Indie: malaria zabija najbiedniejszych

Autor: PAP/Rynek Zdrowia • • 25 kwietnia 2015 14:54

Na świecie na skutek malarii co roku umiera ponad pół miliona ludzi. W samych Indiach około 46 tys., najczęściej na wsiach. Ludzie z plemienia Gondów ze wschodniej Maharasztry, wciąż najpierw szukają ratunku u lokalnych szamanów, a dopiero na końcu u lekarzy.

Indie: malaria zabija najbiedniejszych
Fot. archiwum

25 kwietnia obchodzony jest jako światowy dzień walki z malarią.

Sześcioletni chłopiec z trudnością łapie oddech. Yogesh Kalkonde, lekarz ze szpitala Shodgram we wschodniej Maharastrze osłuchuje płuca i sprawdza czy pacjent ma gorączkę. - Czy to malaria? - mocno zatroskany ojciec pyta lekarza. Używa słowa "hiwtap", które w urzędowym języku marackim oznacza malarię. Sam pochodzi z plemienia Gondów, ale Gondowie nie mają swojego określenia na chorobę, więc ratują się obcymi zwrotami, również angielską "malarią".

Doktor Kalkonde przecząco potrząsa głową i mężczyzna oddycha z ulgą. "Jeszcze za wcześnie na malarię, to raczej astma" - diagnoza nie jest lepsza, ale grunt, że nie malaria.

Według rządowych statystyk w Indiach na chorobę zapada rocznie ponad milion osób, ale umiera około pięciuset. - Niemożliwe, żeby śmiertelność na skutek malarii była niższa niż tysiąc przypadków - protestuje w dzienniku Times of India prof. Christopher Murray, wiodący amerykański badacz malarii. Jego badania opublikowane w prestiżowym magazynie Lancet szacują liczbę na 46 tys. przypadków. Z kolei dr Padam Singh Pradan z Indyjskiej Rady Badań Medycznych twierdzi, że co roku malarię przechodzi ponad 9 mln Hindusów. Trzy czwarte z nich to dzieci.

- Świadomość istnienia malarii wśród Gondów jest bardzo różna, na pewno niewystarczająca - mówi PAP dr Kalkonde, który pracuje w regionie Gadchiroli, w centralnych Indiach, jednym z najbardziej zacofanych ekonomicznie regionów kraju. Tylko 60 proc. osób potrafi tu czytać, a wśród rdzennych plemion statystyki są jeszcze niższe.

- Tutaj ludzie najpierw idą do miejscowego pudżari, czyli szamana - podkreśla Kalkonde. Zazwyczaj pudżari odprawia rytuały i leczy ziołami przez pierwsze dwa lub trzy dni. Gondowie wierzą, że choroby wywołują złe duchy, zaniedbywanie pamięci przodków i atpala, czyli niewłaściwa aranżacja przestrzeni domowej.

- Najpierw sprawdzam, czy jest wszystko w porządku z atpalą. Jeśli tak, zajmuję się tym. Wiele razy przodkowie chorych obiecywali bóstwom złożenie ofiary z koguta lub wieprza, i jeśli nie dotrzymali jej, choroba może być z tym związana - jeden z pudżarów opowiadał zespołowi badaczy z placówki Kalkondego. - A potem odsyłają chorego do tzw. bengalskich lekarzy, a na końcu do nas - zauważa lekarz.

W przeciwieństwie do pudżarów, którzy w wioskach tradycyjnie pełnią posługę społeczną i nie pobierają opłat, bengalscy doktorzy myślą przede wszystkim o zysku. - Tak naprawdę to nie są słynni lekarze z Bengalu, ale miejscowi hochsztaplerzy bez żadnego przygotowania medycznego - zżyma się doktor Abhay Bang, założyciel szpitala Shodgram. - Zazwyczaj ordynują zastrzyki, sterydy i środki przeciwbólowe - dodaje.

Mężczyzna, który przyprowadził swojego syna do Shodgram, całe dwa dni szedł ze swojej wioski do szpitala. Co prawda placówka jest otoczona wioskami Gondów, ale w regionie nie ma prawie dróg. - Sami aktywnie wyjeżdżamy do nich, mamy też sieć miejscowych sanitariuszek - Bang zwraca jednak uwagę, że leczenie i prewencja są wciąż trudne, bo pacjenci przy pierwszych symptomach poprawy odstawiają leki.

Co więcej, spryskiwanie środkami owadobójczymi wnętrz domów również nie działa. Mimo że Gondowie często rozumieją związek między komarami i chorobą, to wciąż odmawiają spryskiwania ołtarzyków rodzinnych. Boją się urazić swoje bóstwa.

- W czasie monsunu, czyli od lipca do września, mamy wiele zachorowań - tłumaczy Yogesh Kalkonde. Region jest do tego stopnia narażony na malarię, że w 2014 roku wyhamowała ofensywa sił rządowych walczących z partyzantką maoistów. Ponad 200 żołnierzy zachorowało na najcięższą odmianę choroby, a siedmiu zmarło. - Musieliśmy transportować helikopterami chorych z niedostępnych, gęsto porośniętych dżunglą terenów - mówił tygodnikowi India Today oficer Centralnej Rezerwy Policji w tym regionie.

Nie jest to pierwszy przypadek, gdy malaria stałą się skuteczną bronią odstraszającą armie. Przez stulecia malaryczne bagna południowego Nepalu chroniły kraj przed inwazją księstw indyjskich oraz później Brytyjczyków. W regionie mieszkała jedynie społeczność Tharu, która przez wieki wykształciła genetyczną odporność na malarię. Dzięki temu jej członkowie zapadają na chorobę siedem razy rzadziej. Ponieważ Tharowie nie zawierali małżeństw poza swoją wspólnotą, gen niestety nie rozprzestrzenił się na południową Azję.

Tymczasem malaria, która na świecie wciąż zabija ponad pół miliona ludzi, szybko ewoluuje. Najnowsze badania opublikowane przez pismo Lancet, sugerują, że pasożyt malarii obecny na pograniczu Birmy i Indii wykształcił odporność na artemeter, związek chemiczny stosowany w lekach przeciwmalarycznych. Zdaniem naukowców może to zahamować spadek zachorowań w Indiach, gdzie w ostatnich trzech latach na malarię zapadło o 30 proc. mniej ludzi.

Naukowcy wciąż pracują nad szczepionką. Przełomem może okazać się preparat firmy GSK testowany w siedmiu krajach Afryki. - Co prawda jej skuteczność spada w okresie czterech lat od podania, ale badania również pokazały, że zwiększona dawka może przedłużyć jej działanie - powiedział dziennikowi Times of India dr Kwaku Poku Asante z Ghany, którego zespół bierze udział w testach.

Wojna z malarią oznacza również walkę z komarami, które przenoszą chorobę. - Jeśli spryskamy repelentem miejsce, gdzie zbierają się komary, będą tego miejsca unikać, aby przetrwać - Ashwami Kumar, naukowiec z Narodowego Instytutu Malarii w Pandźim tłumaczył w dzienniku Mint, dlaczego środki na komary są mniej skuteczne, a ich populacja nie spada.

Dlatego nowy sposób na owady znalazła brytyjska firma Oxitec. Naukowcy powiązani z Uniwersytetem Oksfordzkim tak zmodyfikowali genotyp komara, że jego potomstwo umiera przed osiągnięciem dorosłości. Metoda polega na uwolnienia do środowiska armii takich komarów płci męskiej.

Z kolei Australijscy naukowcy pracują nad czujnikami, które wykryją malarię w ludzkim oddechu. Doktor Bang ze szpitala Shodgram uważa to za najlepszy pomysł. - Próbkę krwi należy zbadać w ciągu 24 godz., co ze względu na odległości i teren, jest tutaj często nierealne - podkreśla. - Kiedy pierwszy raz pojawiliśmy się u Gondów, najbardziej palącą potrzebą była malaria. I to mimo że ludzie nie potrafili jej jeszcze wtedy nazwać - dodaje.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum