Czarna ospa we Wrocławiu w 1963 roku jak pandemia COVID-19? Jest wiele podobieństw

Autor: Ryszard Rotaub • Źródło: Rynek Zdrowia16 października 2021 11:00

Wcale nie tak mało podobieństw jest między epidemią ospy prawdziwej we Wrocławiu w 1963 r. i obecną pandemią Covid-19. I wtedy i teraz ludzie zachowywali się i reagowali podobnie na restrykcje wprowadzane przez władze. Natura ludzi nie zmienia się, zmieniają się zarazy, które co jakiś czas nas atakują.

  • We Wrocławiu szczepienia przeciwko ospie prawdziwej były obowiązkowe (zaszczepiło się 98 proc. mieszkańców). Przeciwko koronawirusowi są dobrowolne (zaszczepiło się 45,8 proc. całego społeczeństwa)
  • Bez okazania zaświadczenia o szczepieniu we Wrocławiu nie wpuszczano do autobusu czy tramwaju. W czasie obecnej pandemii coraz mniej osób zakrywa usta i nos w pojazdach komunikacji publicznej
  • W roku 1980 Światowa Organizacja Zdrowia mogła oficjalnie ogłosić eradykację ospy prawdziwej, zwanej czarną ospą. Końca pandemii koronawirusa nie widać

Czarna ospa we Wrocławiu w 1963 roku jak pandemia COVID-19?

Zasadnicza różnica między tym, co działo się wtedy we Wrocławiu, a tym, z czym mamy do czynienia teraz, to chyba nastawienie ludzi do szczepień i prawne uregulowania tej kwestii. Szczepienia miały, mają i będą miały podstawowe znaczenie w walce z rozprzestrzenianiem się chorób zakaźnych. Ale żeby były skuteczne, muszą być masowe. Można uzyskać odporność zbiorowiskową (stadną) zarówno poprzez obowiązek szczepień, jak i w warunkach dobrowolności.

We Wrocławiu szczepienia przeciwko ospie prawdziwej były obowiązkowe. Szczęśliwie szczepionka istniała, wynaleziono ją w 1796 r. Nie pojawiło się zatem poczucie bezradności, czy nawet przerażenia, jakie towarzyszyło nam na początku pandemii, kiedy świat nie dysponował szczepionką przeciwko koronawirusowi, a także wtedy, kiedy ich dostawy do Polski były niewystarczające.

Wróćmy do Wrocławia początku lat 60. Bez okazania zaświadczenia o szczepieniu nie wpuszczano do autobusu czy tramwaju. Na wjazdach do miasta umieszczono tablice z napisem: „Zakaz wjazdu do Wrocławia osobom nieszczepionym przeciw ospie”. Przestrzegania zakazu pilnowały na rogatkach stałe posterunki milicji.

Ostatecznie we Wrocławiu zaszczepiło się 98 proc. mieszkańców, w całej Polsce ponad 9 milionów osób. To co prawda nieporównywalne dane, ale zauważmy, że teraz w pełni zaszczepieni przeciw Covid-19 stanowią 45,8 proc. całego społeczeństwa. I to w sytuacji, kiedy istnieją systemy zachęt w rodzaju loterii z nagrodami (coś takiego nie przyszłoby kiedyś nikomu do głowy). Dodajmy jeszcze, że ospa prawdziwa to pierwsza choroba zakaźna wyeliminowana dzięki skutecznej szczepionce. W roku 1980 Światowa Organizacja Zdrowia mogła oficjalnie ogłosić eradykację ospy prawdziwej.

Rząd się waha, zaszczepionych nie przybywa

Z kronawirusem jest też inaczej niż z ospą było, a to z tego powodu, że rząd dystansuje się od pomysłu wprowadzenia obowiązkowych szczepień przeciw Covid-19. Zastanawia się nawet nad tym, do czego namawiają go eksperci z Rady Medycznej - by przekazać społeczeństwu choćby jasny komunikat, że kto się zaszczepił, nie będzie podlegał restrykcjom w trakcie kolejnych fal pandemii.

Konieczność wprowadzenia podziału na zaszczepionych i niezaszczepionych rozumieją środowiska medyczne. W wielu szpitalach prawo do odwiedzin mają obecnie osoby w pełni zaszczepione, osoby które są ozdrowieńcami, a także te, które okażą negatywny i aktualny wynik testu PCR. Szerokim echem odbiła się też decyzja władz Uniwersytetu Śląskiego o tym, że w akademikach ''będą mogły zameldować się wyłącznie osoby w pełni zaszczepione”.

Czytaj: "Tylko dla zaszczepionych" w Polsce? Rząd się boi, ale obostrzenia już są. W szpitalach, na uczelniach i imprezach

Czytaj: Atak na punkt szczepień to nie koniec. Antyszczepionkowcy zaatakowali karetkę i zablokowali radiowóz

Zapewne presja ruchów antyszczepionkowych nie jest bez znaczenia w kontekście obowiązku szczepień. W latach 60. ubiegłego wieku antyszczepionkowców nie było, co nie znaczy, że do punków szczepień (znajdowały się w przychodniach lekarskich, w szkołach i na dworcu kolejowym) wrocławianie zmierzali gremialnie, z pełnym zaufaniem do działań podejmowanych przez władze.

Epidemia ospy we Wrocławiu wybuchła latem 1963 roku. PAP/ CAF
Epidemia ospy we Wrocławiu wybuchła latem 1963 roku. PAP/ CAF

Plotki i teorie spiskowe

Szczególnie na początku epidemii wyczuwalny był nastrój paniki. Pierwszy komunikat Prezydium Rady Narodowej o ospie ukazał się w prasie dopiero w połowie lipca (ospa rozpoczęła się w czerwcu, stan epidemii odwołano 19 września). Głosił, że „zarejestrowano i objęto leczeniem szpitalnym pięć przypadków, w których dotychczasowy przebieg choroby nie wyklucza ospy prawdziwej”.

Mimo tonujących i oględnych sformułowań komunikat zrobił pieronujące wrażenie, spotęgowane jeszcze zakazem organizowania imprez masowych (z wyjątkiem festynu z okazji 22 lipca). W mieście prawie zamarł ruch samochodowy, opustoszały parki, skwery, sklepy i kina. Na dodatek zamknięto kąpieliska i baseny, zakazano sprzedaży wody sodowej z saturatorów(a lato było wtedy wyjątkowo upalne). Rozlepiono też plakaty z hasłem: „Witamy się bez podawania rąk”, co przywodzi na myśl obecny zwyczaj dotykania się łokciem lub pięścią na powitanie. To wszystko wpływało na nastroje, nie pozostawiało złudzeń, że sytuacja jest śmiertelnie groźna.

W takiej atmosferze musiały pojawić się teorie spiskowe i plotki - zjawisko znane i dzisiaj. Jak podają badacze zagadnienia, „kiedy w parku koło szpitala w Szczodrem pod Wrocławiem zaczęto stawiać namioty przeznaczone na izolatoria, we wsi rozeszła się wieść, że do tych namiotów będą przesiedlani mieszkańcy, a do ich domów chorzy. Padło nawet hasło, żeby wypalić zarazę ogniem, na szczęście informację przechwyciły służby i obiekt otoczono kordonem milicji. Do podpalenia nie doszło” – można przeczytać w artykule „Czarna ospa we Wrocławiu” zamieszczonym w Gazecie Policyjnej w czerwcu 2020 r.

Epidemia ospy we Wrocławiu wybuchła latem 1963 roku. PAP/ CAF
Epidemia ospy we Wrocławiu wybuchła latem 1963 roku. PAP/ CAF

Czytaj: Badanie: użytkownicy Facebook i YouTube częściej wierzą w teorie spiskowe nt. koronawirusa

Izolatoria – zawsze potrzebne od zaraz

Wspomniane izolatoria tworzone są i dzisiaj. Funkcjonowały od początku pandemii do 1 lipca 2021 r. Wiadomo już, że na polecenie ministra zdrowia z 5 października br. trzeba będzie przywrócić ich działalność „z uwagi na pogarszającą się sytuację epidemiczną”. Te współczesne w niczym nie przypominały tych wrocławskich z początku lat 60.

W czasie pandemii koronawirusa w izolatoria zamieniano hotele, hostele, akademiki, sanatoria. Przekształcano zazwyczaj te obiekty, które były blisko szpitali zakaźnych i placówek, dysponujących oddziałami zakaźnymi, ponieważ pracujący w nich personel medyczny miał blisko do odizolowanych pacjentów.

Musiały spełnić kilka warunków. Na przykład każdemu pacjentowi należało zapewnić: osobny pokój z łazienką, opiekę medyczną na miejscu w izolatorium i łączność telefoniczną z personelem medycznym lub personelem izolatorium, a także trzy posiłki dziennie. Koszty pobytu pokrywał NFZ.

Na początku pandemii pełniły głównie rolę miejsc izolacji dla osób o łagodnym przebiegu choroby, które z jakiegoś względu nie mogły jej odbyć w domu. Później zaczęły przejmować od szpitali pacjentóww lepszym stanie zdrowia.

W szczytowym okresie pandemii w Polsce działało 35 izolatorów. W każdym województwie co najmniej jedno. 1 lipca 2021 r. zawiesiły działalność „ z uwagi na poprawiającą się sytuację epidemiczną” – wyjaśniał NFZ w uzasadnieniu zarządzenia z 28 czerwca 2021 r. W październiku trzeba było izolatoria reaktywować.

CzytajWracają izolatoria dla chorych na COVID19. Na razie jedno na województwo

We Wrocławiu izolatoria organizowano po spartańsku - w pustych w wakacje szkołach albo w rozstawionych wojskowych namiotach. Odgradzano je linami, a nawet drutami kolczastymi. Wokół krążyły patrole ZOMO (Zmechanizowane Oddziały Milicji Obywatelskiej). Milicjanci mieli za zadanie wyłapywać uciekinierów, nie dopuszczać do odwiedzin przez członków rodzin, kontrolować paczki przekazywane izolowanym, w których często przemycano alkohol.

Epidemia ospy we Wrocławiu wybuchła latem 1963 roku. PAP/ CAF
Epidemia ospy we Wrocławiu wybuchła latem 1963 roku. PAP/ CAF

Ucieczki i przymusowe powroty

Paczki były rarytasem. Brakowało podstawowych artykułów, środków czystości, żywności, napojów. Nic dziwnego, że niektórzy izolowani nie wytrzymywali i próbowali uciekać do domu, zaś inni wymykali się potajemnie do miasta po wódkę. Zdarzyło się na przykład, że w jednym z izolatoriów wódkę dostarczał pacjentom personel szpitalny. Zorganizowano nawet zasadzkę i zatrzymano kilka osób.

Ucieczki chorych miały miejsce zarówno wtedy, jak i w okresie obecnej pandemii. Na przykład w grudniu 2020 r. hospitalizowany ze względu na zarażenie koronawirusem 33-latek uciekł z namysłowskiego szpitala. Chwilę później został ujęty przez ochronę sklepu przy próbie kradzieży. Został zatrzymany przez namysłowskich policjantów i natychmiast odwieziony do izolatorium. Usłyszał zarzut narażenia na zakażenie wielu osób.

Do wrocławskich izolatoriów trafiało się w ten sposób, że służby sanitarne wyszukiwały osoby, które miały kontakt z chorymi. "Ich nazwiska podawano do publicznej wiadomości i wzywano, żeby stawiły się izolatoriach. Za niestawienie się groziły wysokie grzywny i nawet do 3 lat więzienia" - przeczytać można w Gazecie Policyjnej. Wydaje się, że wywiad epidemiologiczny i dozór epidemiologiczny były wtedy bardziej skrupulatne i skuteczne, choćby dlatego, że skala zakażeń była mniejsza, podobnie jak mobilność ludzi.

We Wrocławiu utworzono aż 18 izolatoriów, do których kierowano osoby mające kontakt z zakażonymi. W trakcie epidemii w szpitalach i izolatoriach na terenie Wrocławia i Dolnego Śląska przebywało w sumie 3,5 tysiąca osób. Ospę prawdziwą zdiagnozowano u 99 osób, a 7 z nich zmarło (w tym dwóch lekarzy i dwie pielęgniarki).

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum