KR/Rynek Zdrowia | 25-02-2011 12:54

Lubuskie: czy specjaliści medycyny ratunkowej zaczną "rejterować"?

W województwie lubuskim od czterech lat trwają poszukiwania lekarzy koordynatorów ratownictwa medycznego. Specjalistów w tej dziedzinie brakuje też do pracy na SOR i w karetkach. Wielu anestezjologów, chirurgów, chirurgów dziecięcych czy ortopedów, którzy zdobyli specjalizację w dziedzinie medycyny ratunkowej po odbyciu tzw. krótkiej ścieżki, wróciło do swoich specjalizacji.

Jak podaje Gazeta Wyborcza, pierwszy konkurs na stanowisko koordynatorów ogłoszono w 2007 r. Dotąd nie udało się zapełnić wszystkich pięciu etatów. Obecnie praca sześciu lekarzy składa się w sumie na 3 i pół etatu.

Praca lekarza koordynatora ratownictwa medycznego w Centrum Zarządzania Kryzysowego u wojewody lubuskiego polega na całodobowym dyżurze za biurkiem przy telefonie. Andrzej Szmit, wojewódzki konsultant w dziedzinie medycyny ratunkowej, przyznaje, że nie każdy lekarz chce zmieniać się w urzędnika i siedzieć za biurkiem. Poza tym specjalistów medycyny ratunkowej po prostu brakuje.

– Już wiele lat temu mówiłem, że ratownictwo medyczne nie będzie się zmagać z brakiem ambulansów czy oddziałów ratunkowych, a właśnie z brakiem chęci lekarzy do podejmowania kształcenia i pracy w tej bardzo trudnej dziedzinie medycyny. Dziedzinie, która nie ma co ukrywać, ma najmniejszy szacunek wśród społeczności lekarskiej, obciążona jest olbrzymią odpowiedzialnością prawną i napięciem psychicznym – mówi nam Andrzej Szmit.

Jak podkreśla, lekarz medycyny ratunkowej częstokroć pracuje we wrogim sobie środowisku, jest narażony na pobicie i wyzwiska, podejmuje decyzję indywidualnie, bo nie ma możliwości konsultacji diagnozy z kolegami lekarzami, musi być też być multispecjalistą.

– A to wszystko za wcale nie tak atrakcyjne pieniądze, jakich można by po takiej pracy oczekiwać. Stąd też wielu anestezjologów, chirurgów, chirurgów dziecięcych czy ortopedów, którzy zdobyli specjalizację w dziedzinie medycyny ratunkowej po odbyciu tzw. krótkiej ścieżki, wróciło do swoich specjalizacji – przyznaje konsultant.

Okazało się, że w medycynie ratunkowej nie ma co liczyć na budzące emocje wynagrodzenia. Jak przyznaje Andrzej Szmit, który jest też dyrektorem Samodzielnego Publicznego Szpitala Wojewódzkiego w Gorzowie Wlkp., specjaliście którego chce zachęcić do pracy na oddziale i który przyniesie szpitalowi dobry kontrakt, musi zapłacić 70-90 zł za godzinę.

– Spójrzmy na to, ile chciałbym a ile mogę zaoferować specjaliście medycyny ratunkowej. Tzw. dobokaretka kosztuje mnie 3,5 tys. zł. Gdybym chciał lekarzowi medycyny ratunkowej zapłacić tę zachęcającą stawkę 70 zł, to samo jego wynagrodzenie kosztować mnie będzie ok. 1700 zł. Pozostałe 1700 zł musi wystarczyć na dwóch ratowników medycznych oraz stawkę amortyzacyjną sprzętu, gdzie ambulans to dziś wydatek ok. 350 tys. zł – wylicza Andrzej Szmit.

Wniosek: dla systemu ratownictwa bardziej opłacalna jest karetka podstawowa, bez lekarza specjalisty medycyny ratunkowej.

– Zadajmy sobie jednak pytanie, którą z tych karetek podjeżdżających do pacjenta z zawałem czy ofiary wypadku chcielibyśmy zobaczyć? – pyta.

W szpitalu dyrektor Szmit chciałby mieć sześciu specjalistów od medycyny ratunkowej. Obecnie ma dwóch, który dojeżdżają na dyżury w gorzowskiej lecznicy z Goleniowa i Stargardu Szczecińskiego. W lepszej sytuacji jest Szpital Wojewódzki w Zielonej Górze.

– W szpitalu pracuje dwóch specjalistów medycyny ratunkowej. Siedmiu jest w trakcie specjalizacji, jeden z nich na początku tej drogi, drugi tuż przed egzaminem specjalizacyjnym. SOR to nasz oddział flagowy, dziewięciu lekarzy medycyny zabezpieczy potrzeby oddziału – mówi portalowi rynekzdrowia.pl Adriana Wilczyńska, rzecznik zielonogórskiej lecznicy.

W całym województwie lubuskim obecnie pracuje siedmiu specjalistów w tej dziedzinie. W 2015 r., kiedy w karetkach i na oddziałach ratunkowych mają być zatrudniani tylko lekarze ze specjalizacją w dziedzinie medycyny ratunkowej, w Lubuskim potrzebnych ich będzie ponad stu.