Mamy skuteczne terapie pęcherza nadreaktywnego, ale kilka problemów czeka na rozwiązanie

Autor: Marzena Sygut/Rynek Zdrowia • • 06 kwietnia 2020 15:04

Nadreaktywny pęcherz (z ang. Overactive Bladder; OAB) to choroba, która fizycznie nie boli. Jest jednak na tyle uciążliwa, że odbiera ludziom chęć do życia. Dlatego tak ważne jest zapewnienie pacjentom skutecznej, indywidualnie dobranej terapii. Eksperci zapewniają, że dziś mamy już dość szeroki wachlarz możliwości, nadal jednak potrzebna jest refundacja leku drugiego rzutu a także upowszechnienie wiedzy na temat niektórych opcji terapeutycznych.

Anna Sarbak, prezes Stowarzyszenia Osób z NTM "UroConti"; FOT. Materiały prasowe

Zespół pęcherza nadreaktywnego dotyka w Polsce ok. 600-800 tys. osób. Jak podkreśla dr Honorata Błaszczyk z Poradni Lekarzy Rodzinnych w Łodzi, zespół pęcherza nadaktywnego jest to schorzenie polegające na nagłym, niekontrolowanym kurczu mięśnia wypieracza pęcherza moczowego.

Wstydliwa dolegliwość
- Ten nagły spazm powoduje parcia naglące, które zmuszają pacjentów, niezależne od stopnia wypełnienia pęcherza, do natychmiastowego oddania moczu. Potrzeba ta jest często niemożliwa do opanowania. Do niekontrolowanego kurczu wspomnianego mięśnia w zdecydowanej większości przypadków dochodzi z nieznanych przyczyn - wyjaśnia dr Błaszczyk.

Zaznacza też, że choroba ta dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn, jednak u płci żeńskiej zdarza się 2-3 krotnie częściej. Na schorzenie to zapadają osoby w każdym wieku, ale im człowiek jest starszy, tym problem jest częstszy.

- Parcia naglące dotyczą ok. 25-27 proc. pacjentów borykających się z nietrzymaniem moczu. Ponieważ grupa ta liczy ok. 2,5 mln. osób, łatwo można wyliczyć, iż na zespół pęcherza nadreaktywnego cierpi 600-800 tys. Polek i Polaków. Wyliczenia wskazuję, że z problemem tym boryka się ok. 16-18 proc. kobiet po 40 roku życia - tłumaczy dr Błaszczyk.

I dodaje: - Do czynników ryzyka wystąpienia parć naglących, które jednocześnie są czynnikami ryzyka każdego nietrzymania moczu należą: starszy wiek, płeć żeńska i związane z nią przebyte ciąże i porody, zwłaszcza drogami natury i porody dużych płodów, zabiegi wykonywane w zakresie miednicy mniejszej i jamy brzusznej, ciężka praca fizyczna, otyłość oraz nieprawidłowe zachowania behawioralne, takie jak picie kawy,  alkoholu czy spożywanie dużej ilości płynów, zwłaszcza w godzinach późnopopołudniowych. Zdarza się też, że za parcie naglące odpowiedzialne są przyczyny pochodzenia mózgowego. Mowa tu o zaburzeniu w pracy ośrodków mózgowych i przekaźników decydujących o procesie oddawania moczu.

- W zdecydowanej większości przypadków nie da się jednak ustalić przyczyn występowania pęcherza nadreaktywnego. W takim wypadku stawiając diagnozę, mówi się o idiopatycznym pęcherzu nadaktywnym - wyjaśnia dr Błaszczyk. 

Minimalizowanie czynników ryzyka choroby
Dr Błaszczyk podkreśla również, że niektóre z czynników ryzyka wystąpienia pęcherza nadreaktywnego są modyfikowalne, dlatego też można zmniejszyć ryzyko wystąpienia tego schorzenia. W tym celu należy dbać o utrzymanie prawidłowej masy ciała, systematycznej aktywności fizycznej, która powoduje, że mięśnie są mocne i dobrze pracują, w tym również mięśnie dna miednicy, współodpowiedzialne za utrzymani moczu. Należy również dbać o to, aby nie przetrzymywać moczu w pęcherzu, mocz oddawać zachowując właściwą pozycję, unikać nadmiernego wysiłku fizycznego.

Zaznacza też, że pacjentom, którzy cierpią z powodu pęcherza nadreaktywnego proponuje się leczenie trojakiego rodzaju.

- Jako pierwsze zaleca się leczenie niefarmakologiczne, czyli modyfikację niekorzystnych zachowań i redukcję czynników ryzyka, które to działania mogą poprawić komfort życia chorego w zakresie kontynencji. Mam tu na myśli modyfikację nawyków żywieniowych, redukcję masy ciała, odpowiednie ćwiczenia, które wzmocnią mięśnie dna miednicy i tak zwany trening pęcherza moczowego, czyli podjęcie prób, w przypadku wystąpienia parcia naglącego, utrzymania moczu i wydłużanie, w miarą możliwości przerwy pomiędzy kolejnymi mikcjami - wyjaśnia dr Błaszczyk.

I dodaje: - Jeżeli, działania takie nie przynoszą rezultatu proponuje się pacjentowi wprowadzenie reżimu toaletowego, czyli systematyczne odwiedzanie toalety niezależnie od tego czy pacjent odczuwa taką potrzebę czy nie. Chodzi o to, aby w pęcherzu moczowym znajdowało się mało moczu, ponieważ przy parciu naglącym z pęcherza „wycieka” tyle moczu, ile w nim się znajduje.

Jeśli takie działania nie zdają egzaminu lub problem jest bardzo dla pacjenta dokuczliwy należy podjąć decyzję o wdrożeniu leczenia farmakologicznego.

- W przypadku pęcherza nadreaktywnego, jest to złoty standard postępowania. W Polsce w ramach leczenia pierwszego rzutu dopuszczonych do obrotu jest kilka substancji, z czego dwie są objęte refundacją. Jeśli leczenie tymi lekami nie jest skuteczne – można zaproponować lek drugiej linii leczenia. Niestety tego typu terapia jest dość kosztowna. Ponieważ nie ma na nią refundacji - pacjent musi zapłacić ok. 230 zł., za miesiąc terapii - podkreśla dr Błaszczyk.

Utrudniona dostępność
Trudności w dostępie do terapii farmakologicznej drugiej linii z uwagi na koszt dla pacjenta dostrzega również dr Mariusz Blewniewski, urolog z Oddziału Urologii Ogólnej, Onkologicznej i Czynnościowej w Wojewódzkim Wielospecjalistycznym Centrum Onkologii i Traumatologii w Łodzi.

Podkreśla on, że wprawdzie od kwietnia ubiegłego roku mamy dostępne w Polsce wszelkie terapie w leczeniu pęcherza nadreaktywnego, ponieważ wówczas do katalogu świadczeń wprowadzono neuromodulację nerwów krzyżowych, jednak warto byłoby pomyśleć o zrefundowaniu leku drugoliniowego. Ten rozszerzyłby wachlarz możliwości leczenia farmakologicznego.

- W terapii farmakologicznej, w pierwszej grupie mamy leki antycholinergiczne inaczej antymuskarynowe, których działanie polega na zablokowaniu receptorów muskarynowych w pęcherzu moczowym. Niestety leki te dają duże objawy uboczne. Powodują zaparcia, suchość w jamie ustnej, zaburzenia widzenia, zaburzenia jelitowo-żołądkowe, bóle głowy i wiele innych. Substancji tych nie mogą też przyjmować osoby z jaskrą - zaznacza dr Blewniewski.

Tymczasem, jak wyjaśnia, w grupie drugiego rzutu jest w Polsce dostępny jeden lek - mirabegron, który ma inny mechanizm działania. - U osób, u których leki pierwszoliniowe nie do końca się sprawdzają, można zastosować terapię skojarzoną, przy użyciu leków antymuskarynowych i mirabegronu. Wówczas efekt byłby zdecydowanie lepszy. Niestety, brak refundacji leku drugoliniowego przy konieczności przyjmowania go na stałe sprawia, że pacjenci rezygnują z tego leku - tłumaczy dr Blewniewski.

Zdanie to podziela Anna Sarbak, prezes Stowarzyszenia Osób z NTM "UroConti". Wyjaśnia ona, że w zdecydowanej większości krajów UE, w tym u naszych sąsiednich, lek ten jest refundowany.

- Nasze koleżanki i koledzy, które korzystają z refundowanej w Polsce terapii farmakologicznej, często zmuszone są z niej zrezygnować z uwagi na uciążliwe działania uboczne. Tymczasem odstawienie leku powoduje, że nie ma efektu. Gdyby pacjentki miały zrefundowany lek drugoliniowy, miałyby szansę na powstrzymanie swojej choroby w sposób zachowawczy - wyjaśnia prezes Sarbak.

- Ktoś, kto sam nie mierzy się z tą chorobą nie ma pojęcia, jak bardzo ona utrudnia życia. Pacjenci dzwonią do nas i skarżą się, że nie są w stanie dalej tak żyć. Proszę sobie wyobrazić pracę zawodową, wyjście na spotkanie biznesowe czy nawet pracę przy kasie, w sytuacji, gdy stoi przed nami klient a my musimy natychmiast wyjść do toalety. Jeśli tego nie zrobimy mocz będzie nam ciekł po nogach. To jest naprawdę koszmar – zaznacza prezes Sarbak.

Podkreśla też, że wielkie nadzieje pacjenci z nadreaktywnym pęcherzem wiązali z publikacją tegorocznych list leków refundowanych. Niestety pierwszy kwartał 2020 roku nie przyniósł tej grupie chorych istotnej poprawy w dostępności do nowych farmaceutyków.

- Na styczniowych, jak i marcowych wykazach nie odnotowaliśmy uwzględnienia postulatu, o który ubiegamy się od kilku lat, mianowicie wprowadzenia II linii leczenia farmakologicznego w zespole pęcherza nadreaktywnego. Terapia, o którą zabiegają pacjenci uzyskała już kolejny raz pozytywną rekomendację prezesa Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Rozczarowanie jest tym większe, że lista substancji medycznych refundowanych w zespole pęcherza nadreaktywnego nie była zmieniana od początku jej utworzenia, czyli de facto od 2011 roku - podkreśla prezes Sarbak.

Dążąc do skutecznego leczenia
Dr Blewniewski zaznacza, że na szczęście obecnie możliwości leczenia chorych z pęcherzem nadreaktywnym nie kończą się na farmakoterapii.

-  Jeżeli pacjent nie może przyjmować leków, może skorzystać z leczenia zabiegowego. Pierwszym z nich jest zabieg polegający na podaniu do ściany pęcherza moczowego toksyny botulinowej. Toksyna ta wywołuje porażenie połączeń nerwowo-mięśniowych w pęcherzu i w efekcie dochodzi do zmniejszenia dolegliwości - wyjaśnia dr Blewniewski.

I podkreśla. Efekty tego zabiegu utrzymują się od 3 do 9 miesięcy. Kiedy dolegliwości wracają, zabieg należy powtórzyć. Na szczęście metoda ta jest nieobarczona powikłaniami.

- Na samym końcu katalogu świadczeń dedykowanych tej grupie chorych, mamy neuromodulację nerwów krzyżowych. Pomimo, że metoda ta jest znana na świecie od 25-26 lat, w Polsce dostępna jest od ubiegłego roku - mówi dr Blewniewski.

Jak wyjaśnia, zabieg ten polega na wszczepieniu do otworów kości krzyżowych elektrod, które są w pierwszym etapie zabiegu połączone zewnętrznym stymulatorem wytwarzającym impulsy elektryczne. W ten sposób stymuluje się nerwy krzyżowe odpowiedzialne za unerwienie pęcherza moczowego.

- Metoda ta jest dość droga, kosztuje ok. 40 tys. zł. dlatego przeznaczona jest dla wąskiej grupy chorych, u których inne formy leczenia nie zdały egzaminu. Skuteczność neuromodulacji krzyżowej sięga 70-80 proc. - zaznacza dr Blewniewski.

Jednocześnie wyjaśnia, że przy wprowadzaniu tej metody planowano rocznie przeprowadzać ok.50 zabiegów.

Pokonać strach przed leczeniem
Dr Blewniewski zwraca też uwagę na inny problem jakim jest strach przed leczeniem chirurgicznym. Jak wyjaśnia dziś zabiegi neuromodulacji przeprowadzają trzy ośrodki w kraju. Docelowo powinny być one wykonywane w pięciu ośrodkach. To pokryłoby zapotrzebowanie na te zabiegi.

- Większym jednak problemem niż liczba ośrodków, jest przekonanie chorych, że zabiegi te są bezpieczne, że ich wykonanie nie grozi uszkodzeniem rdzenia kręgowego. Dziś u wielu pacjentów pokutuje strach przed zabiegami na kręgosłupie - podkreśla dr Blewniewski.

Z kolei dr Błaszczyk dodaje, że podobny strach a raczej wstyd i zażenowanie towarzyszy chorym już od początku pojawienia się wspomnianej dolegliwości.

- Warto pomyśleć o tym, jak wzbudzić u pacjentów przekonanie, że nie należy wstydzić się rozmowy o tym problemie z lekarzem. Dziś pacjenci rzadko zgłaszają tę dolegliwość, co sprawia, że całe postępowanie terapeutyczne się opóźnia - puentuje dr Błaszczyk.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum