Dlaczego karetki się spóźniają

Autor: JJ, Dziennik Łódzki/Rynek Zdrowia • • 21 listopada 2014 06:15

Optymalny czas, w jakim ambulans ma pojawić się na miejscu zdarzenia, to w mieście - do 8 minut, a poza miastem - do 15 minut od wezwania. Tak mówią zalecenia. Te czasy nie zawsze mogą być dotrzymane. Dlaczego? - Ratownicy są rozliczani tak samo z czasu dojazdu do zatrzymania krążenia, jak do nieuzasadnionego wezwania - podaje nam jeden z powodów dr Przemysław Guła, ekspert ratownictwa z Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie.

W Ustawie o Państwowym Ratownictwie Medycznym zostały określone zalecenia dotyczące czasu dojazdu zespołów ratownictwa medycznego. Nie ma jednak sprecyzowanego nakazu, że każdy zespół  musi dotrzeć w określonym czasie do poszkodowanego.

Czas według mediany
Art. 24 Ustawy nakazuje wojewodzie podjęcie działań organizacyjnych zmierzających do zapewnienia zalecanego czasu dotarcia na miejsce zdarzenia zespołu ratownictwa medycznego. Od chwili przyjęcia zgłoszenia przez dyspozytora medycznego  mediana czasu dotarcia (w skali każdego miesiąca) powinna być nie większa niż 8 minut - w mieście powyżej 10 tysięcy mieszkańców i 15 minut - poza miastem powyżej 10 tysięcy mieszkańców

Zgodnie z drugim punktem art. 24. trzeci kwartyl czasu dotarcia (w skali każdego miesiąca) nie ma być większy niż 12 minut - w mieście powyżej 10 tysięcy mieszkańców i 20 minut - poza miastem powyżej 10 tysięcy mieszkańców. A maksymalny czas dotarcia (pnkt. 3, art. 24) nie może być dłuższy niż 15 minut w mieście powyżej 10 tysięcy mieszkańców i 20 minut poza miastem powyżej 10 tysięcy mieszkańców.

Nie ma więc w przepisach nakazu, na który często powołują się media, że karetki pogotowia ratunkowego muszą dojechać w 8 minut. Tyle ma wynosić maksymalna mediana czasu dotarcia, liczona w skali miesiąca.

Z utrzymaniem się w czasowych ryzach wskazywanej przez Ustawę mediany są jednak także problemy. Na przykład w województwie łódzkim nie ma powiatu, gdzie średnie maksymalne czasy dojazdu zespołów ratownictwa medycznego nie byłyby przekroczone.

Jak przekonuje Dorota Jędrzejczyk-Okońska, pełnomocnik wojewody do spraw ratownictwa medycznego, jeśli w danym regionie podstawowa opieka zdrowotna działa źle, mieszkańcy częściej wzywają karetki, a wtedy czas oczekiwania na przyjazd pogotowia się wydłuża.

Przyczyn jest wiele
Powodem zbyt długiego oczekiwania na karetkę w samej Łodzi mają być… szpitale. Zanim karetka odjedzie, musi czekać, aż lekarz zjawi się w izbie przyjęć i zajmie pacjentem. Kolejne minuty często zajmuje długa procedura przyjęcia chorego. Udało się natomiast ograniczyć zjawisko krążenia karetek od szpitala do szpitala w poszukiwaniu miejsca dla pacjenta.

Jak przekonuje na łamach Dziennika Łódzkiego Wojciech Szendzikowski, dyżurny lekarz koordynator ratownictwa medycznego, przekroczenia czasu dojazdu w Łódzkiem nie są dramatyczne i mają wieloprzyczynowe podłoże. Głównym jednak ich powodem są wezwania nieuzasadnione. Kolejne to nieustanne remonty ulic i kierowcy, którzy nie ustępują drogi pojazdom uprzywilejowanym.

Sporo problemów z tworzeniem systemu Państwowego Ratownictwa Medycznego miała także Małopolska. W ciągu półtora roku działania nowego systemu do wezwań spóźniło się aż 50 tysięcy karetek. Sprawę czasu dojazdu zespołów ratowniczych do poszkodowanych badała Prokuratura Okręgowa w Krakowie, działanie systemu badał NIK, którego kontrola objęła okres od stycznia 2013 do czerwca 2014 roku. Raport pokontrolny ma zostać opublikowany jeszcze w listopadzie.

Jeszcze na początku miesiąca Dariusz Nowak, rzecznik krakowskiej delegatury NIK, stwierdził, że każda następna karetka w systemie byłaby przydatna, ale liczba sprzętu i zespołów ratowniczych jest uzależniona od pieniędzy, którymi dysponuje wojewoda.

Wyjazdy brane hurtem
Zdaniem dr Przemysława Guły, eksperta ratownictwa z Wojskowego Instytutu Medycznego w Warszawie, skala wyjazdów zespołów ratowniczych w Polsce jest tak ogromna, że utrzymanie rygorów czasowych jakie są założone w ustawie, jest rzeczą bardzo trudną. Jego zdaniem polski system przewiduje co prawda dwa kody realizacji wezwań, nie przewiduje natomiast w praktyce w ogóle ich odmowy.

- Problem polega na tym, że w zasadzie większość wezwań trzeba zrealizować. Dramat w tym, że co by się nie działo, ratownicy są rozliczani tak samo z czasu dojazdu do zatrzymania krążenia, jak do zupełnie nieuzasadnionego wezwania - stwierdza ekspert.

Jego zdaniem, w wyjazdach zespołów ratunkowych pacjenci powinni być segregowani, podobnie jak na SOR-ach, jeśli system ratownictwa nie ma być przedłużeniem podstawowej opieki medycznej. Powinni być dzieleni na tych, którym pomoc musi być udzielona natychmiast, i tych którzy zostaną zaopatrzeni w drugiej kolejności.

- W obecnej sytuacji nierzetelnym jest rozliczanie czasu dojazdu zespołów ratunkowych w jednym schemacie, niezależnie od tego, czy to jest wypadek drogowy, duszące się dziecko, zawał serca czy wyjazd do błahej sprawy, która może zostać załatwiona nawet na drugi dzień w POZ. A przecież niemal 70 proc. z wszystkich wyjazdów zespołów ratowniczych nie jest w pełni uzasadnionych - przekonuje dr Guła.

- Jeżdżę w pogotowiu kilka razy w miesiącu i z doświadczenia wiem, że w dużych aglomeracjach często dochodzi do sytuacji, kiedy nie ma wolnego ani jednego zespołu. Branie hurtem wyjazdów, nie zastanowienie się na procedurami dyspozytorskimi, przede wszystkim w kontekście odmowy, zawsze będzie prowadziło do sytuacji, że nie zdążymy dojechać do zatrzymania krążenia - podsumowuje.

Karetek zawsze za mało
Nie chce generalizować, ale uważa, że osoby chwytające za telefon z reguły nie mają skrupułów przy wezwaniach. - Nie dążymy oczywiście do tego, aby wezwanie budziło jakikolwiek lęk, ale często stopień bezczelności wzywających jest porażający. To jest ogromny problem w funkcjonowaniu systemu - stwierdza dr Guła.

Jak wskazuje ekspert, badania wykazały, że z punktu widzenia przeżywalności, to czy karetka dojeżdża do pacjenta w ciągu 15 czy 25 minut, nie ma najmniejszego znaczenia.

Przygotowując odpowiedź w dla ministerstwa dokonał przeglądu literatury w tym zakresie. Okazało się, że według rzetelnych, przeprowadzonych w dużej ilości ośrodków i w wielu krajach badań statystyka wykazuje, iż istotna różnica w tej kwestii występuje tylko tam, gdzie karetki dojeżdżają w czasie do 4 minut.

- Takim czasem może się jednak pochwalić tylko kilka amerykańskich, australijskich i kanadyjskich miast. W innych przypadkach czas dojazdu z punktu widzenia matematycznego i statystyki, nie ma żadnego znaczenia, i to zarówno wtedy gdy trwa 8, 10, 15 czy 25 minut - dodaje.

Jak przekonuje, dane tych badań pokazują, że utarte przekonania dotyczące czasu dojazdu zespołów ratowniczych, w kontekście "twardych danych" mają się nijak do rzeczywistości. 

- Batalia o mediany czasu dojazdu, o to że w kilku procentach zostały one przekroczone, jest tak naprawdę walką o większą liczbę karetek. W Polsce jest ich, w przeliczeniu na populację, bardzo dużo. Ale i tak przy obecnej organizacji, bez względu na to ile będzie karetek w systemie, zawsze pojawi się kłopot z czasem dojazdu - konkluduje ekspert.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum