Lekarze rodzinni: wciąż jest nas za mało

Autor: Anna Kaczmarek/Rynek Zdrowia • • 15 czerwca 2010 06:05

Prof. Witold Lukas, konsultant krajowy w dziedzinie medycyny rodzinnej przypominał podczas X Kongresu Medycyny Rodzinnej o kluczowym dla wyników terapii znaczeniu relacji pacjent-lekarz, w której ten pierwszy czuje się współodpowiedzialny za proces leczenia. Tylko czy w Polsce lekarz ma czas na budowanie relacji z pacjentem?

W naszym kraju jest co najmniej o połowę za mało lekarzy rodzinnych – przypominano podczas łódzkiego kongresu (10-13 czerwca 2010 r.).

– Mamy wykształconych w tym kierunku 11 tys. specjalistów. Z tym, że część z nich być może nie praktykuje, a część wyjechała do pracy za granicę. Oceniamy, że na jednego lekarza rodzinnego powinno przypadać od 1600 do 1800 pacjentów – mówi portalowi rynekzdrowia.pl dr Maciej Godycki-Ćwirko, prezes Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce (KLRwP).

Jego zdaniem przy takich założeniach w Polsce powinno być ok. 20 tys. lekarzy rodzinnych. – Wówczas lekarz, oprócz załatwiania doraźnych problemów, z którymi zgłaszają się pacjenci do poradni, miałby czas na własną inicjatywę, mógłby wyjść do pacjenta z pewnymi działaniami, np. profilaktyką.

Te długie listy pacjentów...
W Polsce zgodnie z przepisami lekarz może mieć pod opieką 2700 pacjentów, a zdaniem prezesa Godyckiego-Ćwirko, żeby podnieść poziom medycyny rodzinnej, należy zwiększyć ilość czasu poświęcanego jednemu pacjentowi, ale należy to zrobić bez szkody finansowej dla podstawowej opieki zdrowotnej (POZ).

– Naszym zdaniem POZ i tak nie jest najlepiej finansowana. Zachodzi oczywiście pytanie, czy polski system ochrony zdrowia na stać na zwiększenie środków na ten cel. Pewnie nie... – stwierdza dr Godycki-Ćwirko.

– Te codzienne listy pacjentów, którzy trafiają do nas, są za długie. Nie mamy wiele czasu na jednego chorego. Natomiast jeżeli pacjent trafia do nas kolejny raz z rzędu, to jesteśmy w stanie uzyskać równowagę – zaznacza nasz rozmówca.

– Oczywiście, jeżeli pacjenci są zapisani na listę danego lekarza. Zdarza się jeszcze w wielu przychodniach, gdzie następuje duża rotacja lekarzy, że pacjent za każdym razem leczy się u kogo innego. Lekarze nie mają pełnego obrazu stanu pacjenta – ubolewa prezes KLRwP.

Jego zdaniem sprawdzają się nieduże lekarskie praktyki grupowe: – Niekoniecznie musi być to praktyka indywidualna, która jest dużym obciążeniem dla lekarza.

Kształcenie nie do końca dobre
Prezes przyznaje również, kształcenie lekarzy rodzinnych wymaga pewnych rozwiązań, które poprawią system edukacji w tym zakresie:

– Poziom kształcenia lekarzy rodzinnych jest zróżnicowany ze względu na tryby kształcenia. Jest tryb rezydencki, gdzie lekarze kształcą się przez 4 lata, pracują wówczas etatowo, otrzymują za to wynagrodzenie. Mamy duży wpływ na ten rodzaj kształcenia – przyznaje szef Kolegium. Nauczyciele czuwający nad odbywającymi specjalizację przechodzą specjalne szkolenie, czego nie ma przy wielu innych specjalizacjach.

– Inaczej wygląda proces kształcenia u lekarzy już praktykujących, oni pracują i mają mniej czasu na naukę. Należałoby poszukać rozwiązań, które pomogą lekarzom zmieniającym specjalizację. Niestety, nie czuję woli zmierzenia się z tym problemem ze strony Ministerstwa Zdrowia – dodaje dr Maciej Godycki-Ćwirko.

Spór wokół skierowań

Wydaje się, że dużym zgrzytem na linii pacjent-lekarz rodzinny jest kwestia skierowań na badania diagnostyczne. Pacjenci uważają, że lekarze nie chcą dawać im takich skierowań lub czynią to bardzo niechętnie.

Podczas kongresowej sesji pt. „Rozwój zawodowy i jakość opieki” dr Stefan Trzos przedstawił wyniki badań przeprowadzonych miejscu swojego zatrudnienia, które dowiodły, że wiele skierowań na badania wydanych pacjentom przewlekle chorym, zgłaszającym się po receptę, było zupełnie niepotrzebnych, a lekarz często decydował się na wydanie skierowania wskutek żądań pacjenta.

– Podczas 3235 wizyt u lekarza pacjentów przewlekle chorych, którzy zgłaszali się po receptę, 758 osób zażądało skierowania na badania dodatkowe. 685 zażądało wykonania badań biochemicznych, 211 – badań RTG, 155 – usg jamy brzusznej – relacjonuje dr Trzos.

Jak się później okazało w ramach badan biochemicznych, stwierdzono istotne nieprawidłowości u 3 osób, w ramach badań RTG – u 2 osób, natomiast badanie usg ujawniło choroby u 2 osób.

– Koszt tych wszystkich badań to ok. 22 tys. zł, a 92 proc. z nich nie miało uzasadnienia medycznego – stwierdził dr Stefan Trzos.

Zdaniem doktora Godyckiego-Ćwirko, badanie jest częścią postępowania diagnostycznego i nie powinno być od niego izolowane: – Badanie służy do oceny stanu pacjenta, postępów w leczeniu i w tym kontekście powinno być zlecane. Jeżeli pacjent leczy się w podstawowej opiece zdrowotnej, to właśnie lekarz rodzinny powinien zlecać badania i oczywiście zleca je w miarę potrzeb i możliwości, które daje mu umowa z NFZ.

Zmienić zasady finansowania
Zdaniem prezesa KLRwP skupianie się na samych badaniach, a nie na całości postępowania, jest błędem: – Czasami pacjent sam decyduje się zrobić prywatnie badania, ale na niewiele mu to się zdaje, ponieważ nie potrafi sam ich zinterpretować.

W tym zakresie potrzebne są rozwiązania finansowo-systemowe. Kolegium Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce od dawna postuluje, aby finansowanie diagnostyki było prowadzone bezpośrednio przez NFZ, bez względu na to, który lekarz zleca badanie.

– Fundusz oczywiście obawia się, że lekarze nadużywaliby wówczas zlecania badań. Te obawy są jednak nieuzasadnione, dlatego, że już teraz Fundusz ma wszelkie dane dotyczące zlecanych badań, wszystko jest sprawozdawane do NFZ – podkreśla prezes Kolegium. – Nie rozumiemy, dlaczego ten problem nie jest rozwiązany.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum