Lekarze z kopalni "Śląsk-Wirek": górnicy nie czekali na pomoc

Autor: Gazeta Wyborcza/Rynek Zdrowia • • 29 września 2009 10:57

Po tym jak doszło do wybuchu metanu w Kopalni "Wujek-Śląsk" w mediach pojawiły się informacje, że poparzeni górnicy musieli długo czekać na pomoc. Jednak lekarze kopalniani, którzy jako pierwsi udzielali poszkodowanym pomocy zaprzeczają, że doszło do takiej sytuacji.

Lekarze z kopalni "Śląsk-Wirek": górnicy nie czekali na pomoc
Fot. Adobe Stock. Data Dodania: 16 grudnia 2022

Dr Beata Masłowska-Król i dr Jerzy Król, byli lekarzami, którzy pierwsi udzielali pomocy rannym w wybuchu metanu górnikom.

- To bardzo przykre. Nas, lekarzy, którzy pierwsi udzielali pomocy, nikt nie zapytał, jak było naprawdę - mówi w wywiadzie dla Gazety Wyborczej dr Beata Masłowska-Król.

Lekarze nie potrafią podać dokładnie godziny rozpoczęcia akcji ratunkowej, ale zapewniają, że nikt nie musiał czekać na pomoc.

- Nikt nie zwracał uwagi na godzinę. Ja pracuję w przychodni w pobliskiej kopalni Polska Wirek. Dostałem wiadomość, że mam jechać na "Wujek-Śląsk". Dwa kilometry pokonałem autem w kilka minut. Żona pracuje w przychodni na tej kopalni. Właśnie dojeżdżała do pracy, kiedy do niej dzwonili. Gdy wbiegłem na kopalnię, na podszybiu przy windzie był już jeden lekarz i pielęgniarka z tej kopalni. W punkcie medycznym były też pielęgniarki. Trudno powiedzieć, jak długo czekaliśmy na pierwszego rannego górnika - tłumaczy dr Jerzy Król.

Lekarka relacjonuje, że po dłuższej chwili wniesiono na noszach pierwszego poszkodowanego. Był mocno poparzony, krzyczał z bólu:

- Od razu dałam mu zastrzyk przeciwbólowy, na rany założyłam jałowe opatrunki, nawilżyliśmy mu twarz, głowę, ręce. Próbowaliśmy podłączyć kroplówkę. Udało nam się wkłuć do nogi, tam gdzie nosił kalosze. Żeby nie wychłodzić organizmu, rannego przykryliśmy kocem. Gdy skończyłam go opatrywać, na sali było już trzech doktorów i pięć pielęgniarek.

Wtedy lekarze nie znali jeszcze rozmiarów tragedii.

- Do wypadku doszło przed południem, wielu lekarzy było w pobliżu, w gabinetach w kopalnianej przychodni. Nikt nie wiedział, ilu może być rannych. Dopiero jak zaopatrzyliśmy pierwszego górnika, zaczęło się piekło. Ranni trafiali do punktu medycznego, gdzie układaliśmy ich najpierw obok siebie na noszach. Każdy musiał dostać zastrzyk przeciwbólowy, wykonywaliśmy podstawowe zabiegi. W tym czasie z miasta przyjechały karetki, do których kierowaliśmy rannych. Pierwszeństwo mieli ci najbardziej poszkodowani, ale karetek było tak dużo, że nikt nie czekał - opowiada Gazecie Wyborczej Beata Masłowska-Król.

Dr Jerzy Król zjechał do kopalni, aby udzielić pomocy rannym.

- Na dole było strasznie. Cały transport był zabezpieczony do przewozu rannych, razem z behapowcem musiałem biec chodnikiem półtora kilometra. Po drodze spotkałem grupę ratowników z rannymi górnikami. Sprawdziłem ich stan. Czterech nie żyło. Z dwoma rannymi rozmawiałem. Poleciłem jak najszybciej odtransportować ich na powierzchnię. Ruszyłem dalej do miejsca wybuchu. Było coraz ciaśniej, ciemniej i cieplej. Pod ścianą była grupa zwykłych górników, reanimowali siedmiu kolegów. Robili masaż serca, sztuczne oddychanie. Na nic. U wszystkich stwierdziłem zgon. Przekonywali mnie, że wyczuwają puls, że trzeba ich jeszcze raz zbadać... Tej chwili nie zapomnę do końca życia. I głosów: „Panie doktorze, on oddycha, ja coś tu czuję!”- relacjonuje lekarz.

Dr Masłowska-Król uważa, że akcja ratownicza była przeprowadzona prawidłowo.

- Kopalnia to miejsce specyficzne. To nie tak, że z jakiejś dziury w ziemi trzeba powyciągać rannych. Ratownicy muszą zadbać o własne bezpieczeństwo. W chodnikach jest ciemno, ludzie byli porozrzucani. W windzie zmieści się tylko para noszy z poszkodowanymi. To wszystko trwa. Górnicy byli wynoszeni po kolei. Nie było zastoju. Najpierw jeden mężczyzna, a potem cały czas jeden po drugim, bez przerwy. Jeśli ktoś mówi, że tym ludziom nie udzielono natychmiastowej pomocy, powinien najpierw zrozumieć, czym jest kopalnia, a później sprawdzić, jak było naprawdę.

Jak mówią lekarze w kopalni wciąż dyżuruje jedna karetka. Od początku była na miejscu, a kolejne sukcesywnie nadjeżdżały.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum