem prof. Bochenka przyczyn spadku zainteresowania chirurgią wśród młodych lekarzy jest wiele, ale zasadniczy dla wyboru drogi ich kariery wydaje się być fakt, że na chirurgu ciąży bardzo duża odpowiedzialność przy znacznie gorszym wynagrodzeniu w porównaniu z lekarzami innych specjalności.

Drastyczna różnica wynagrodzeń
Jak mówi nam prof. Bochenek młodzi lekarze z którymi rozmawia informują go, że jako specjaliści medycyny rodzinnej otrzymają 110 złotych za godzinę. W klinice u profesora zarobią 60 zł. To zdecydowana różnica dla nich i ich rodzin. Zmieniają więc specjalizację. Zdaniem profesora został popełniony błąd, skoro doszło to tak drastycznego różnicowania wynagrodzeń w specjalizacjach.

- Rozumiem, że podejmując takie kroki kierowano się chęcią zmniejszenia kolejek do lekarzy rodzinnych. Pojawiły się tam wyższe wynagrodzenia. I widać, że to działa. Kwestia wyboru specjalizacji nie jest oparta jedynie na marzeniach i etosie pracy. To prawda, że są młodzi ludzie, którzy nie patrzą, ile będą zarabiali i chcą realizować swoje marzenia. Chcą zostać chirurgami, ortopedami czy kardiochirurgami. To jednak wyjątki - podkreśla prof. Bochenek.

Jak dodaje, o ile jeszcze nienajgorsza sytuacja jest w specjalnościach zabiegowych w klinikach, w dużych ośrodkach, to na oddziałach miejskich czy w szpitalach powiatowych sytuacja kadrowa jest dramatyczna.

Presja oddziału deficytowego
Zdaniem prof. Wallnera młodzi lekarze wybierają chętniej wąskie specjalizacje. Tak jest również w zakresie samej chirurgii, na co - w ocenie profesora - ma wpływ konkurencja.

- Z moich wyliczeń chirurgów szpitalnych jest nas poniżej czterech tysięcy. To jednak 10 razy więcej niż kardiochirurgów, torakochirurgów, chirurgów onkologów. W związku z tym mniejsza jest konkurencja w wąskich specjalizacjach niż w chirurgii ogólnej, łatwiej tam być liderem niż w rozbudowanym środowisku - rozważa.

Jak przekonuje konsultant krajowy faktycznie dodatkową kwestią jest to, że lekarze pracują pod presją warunków, które nie przynoszą im satysfakcji. I nie chodzi o samo uposażenie, które jest też niezwykle ważne, ale także o pracę w miejscu, gdzie się jest stale krytykowanym za to, że się przynosi straty szpitalowi.

- Procedury chirurgiczne są fatalnie wycenione i pracujący oddział chirurgiczny przy obecnych wycenach zawsze będzie przynosił straty szpitalowi. I nie dość, że wykonuje się bardzo ciężką pracę - prawie 550 tys. operacji realizowanych w Polsce w ciągu roku - to jest się cały czas na cenzurowanym. Gdzie się szuka oszczędności? Głównie tam, gdzie są straty. Dyrektorzy szpitali nie mają więc chęci doinwestowania deficytowych oddziałów w sprzęt i aparaturę - mówi prof. Grzegorz Wallner.

Nie powinna istnieć taka sytuacja, w której jedne dyscypliny medycyny rozwijają się kosztem innych. Ten rozwój powinien być zrównoważony. - Jak traktowana jest chirurgia świadczy fakt, że według danych Ministerstwa Zdrowia tylko na stopę cukrzycową wydaje się z budżetu 2,5 mld złotych a na całą chirurgię przeznacza się niecałe 3 mld - podaje prof. Wallner.

Nie ma chętnych
Ponieważ oddział chirurgiczny nie jest atrakcyjnym miejscem pracy, to trudno się dziwić, że stale na ponad 200 miejscach rezydenckich w chirurgii ogólnej jest wakat.

-  W województwach mazowieckim, dolnośląskim, wielkopolskim i śląskim, czyli tam gdzie potrzeba najwięcej chirurgów, ilość miejsc rezydenckich przydzielanych na poziomie 12-15 jest wykorzystana jedynie w niewielkim procencie. W Wielkopolsce i w Mazowieckiem zgłosiły się zaledwie po 2 – 3 osoby - mówi profesor.

Podkreśla, że resort zdrowia "musi coś z tym zrobić", bo same miejsca rezydenckie i ogłoszenie, że chirurgia ogólna jest priorytetową specjalnością, już nie wystarczy.

- Bez wzrostu nakładów na chirurgię nie da się tego poprawić. Z drugiej strony, co powinni sobie uzmysłowić decydenci - chirurgia decyduje o bezpieczeństwie państwa i jego obywateli. Jeżeli mówimy o kierunkach rozwoju, to chirurgia ogólna powinna zostać ujęta w podstawowej opiece zdrowotnej w zakresie stanów nagłych, które mogą być zaopatrzone w warunkach ambulatoryjnych. Natomiast pozostała jej część powinna być centralizowana w ośrodkach wysoko referencyjnych, które zajmują się chirurgią narządową - podsuwa myśl prof. Grzegorz Wallner.

Czy roboty mogą zastąpić chirurgów?
Medycyna się rozwija bardzo dynamicznie. Coraz bardziej skuteczna jest farmakologia, terapie zachowawcze. Coraz powszechniejsze staje się też stosowanie metod małoinwazyjnych i coraz więcej pojawia się, także u nas, robotów chirurgicznych. Może więc jednak będziemy za chwilę potrzebować mniej specjalistów w tej dziedzinie i tylko z tego powodu stanie się ona mniej deficytowa kadrowo?

- Powinniśmy obserwować te tendencje, ale ciągle ilość zdarzeń, które zaopatruje chirurgia, jest stabilna. To prawda, że ilość operacji kardiochirurgicznych zmalała. Nie operuje się już tylu bypassów co kiedyś, dlatego że kardiologia interwencyjna przejęła część tych operacji. Ale musimy pamiętać o jednym - mamy starzejące się społeczeństwo i pojawiają się inne choroby. Na oddziałach kardiochirurgii nie zmniejsza się liczba operacji, zmienia się natomiast ich profil - mówi prof. Andrzej Bochenek.

- Jeszcze niedawno operowaliśmy głównie z powodu choroby wieńcowej, a obecnie operuje się choroby w następnym etapie. U młodych ludzi choroba wieńcowa zaopatrywana jest przez kardiologów i zakładane są stenty. W późniejszym jednak okresie pojawiają się wady zastawkowe. Pojawiają się różne aspekty niewydolności serca, które będą leczyli także kardiochirurdzy. Wkrótce będziemy stosować coraz więcej urządzeń wspomagania pracy serca - dodaje profesor.

- To prawda, że pojawiają się nowe metody i techniki. Już nie rozcinamy bardzo często całego brzucha, ale stosujemy chirurgię endoskopową. To jednak dalej chirurgia, która jest bardzo potrzebna i potrzeba nam będzie specjalistów w tym zakresie - konkluduje.

Konsultant: do 20 proc. oddziałów można zlikwidować
Zdaniem prof. Wallnera nastąpiło fetyszyzowanie pojęcia chirurgii małoinwazyjnej. Jak przekonuje, jest to tylko kwestia dostępu do operowanego miejsca, wykorzystanie nowoczesnej aparatury i nowych technik, które mają minimalizować ryzyko powikłań, zmniejszać uraz około operacyjny. Jednak generalnie, co do zasady, zabieg wymaga specjalistycznej wiedzy i umiejętności, tak samo jak w chirurgii otwartej.

- Faktycznie wiele przypadków, które kiedyś się operowało, dzisiaj jest leczonych za pomocą technik endoskopowych, często nawet przez naturalne otwory ciała. Na sale operacyjne wkraczają roboty, ale to przecież chirurg operuje, wykorzystując wysoko zaawansowane technologicznie urządzenie, a nie robot - podkreśla prof. Wallner.

Jak mówi profesor, nie ilość chirurgów a zmiany strukturalne i organizacyjne chirurgii są potrzebne. Obecnie w Polsce jest ponad 500 oddziałów chirurgii, a średnia odległość do szpitala wynosi 7 km. - W żadnym innym kraju nie ma tak dużego nasycenia ilością oddziałów chirurgicznych - stwierdza konsultant krajowy.

- Gdy mówimy o braku pieniędzy w systemie, to z jednej strony jest to prawda, a z drugiej mamy złą ich dystrybucję. Wiele oddziałów jest utrzymywana niepotrzebnie, zwłaszcza te, które wykonują małą liczbę zabiegów. Z jednej strony można więc powiedzieć, że jest nas chirurgów mało, ale z drugiej – jest nas wystarczająca ilość, tylko trzeba przeorganizować system pracy oddziałów chirurgicznych. W mojej ocenie od 15 do 20 proc. oddziałów można by było zlikwidować. Merytorycznie wszyscy to rozumieją, ale politycznie nikt takiej decyzji nie podejmie, bo straci wyborców - mówi prof. Wallner.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum