Dyrektywa transgraniczna nie przyjęła się? Jest kilka powodów

Autor: PAP, RZ/Rynek Zdrowia • • 02 września 2015 14:39

Dyrektywa transgraniczna, która pozwala ubezpieczonym pacjentom na leczenie za granicą, została wdrożona, ale de facto nie przyjęła się. Problemem jest brak rzetelnych informacji dla pacjentów - uważa prezes fundacji My Pacjenci Ewa Borek.

Dyrektywa transgraniczna nie przyjęła się? Jest kilka powodów
Fot. Adobe Stock. Data Dodania: 16 grudnia 2022

Borek mówiła o tym podczas środowej (2 września) konferencji w Warszawie poświęconej transgranicznej opiece zdrowotnej, zorganizowanej w ramach Akademii NFZ.

Jak powiedziała, pacjenci w Europie generalnie nie lubią leczyć się za granicą i zwykle jest to wyraz ich determinacji w dążeniu do zaspokojenia własnych potrzeb zdrowotnych.

Prezes fundacji My Pacjenci wskazała, że jest kilka powodów, dla których ostatecznie decydują się na leczenie za granicą: świadczenie, którego potrzebują, nie jest dostępne w ich kraju, brak jest w nim odpowiedniego specjalisty, bądź kolejka do niego jest zbyt długa bądź też niewystarczająca jest jakość udzielanych świadczeń. Niektórzy, choć te przypadki są rzadkie, leczą się za granicą, bo we własnym kraju są nieubezpieczeni, a leczenie w takim przypadku jest zbyt drogie.

Unia chwali, ale nie nas
Borek podkreśliła, że barierą w leczeniu poza granicami kraju jest brak rzetelnych informacji na temat takich możliwości. Wskazała, że informacje, których szukają pacjenci, dotyczą głównie dostępności danego świadczenia w innych krajach, jego jakości oraz ceny. Przydatne w tym są im np. strony świadczeniodawców w języku angielskim.

W ocenie prezeski fundacji większość krajów wypełniła jedynie minima wymagań dyrektywy i z tego powodu de facto się ona nie przyjęła.

Jak powiedziała, Komisja Europejska pozytywnie oceniła system informacji dla pacjentów jedynie w kilku krajach. Są wśród nich Wielka Brytania i Irlandia, Niemcy, a także Czechy i Słowacja. W tych krajach funkcjonują wyszukiwarki świadczeniodawców, w których znajdują się informacje m.in. na temat posiadanych przez ich placówki międzynarodowych certyfikatów.

Zdaniem Borek polskie placówki medyczne, zwłaszcza szpitale, nie wykorzystują możliwości, jakie daje im dyrektywa transgraniczna. - Co trzecie łóżko szpitalne w Polsce jest zbędne. Szkoda, że nie korzystają z tego pacjenci zagraniczni - powiedziała.

To nie jest biznes?
A nie korzystają także dlatego, że szpitale nie dostrzegają żyły złota w leczeniu pacjentów w oparciu o dyrektywę transgraniczną, bo jej tam (chyba) nie ma. Pośrednio sprawdziły się prognozy dyrektorów szpitali, których jeszcze przed wejściem w życie dyrektywy pytaliśmy, co będzie ona oznaczać dla lecznic.

- Trudno też przewidzieć, czy potencjalni pacjenci z UE w istotny sposób zasilą budżet szpitala: koszty ich leczenia zwróci płatnik, a my dostaniemy jedynie tyle, ile Fundusz płaci za określoną usługę - mówiła nam wtedy dr Joanna Woźnicka, rzecznik SPSK nr 1 im. prof. T. Sokołowskiego w Szczecinie. 

Wielkiego boomu po wdrożeniu dyrektywy nie przewidywał też dr Romuald Cichoń, dyrektor naczelny Dolnośląskiego Centrum Chorób Serca Medinet, chociaż różnice w polskich i niemieckich cenach zabiegów pozostają w stosunku 1 do 3.

- Naszymi pacjentami są z reguły seniorzy, którzy chcą poddać się operacji w miejscu, gdzie bez problemu porozumieją się w ojczystym języku, a ponadto będą blisko swoich rodzin i przyjaciół. Owszem, liczymy na pacjentów zza granicy, ale w przyszłości. Dotyczy to głównie Polonii na Wyspach lub w Niemczech - mówił dr Cichoń.

W ocenie Ewy Borek, Polska nie postarała się jednak o to, by pacjenci z zagranicy mogli znaleźć w internecie informacje na temat możliwości leczenia w naszym kraju.

 Zwróciła uwagę, że np. na stronie Krajowego Punktu Kontaktowego NFZ można znaleźć jedynie tłumaczenia regulacji prawnych, brak jest natomiast rankingu świadczeniodawców. Dodała, że także dostępny na stronach Naczelnej Izby Lekarskiej Centralny Rejestr Lekarzy, w którym można znaleźć m.in. informacje o uprawnieniach konkretnego lekarza, nie jest dostępny w języku angielskim.

Podkreśliła, że przed wejściem dyrektywy transgranicznej w życie jedynie 1 proc. wydatków państw UE na ochronę zdrowia stanowiły te na leczenie za granicą. Jej wdrożenie tego stanu rzeczy nie zmieniło.

Borek jest ekspertem systemu ochrony zdrowia w zakresie badań klinicznych, oceny technologii medycznych i komunikacji w ochronie zdrowia.

Lawiny wniosków nie ma
Według danych przedstawionych podczas konferencji przez dyrektorkę Departamentu Współpracy Międzynarodowej NFZ Agnieszkę Tyc, do tej pory do Funduszu wpłynęło 2788 wniosków o leczenie za granicą, których wartość opiewa na ok. 12 mln zł. Rozpatrzono 1553; ich wartość sięga 4 mln zł. Ponad 85 proc. wniosków dotyczyło operacji zaćmy.

 ”Zdecydowana większość respondentów (83 proc.) uważa, że polscy pacjenci powinni mieć prawo do leczenia za granicą zgodnie z intencją i zapisami dyrektywy, bez ograniczeń w postaci wymaganych skierowań, zaświadczeń czy zleceń od lekarza publicznej ochrony zdrowia potrzebnych do leczenia w Polsce” - wynika z badań przeprowadzonych w ubiegłym roku przez Fundację MY Pacjenci wspólnie z Fundacją Urszuli Jaworskiej w ramach projektu promocji konsultacji społecznych w ochronie zdrowia pn. Pacjenci Decydują (finansowany z grantów szwajcarskich).

Z kolei 84% respondentów uważa, że NFZ powinien zwracać koszty leczenia bez tworzenia dodatkowych barier administracyjnych i ograniczania budżetu, jakim w danym roku dysponuje płatnik na zwrot pacjentom kosztów leczenia za granicą.

Jak pisaliśmy, w przypadku zabiegów trwających jeden dzień, pacjenci korzystają z dobrodziejstw dyrektywy. Tam, gdzie w grę wchodzi dłuższe i bardziej kosztowne leczenie, pojawiają się przeszkody.

W przypadku każdego leczenia szpitalnego, które trwa powyżej 1 doby, niezbędne jest uzyskanie uprzedniej zgody dyrektora OW NFZ na leczenie za granicą.

Nie jest łatwo sporządzić wniosek w tej sprawie i skompletować wymagane dokumenty. Konieczność leczenia za granicą musi uzasadnić lekarz specjalista ubezpieczenia zdrowotnego, który posiada umowę z NFZ lub pracuje w placówce kontraktującej z Funduszem. Tymczasem na przyjęcie w poradni przyszpitalnej trzeba czekać kilka miesięcy. To tłumaczy małą liczbę wniosków ws. zdrowotnych wyjazdów do innych krajów.

Najpierw trzeba zapłacić
Według rozwiązań dyrektywy transgranicznej pacjent, który jest ubezpieczony w jednym z państw członkowskich UE, ma możliwość skorzystania z leczenia w innym państwie wspólnoty - zarówno u świadczeniodawców działających w ramach publicznego systemu opieki medycznej, jak i świadczeniodawców prywatnych.

Pacjent we własnym zakresie zobowiązany jest do pokrycia kosztów udzielonych mu świadczeń. Dopiero potem, w dalszej kolejności może zwrócić się do odpowiedniej instytucji w swoim państwie ubezpieczenia o zwrot poniesionych wydatków.

Zwrot kosztów leczenia może zostać zrealizowany wyłącznie wówczas, gdy świadczenie znajduje się w wykazie świadczeń gwarantowanych danego państwa członkowskiego.

W kraju - jak pisaliśmy - biurokratyczne bariery miały chronić budżet NFZ przed nadmiernymi wydatkami. Założono, że roczny limit na zwrot kosztów leczenia za granicą w ramach dyrektywy ma wynosić ok. 1 mld zł, przy czym w myśl ustawy, po wyczerpaniu limitu na dany rok wypłata zostaje zawieszona do końca roku, a pacjent otrzymuje zwrot kosztów do końca stycznia kolejnego roku.

Są więc pieniądze na leczenie w krajach UE. Ale są też bariery uniemożliwiające skorzystanie z nich. W przypadku leczenia szpitalnego, które trwa powyżej jednej doby i wymaga zgody Funduszu, pacjenci nie są w stanie ich pokonać.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum