Brytyjski system mógłby wchłonąć całą nadwyżkę polskich ratowników

Autor: Katarzyna Lisowska/Rynek Zdrowia • • 02 października 2015 06:40

Brytyjskie ratownictwo medyczne (Ambulance Service) przechodzi kryzys. Szacuje się, że na Wyspach brakuje nawet 2,5 tys. ratowników. Wykwalifikowanych pracowników Brytyjczycy szukają poza granicami, w tym w Polsce. O tym, czy grozi nam exodus ratowników z kraju rozmawiamy z Aleksandrem Hepnerem, polskim ratownikiem pracującym w Wielkiej Brytanii.

Brytyjski system mógłby wchłonąć całą nadwyżkę polskich ratowników
Fot. Adobe Stock. Data Dodania: 16 grudnia 2022

Rynek Zdrowia: - W ostatni weekend września South Central Ambulance Service (SCAS) po raz kolejny rekrutowała w Polsce ratowników. Mówi się, że zapotrzebowanie na ratowników w Wielkiej Brytanii jest olbrzymie. Czy to zagraża polskiemu systemowi?

Aleksander Hepner: - W Polsce jest kilka tysięcy ratowników medycznych. Niestety mimo iż pracują na SOR-ach, w Zespołach Ratownictwa Medycznego czy w prywatnych firmach zajmujących się transportem międzyszpitalnym, nadal wielu pozostaje bez pracy. Mam tu na myśli świetnie wykształconych ratowników. Wydaje mi się, że Wielka Brytania bez problemu mogłaby ich przyjąć. Co nie oznacza, że tak się stanie.

- Dlaczego?

- Chociażby z powodu dość skomplikowanego procesu uznawania kwalifikacji polskich ratowników. Rejestracja w brytyjskich izbach zawodowych (HCPC) jest procesem wymagającym zbudowania portfolio zawodowego i zmierzenia się z rozdętą biurokracją. Nie twierdzę, że to zapora nie do przejścia, ale trzeba się przygotować na kilka miesięcy intensywnej wymiany dokumentów. Dlatego, jeżeli brytyjskie pogotowie oferuje pomoc przy rejestracji, warto z niej skorzystać.

Moim zdaniem największą barierą przed wejściem na tutejszy rynek jest znajomość języka na tzw. satysfakcjonującym poziomie. I nie mówię tu tylko o biegłym posługiwaniu się zwrotami medycznymi, ale również o język potoczny. Ratownik musi trafnie ustalić problem chorego na podstawie przekazywanych przez niego odczuć, a sposób opisywania chociażby rodzaju bólu, może być zaskakujący. Niezrozumienie pewnych niuansów językowych może prowadzić do pomyłki.

Nie uważam, że jadąc do Wielkiej Brytanii trzeba perfekcyjnie mówić po angielsku, ale warto się solidnie przygotować, a będąc już na miejscu nastawić na bardzo intensywną naukę.

- Zatem, żeby zostać ratownikiem na Wyspach trzeba sporego wysiłku. Wynagrodzenie i system pracy z pewnością rekompensuje te niedogodności...

- Nie ma co ukrywać, że wynagrodzenie jest tu zdecydowanie wyższe niż w Polsce. Nawet biorąc pod uwagę wysokie koszty utrzymania, pieniądz ma tu większą siłę nabywczą. W innym razie niewiele osób decydowałoby się na wyjazd z kraju. To nie jedyny profit.

Pełny etat na Wyspach to 160 godzin miesięcznie (plus ponad 200 godzin rocznie płatnego urlopu). Pracujemy ze sprzętem, który zapewnia nam maksymalną ochronę w pracy. Np. tak ważną dla ratowników kwestię dźwigania pacjentów rozwiązano, wyposażając ambulanse w elektrycznie sterowane nosze i platformy, które jak windy unoszą pacjentów do karetki. W Polsce ratownik miesięcznie musi przepracować ok. 360 godzin, a sprzęt pozostawia wiele do życzenia.

Ratownikom po 50. roku życia brytyjski system zapewnia pracę dostosowaną do wieku i stanu zdrowia - zazwyczaj w biurze, dyspozytorni, dziale wsparcia klinicznego lub wydziale edukacji. Dodatkowo ratownik medyczny posiadając rejestrację w HCPC może prowadzić praktykę klinicysty. Może wykonywać zastrzyki, podłączać kroplówkę oraz wykonywać inne świadczenia dopuszczone dla tej grupy zawodowej. Może też pracować dla policji lub służby więziennej przy ocenie stanu zdrowia osadzonych.

Pracując dla operatora ratownictwa medycznego ratownik może być Team Leaderem, Clinical Mentorem, Senior Paramedikiem - możliwości rozwoju zawodowego są zdecydowanie większe niż w Polsce.

- Czy sam system ratownictwa różni się znacząco od polskiego?

- Różnic jest sporo. Brytyjczycy sprawnie wykorzystują tzw. community responders, czyli ochotników na co dzień wykonujących zawody niemedyczne. Takie osoby otrzymują szkolenie z pierwszej pomocy. Państwo funduje im podstawowy sprzęt medyczny i pagery, po czym włącza ich do systemu. Ochotnik deklaruje czas swojej dyspozycyjności, jego wszystkie dane trafiają do bazy.

Gdy mamy wyzwanie do zagrożenia życia, a karetka jest daleko, dyspozytor wysyła na miejsce takiego ochotnika, który prowadząc podstawowe czynności resuscytacyjne albo tamując krwotok niejako “kupuje” pacjentowi czas potrzebny na dojazd karetki. Dodatkowo, oprócz ambulansów, w systemie jeżdżą tzw. RRV (Rapid Response Vehicle), czyli samochody osobowe z jednym ratownikiem medycznym.

Kolejną różnicą jest dostęp do danych pacjenta. Ratownik jest wyposażony w tablet, dzięki któremu ma wgląd nie tylko do historię chorób pacjenta, ale widzi także, kto jest jego lekarzem rodzinnym i numer kontaktowy do przychodni, pod którą podlega chory.

W sytuacji, gdy paramedyk nie zabiera wzywającego do szpitala, może powiadomić lekarza rodzinnego o sytuacji, jaka miała miejsce i np. ustalić kolejną wizytę pacjenta. Ostatnio miałem taki przypadek. Zadzwoniłem do lekarza prowadzącego pacjentkę ok. 2 w nocy. Nie był zdziwiony czy zirytowany późną porą. Chory na żadnym etapie nie zostaje pozostawiony sam sobie.

Nie twierdzę, że brytyjski system jest idealny, ale warto zaznaczyć, że jest wyjątkowo nastawiony na pacjenta, a poziom komunikacji jest dostosowany do jego potrzeb. Zanim ratownik przystąpi do działania powinien chorego uspokoić, nawiązać z nim rozmowę, a następnie omówić z nim każdą procedurę i zapytać go o zgodę. Taki sposób komunikacji nie jest praktykowany w Polsce i być może stąd wynika różnica w stosunku społeczeństwa do ratowników. W Wielkiej Brytanii ratownik medyczny to zawód o wysokim społecznym prestiżu.

- Czy dotyczy to także polskich ratowników?

- Nie widzę różnicy w postrzeganiu ratowników ze względu na ich pochodzenie. To, że jest zainteresowanie rekrutacją Polaków na potrzeby brytyjskiego systemu chyba dowodzi tego, że jesteśmy postrzegani jako cenni pracownicy. Osobiście nie spotkałem się z przejawami gorszego traktowania w związku z moim pochodzeniem. Trzeba pamiętać, że Wielka Brytania to zlepek różnych narodowości.

- Czy polski system ratownictwa poza wykwalifikowanymi pracownikami ma coś więcej do zaoferowania Brytyjczykom?

- Oczywiście, że tak. Inaczej można by pomyśleć, że system brytyjski działa niemal idealnie, a tak też nie jest. Brytyjczycy mogliby się wiele nauczyć np. od naszych dyspozytorów. Tutejsze rozwiązanie dotyczące odbierania zgłoszeń w mojej opinii wprowadza czasem niepotrzebne zamieszanie.

Zgłoszenie na nr 999 przyjmuje osoba po kursie, ale nieposiadająca wykształcenia medycznego. Rozmowa odbywa się w oparciu o przyjęty schemat ustalonych pytań i odbierający rozmowę ma 30 sekund na podjęcie decyzji o wysłaniu karetki i faktycznie, w te 30 sekund od rozpoczęcia rozmowy zespół rusza.

Jeżeli przyjmujący wezwanie ma wątpliwości, co do oceny sytuacji przełącza rozmowę do osoby posiadającej przygotowanie medyczne, czyli pracownika tzw. Clinical Support Desk. Ten mając lepsze rozeznanie może uznać, że przypadek nie wymaga interwencji ratowników i w efekcie decyduje o odwołaniu karetki. Na jednym z nocnych dyżurów otrzymałem dziesięć wezwań, z czego faktycznie zrealizowaliśmy trzy. Na tym polu polskie rozwiązanie przyjmowania zgłoszeń wydaje się zdecydowanie lepiej sprawdzać.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum

    Najnowsze