Instruktorka tańca chce wiedzieć, czy pokonała koronawirusa. Apeluje do ministra zdrowia

Autor: Jacek Wykowski/Rynek Zdrowia • • 03 kwietnia 2020 09:41

Magda Glińska, instruktorka bachaty oraz didżejka z Warszawy, o pozytywnym wyniku testu na obecność koronawirusa dowiedziała się 15 marca. Rynkowi Zdrowia opowiada, jak wyglądała ścieżka diagnozowania i leczenia COVID-19. Choć wszystkie przeszkody - i najprawdopodobniej samą chorobę - pokonała, na ostatniej prostej czuje się bezsilna, dlatego zdecydowała się zwrócić z apelem do ministra zdrowia.

Magda Glińska, instruktorka tańca z Warszawy, bezskutecznie czeka na ponowne testy wykluczające koronawirusa. Fot.: fb.com/magda.glinska.bachata

W piątek (3 kwietnia) mija 24 dzień, odkąd Magda Glińska, u której testy potwierdziły obecność koronawirusa, przebywa w domowej izolacji. Choć o chorobie dowiedziała się 15 marca, w domu - z racji złego samopoczucia - jest już od 11 marca. Teraz wszystko wskazuje na to, że instruktorka tańca pokonała chorobę, ale nadal nie może wrócić do pełnej aktywności - chociażby pójść na spacer. Powodem jest brak możliwości ponownego wykonania testu, tym razem celem potwierdzenia, że jest zdrowa.

Test: nikt nie wie, ile trzeba czekać
Instruktorka po ponad trzech tygodniach domowej kwarantanny czuje się bardzo dobrze - jedynym objawem, jaki wciąż się utrzymuje, jest lekki, sporadyczny kaszel. Od poniedziałku (30 marca) Glińska wróciła do aktywności zawodowej - prowadzi lekcje tańca online. Jednak na testy, które potwierdziłyby wyzdrowienie, czeka do tej pory.

"Szanowny Panie Ministrze Łukaszu Szumowski, jestem osobą z potwierdzeniem koronawirusa - przebywam na izolacji domowej prawie trzy tygodnie (obowiązkowej - red.) - bez żadnego kontaktu z lekarzem, sanepidem, a raczej z nikłym, jeśli się dobiję telefonicznie. Z przepisanym syropem na kaszel i zaleceniem odpoczynku. Najpierw do zeszłego czwartku (26 marca - red.) mówiono mi, że nie mogę mieć ponownych testów, ponieważ nie ma procedur dla osób w izolacji domowej. Od piątku obiecywano mi w Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej m.st. Warszawy, że moje nazwisko znajdzie się na liście do ponownych testów; we wtorek okazało się, że zapomnieli mnie dodać" - opisuje Glińska w facebookowym wpisie z czwartku (2 kwietnia).

Dodaje, że właśnie 2 kwietnia dowiedziała się w warszawskim sanepidzie (jak podkreśla - po niemal tygodniu ciągłego telefonowania), że jest już na liście, ale na test trzeba czekać długo. - Na pytanie o bardziej precyzyjne ramy czasowe, dowiedziałam się, że nikt tego nie wie - mówi.

"Chciałabym spytać, gdzie jest to przygotowanie i ta dbałość, o której Państwo tak dużo mówicie?" - kończy wpis pytaniem do szefa resortu zdrowia.

Magda Glińska przyznaje w rozmowie, że po publikacji wpisu zadzwoniła do niej pracownica jednego z sanepidów. - Ta pani powiedziała, że nawet lekarze czy pielęgniarki na test czekają trzy, cztery dni - mówi instruktorka.

Najpierw infolinia, w kolejce ponad 70 osób
Magda Glińska nie wie, od kogo zaraziła się koronawirusem. Z racji aktywności zawodowej miała kontakt z wieloma ludźmi. Prowadziła kursy, była didżejką w jednym z warszawskich klubów.

- Wszystkie osoby, z którymi miałam kontakt, zostały poddane obowiązkowej kwarantannie. Testy zrobiono tylko tym, u których były silne objawy świadczące o zakażeniu koronawirusem. Wszystkie wyniki były negatywne. U osób bez objawów lub z objawami lekkimi nie wykonywano testów - tłumaczy.

12 marca wieczorem u Magdy pojawił się kaszel. - Wtedy myślałam jeszcze, że to zwykłe przeziębienie. Następnego dnia obudziłam się z temperaturą 37,7 stopni Celsjusza. Mniej więcej w połowie następnego dnia zaczęły się bóle stawów i kości, które utrudniały mi samodzielne poruszanie się. Wyjście z łóżka do toalety sprawiało mi olbrzymie problemy. Pamiętam, że nic tego dnia nie jadłam, bo nie miałam siły dojść do kuchni. Zapaliła się u mnie lampka ostrzegawcza, postanowiłam szukać pomocy - opowiada Rynkowi Zdrowia.

Wieczorem (13 marca) u instruktorki pojawiły się duszności, wzrosła też gorączka. O godzinie 20 zaczęła dzwonić na infolinię. - Niestety w kolejce było ponad 70 osób. Dodzwoniłam się dopiero kilka minut po 4 nad ranem. Przeprowadzono wywiad i powiedziano mi, że objawy wskazują na koronawirusa. Podano mi numer do sanepidu. Tam dodzwoniłam się tuż przed 6 - relacjonuje.

Sanepid ponownie przeprowadził wywiad, spisał dane i nałożył kwarantannę. Zalecono również kontakt z lekarzem w celu ustalenia następnych kroków. - Od razu po tym telefonie opublikowałam mój pierwszy post na Facebooku z ostrzeżeniem dla wszystkich, z którymi miałam kontakt. W międzyczasie zadzwoniłam na nocną pomoc, gdzie podano mi numer do lekarza pierwszego kontaktu. Telefonowałam bezskutecznie przez ponad 3,5 godziny - opowiada.

W końcu w internecie znalazła informację, że stołeczny szpital na Wołoskiej (Centralny Szpital Kliniczny MSWiA) będzie przekształcony na zakaźny i dedykowany dla osób z koronawirusem.

- Postanowiłam tam zadzwonić. Dowiedziałam się jedynie, że mogę przyjechać sama na SOR. Zdziwiłam się, bo wszędzie mówiono, by unikać kontaktu z innymi, jeśli ma się objawy koronawirusa - mówi.

Magda Glińska zadzwoniła jeszcze raz do sanepidu, który doradził ponowny kontakt z kimś z personelu medycznego, by ustalić, co dalej robić. Instruktorka zatelefonowała tym razem do Wojewódzkiego Szpitala Zakaźnego w Warszawie przy ul. Wolskiej. Podczas rozmowy ustalono, że chora ma przyjechać własnym transportem unikając ludzi, nie dotykając niczego odsłoniętymi dłońmi (musi mieć rękawiczki) i zasłaniając usta. - Zastosowałam się do wytycznych i od tego momentu opieka w szpitalu była w pełni profesjonalna - zaznacza.

W szpitalu fachowo i miło, poza nim: dezorientacja
Zgodnie ze wskazówkami Magda Glińska pojechała na ul. Wolską własnym autem, gdzie - jak zaznacza - profesjonalnie udzielono jej wszelkich informacji oraz przeprowadzono testy. - Ze względu na bardzo dobry stan zostałam wypisana ze szpitala wraz z informacjami odnośnie leków oraz tego, co powinnam robić, a czego nie. Już z domu, po ok. 20 godzinach, zadzwoniłam do szpitala spytać o wyniki testu, ale powiedziano mi, że jeszcze nie dotarły i że jeśli wynik będzie negatywny, dostanę SMS-a, jeśli zaś pozytywny, ktoś do mnie zadzwoni. Po kolejnych 6 godzinach zobaczyłam połączenie ze szpitala zakaźnego - opowiada.

Zaznacza, że kobieta, która do niej zadzwoniła, informację o wyniku testu przekazała rzeczowo i spokojnie, była też bardzo pomocna. Magda miała "chwilę" na załatwienie najpilniejszych spraw, zanim informacja trafiła do sanepidu. - Druga rozmowa telefoniczna, tym razem z sanepidem, również była bardzo "ludzka". Dostałam wytyczne, że powinnam się spakować, bo została po mnie wysłana karetka i pojadę do szpitala - mówi Glińska.

Opisuje, że w szpitalu na Wolskiej pozytywnie zaskoczyło ją profesjonalne podejście personelu. Po badaniu, 15 marca wieczorem, pacjentka została skierowana na izolację domową. - Niestety w przypadku pogorszenia się mojego stanu zdrowia mogłam jedynie zadzwonić po karetkę. Nikt od momentu wysłania mnie do domu nie zainteresował się, jak się czuję, nie miałam więc możliwości uzyskania odpowiedzi na najbardziej nurtujące mnie pytania dotyczące objawów COVID-19 - podkreśla.

Instruktorka tańca cały czas przebywa w domu, oczekując na decyzję w sprawie przeprowadzenia testów kontrolnych.

Co trzeba poprawić?
Glińska zapytana przez nas, co z perspektywy pacjentki chorej na koronawirusa powinno się zmienić w systemowej ścieżce od wystąpienia u kogoś niepokojących objawów do wyleczenia, odpowiada:

- Przede wszystkim potrzebny jest szybki dostęp do informacji, do którego szpitala się zgłosić - tak, żeby nikt nie musiał tak jak ja wydzwaniać w tej sprawie po kilka godzin. Powinna być też jakaś zdalna opieka, kontakt z chorym, u którego zdiagnozowano koronawirusa i skierowano na izolację domową. Mieszkam sama, nie czułam się pewnie, nikt z personelu medycznego się mną nie interesował - zaznacza. Jak zauważa, lepszą „opiekę” mają osoby na obowiązkowej kwarantannie, u których koronawirusa nie zdiagnozowano, ale są w grupie ryzyka. - Interesuje się nimi sanepid, policja. Zdiagnozowanymi z koronawirusem - nikt - ubolewa.

Tym, którzy niepokoją się o swój stan zdrowia i chcą sprawdzić, czy nie są zakażeni koronawirusem, przede wszystkim radzi nie zgłaszać się do szpitala czy sanepidu, np. z lekkim kaszlem lub niewielką gorączką. - To może zablokować dostęp osobom naprawdę chorym. Jeśli objawy są lekkie, pomocy szukałabym za pośrednictwem infolinii - mówi.

Przestrzega przed samodzielnym udawaniem się do szpitala bez wcześniejszej konsultacji telefonicznej. - Przy niejednoznacznych objawach taka osoba i tak zostanie odesłana do domu na obserwację. Niepotrzebnie więc obciąży personel medyczny i będzie ryzykować zakażeniem koronawirusem siebie lub innych - konstatuje.

Jeszcze raz podkreśla, że dostęp do testów potwierdzających, że chory pokonał koronawirusa, powinien być zdecydowanie szybszy i łatwiejszy. - Panie ministrze, proszę o interwencję - kończy.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum