Alice Waters - matka amerykańskiego Slow Foodu

Autor: PAP/Rynek Zdrowia • • 24 czerwca 2014 12:02

W reakcji na plagę otyłości w USA działa ruch na rzecz zdrowej żywności dla dzieci w szkołach - Slow Food. Patronuje mu Pierwsza Dama, ale pionierką jest znana restauratorka Alice Waters, która od 40 lat walczy z fast foodami i promuje przyszkolne ogródki.

Gdy Alice Waters wróciła w 1965 roku na studia w Kalifornii, po rocznej przerwie we Francji, marzyła tylko o jednym. - Chciałam otworzyć małą restaurację, która byłaby kompletną repliką mojej ulubionej restauracji w Paryżu - wspomina w rozmowie z PAP Alice Waters. W USA dorastała na żywności w puszkach oraz na mrożonkach, które w latach 60. stały się wszechobecne. We Francji odkryła prawdziwe smaki, kupując świeże produkty na targu, bezpośrednio od rolników.

I tak w 1971 roku, gdy sieć McDonald's pobijała kolejny rekord, sprzedając w USA swojego miliardowego hamburgera, Waters otworzyła w Berkeley restaurację Chez Panisse. Lokal szybko zyskał popularność i status świątyni nowej amerykańskiej gastronomii, przyciągając gwiazdy filmowe i wybitne osobistości, takie jak prezydent USA Bill Clinton. Przez lata Chez Panisse zaliczano do grona najlepszych restauracji na świecie.

Dziś Waters, drobna 70-latka, nie jest już tylko restauratorką. Jest jedną z najbardziej wpływowych osobistości w USA, jeśli chodzi o dietetykę i autorką popularnych książek kucharskich. Nazywaną "matką amerykańskiego Slow Foodu" uchodzi za pionierkę kuchni opartej na sezonowych i lokalnych produktach. To za jej namową żona prezydenta Baracka Obamy Michelle założyła w 2009 roku przy Białym Domu ogródek, by popularyzować wśród Amerykanów świeże warzywa. Ale jej walka z fast foodami jeszcze się nie skończyła, gdyż w Kongresie trwa właśnie debata na temat zmiany standardów żywieniowych w szkołach.

- Całe moje życie doświadczam indoktrynacji fast foodów - mówi Waters. Tzw. śmieciowe jedzenie (junk food), czyli tania, bo łatwa w produkcji żywność zawierająca dużo pustych kalorii, soli, tłuszczu i cukru, jest wszechobecna. - Wszędzie, gdzie nie pójdziesz, są pokusy. Nawet w księgarniach sprzedają batoniki - tłumaczy. Zdaniem Waters Amerykanie stali się "bardzo łatwym łupem" dla przemysłu śmieciowego jedzenia, gdyż USA nie mają takich głębokich gastronomicznych korzeni jak inne kraje ani tradycji uprawiania ogródków dla przyjemności.

- Indoktrynacja fast foodów jest taka silna i podstępna, że musimy wrócić do szkoły, by nauczyć dzieci, skąd pochodzi żywność i poprzez pozytywne doświadczenie - gotowanie i smak - wytworzyć nowy związek między nimi a żywnością - tłumaczy Waters. Po 20 latach efekty tej pracy przerosły jej oczekiwania. Uczniowie nie tylko polubili jarzyny, ale też nabywają szacunku do własnej pracy i dla żywności. Jak wykazało badanie przeprowadzone przez Harvard Medical School dzieci, które brały udział w projekcie Waters, mają mniej problemów emocjonalnych i lepiej się zachowują. Inni eksperci chwalą projekt, bo pomaga w walce z otyłością, na którą cierpi prawie 40 proc. Amerykanów. Już ponad 3 tys. szkół w USA uczestniczy w programie "Edible Schoolyard".

Gdy Barack Obama wygrał w 2008 roku wybory prezydenckie, Waters natychmiast wystosowała do niego list. "Ma Pan niepowtarzalną okazję, by nadać ton temu, jak nasz naród powinien się odżywiać" - napisała. Dlatego, gdy w maju 2009 roku Pierwsza Dama ogłosiła, że przy Białym Domu powstanie warzywny ogród, wszyscy postrzegali Waters jako matkę chrzestną tej inicjatywy.

W czerwcu Michelle Obama tradycyjnie zaprosiła do Białego Domu na letnie zbieranie plonów dzieci ze stołecznych szkół publicznych - te same, które kilka miesięcy temu pomagały jej przy sianiu. Następnie wspólnie przygotowali i zjedli sałatę z kurczakiem. Ale impreza miała też wymiar polityczny. Pierwsza Dama apelowała do kongresmenów, by nie osłabiali przyjętych z jej inicjatywy cztery lata temu standardów żywieniowych, jakie zaczęły obowiązywać w szkołach publicznych, gdzie rząd subsydiuje posiłki dla ok. 50 mln uczniów.

Zakładają one zastąpienie bogatych w tłuszcze i cukry produktów zdrowszymi. Każdy uczeń powinien dostać do posiłku przynajmniej jeden owoc lub warzywo. Ale Republikanie chcą te nowe wymogi odłożyć w czasie i dać szkołom więcej swobody w układaniu menu (np. sos pomidorowy w pizzy byłby traktowany jako warzywo). Waters nie ma wątpliwości, że chodzi o ochronę interesów przemysłu junk food.

- Jestem oburzona. Mówią, że chodzi im o wolny wybór, że to ludzie, a nie rząd mają decydować, co jedzą. Ale w przypadku junk food naprawdę nie ma wyboru: te produkty mają różne nazwy i opakowania, ale większość jest produkowana przez te same firmy - powiedziała Waters. Uważa, że same wytyczne dla szkół nie wystarczą. Rząd powinien przestać subsydiować producentów niezdrowej żywności i bardziej regulować przemysł spożywczy. Np. ograniczyć ilość cukru dodawanego do napojów dla dzieci. - Producenci junk foodu powinni też zapłacić za rosnące koszty opieki zdrowotnej. To powinno być regulowane tak, jak papierosy - uważa Waters.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum