Daniel Kuropaś/Rynek Zdrowia | 30-11-2017 05:52

Dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne: ten rynek wymaga uregulowania

Funkcjonujące w Polsce suplementarne ubezpieczenia zdrowotne są najgorszym z możliwych rodzajów dodatkowych ubezpieczeń. Dlatego, że płacimy drugi raz za to, za co już zapłaciliśmy w składce publicznej - twierdzą eksperci. Jakie mamy inne opcje? Czy w obecnej sytuacji politycznej są one w ogóle realne?

Czy dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne skrócą kolejki pacjentów? FOT. PTWP

29 listopada br. Polska Izba Ubezpieczeń (PIU) zaprezentowała przygotowany wspólnie z firmą doradczą Deloitte raport „Jak ubezpieczenia zmieniają Polskę i Polaków”, opisujący wpływ branży ubezpieczeniowej m.in. na sektor ochrony zdrowia.

Wyż powojenny zderzy się z niżem finansowym
Jak przypominają w opublikowanym dokumencie eksperci Deloitte, całkowite wydatki na zdrowie należą w Polsce do najniższych wśród krajów rozwiniętych. Polska wydaje 6,3 proc. PKB na zdrowie (wydatki publiczne i prywatne), średnia dla krajów OECD oscyluje obecnie wokół 10 proc.

Dlatego wzrost wydatków wydaje się nieunikniony, szczególnie że polskie społeczeństwo należy do najszybciej starzejących się w Europie. - Po 2020 roku wiek emerytalny osiągnie liczne pokolenie tzw. wyżu powojennego. Konsekwencje finansowe dla systemu będą ogromne, gdyż wydatki NFZ na jedną osobę w wieku 65+ są trzykrotnie wyższe niż w przypadku młodszych osób - mówi Irena Pichola, partner w Deloitte, lider zespołu Sustainability Consulting Central Europe.

Już teraz często niewydolną publiczną służbę zdrowia wspomaga prywatny sektor. Nic dziwnego, zważywszy że w Polsce na niektóre zabiegi czeka się półtora roku.

- Według danych fundacji Watch Health Care średni czas oczekiwania na wizytę u specjalisty to 2,5 miesiąca. Czas oczekiwania na badanie rezonansem magnetycznym wynosi 6-8 miesięcy. W 2015 roku przeciętny czas oczekiwania wynosił w Polsce 513 dni, dłużej wśród krajów OECD czekało się tylko w Chile - 920 dni - informuje Jan Grzegorz Prądzyński, prezes zarządu Polskiej Izby Ubezpieczeń.

Rynek rośnie, ale z niskiego poziomu
To pokazuje, w jakim stopniu z powodu braku odpowiednich uregulowań prawnych nasz system jest wadliwy. Dlatego już ponad 2 mln Polaków ma wykupione prywatne ubezpieczenie zdrowotne (wg stanu na koniec II kwartału 2017 r., nie licząc abonamentów).

- Polacy chcą korzystać z dodatkowych form ubezpieczenia zdrowotnego - mówił w marcu br. Rynkowi Zdrowia Andrzej Jaworski, ówczesny wiceprezes zarządu PZU SA. - Dowodem tego zainteresowania jest fakt, że w ubiegłym roku zanotowaliśmy 50-procentowy wzrost sprzedaży naszych polis zdrowotnych - dodawał.

Duży wzrost zainteresowania polisami zdrowotnymi odnotowano właśnie w 2016 roku. Liczba osób posiadających dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne zwiększyła się o prawie 30 proc. w stosunku do ubiegłego roku i sięgnęła wtedy 1,87 mln. Największy wzrost widoczny był w grupie ubezpieczeń indywidualnych - aż o 42 proc. rok do roku.

- Łącznie największą popularnością cieszą się grupowe polisy wykupione przez pracodawców, którymi objętych jest 1,48 mln osób. Około 390 tys. Polaków ma wykupione indywidualne ubezpieczenia medyczne. To jest jednak bardzo mało, jeśli porównamy z całą populacją Polski - stwierdza prezes PIU.

Przedstawiciel branży na przykładzie endoprotezoplastyki całkowitej stawu kolanowego pokazuje dokładnie, czym różnią się dwa światy ubezpieczeniowe - prywatny i publiczny.

- Z ubezpieczeniem dodatkowym za około 1,8 tys. zł rocznie czekamy do 30 dni i nie płacimy nic więcej. W systemie publicznym czekamy 13,1 miesiąca na zabieg (wg stanu na VII 2017 r.) lub z własnej kieszeni płacimy 30 tys. zł za leczenie i rehabilitację - opisuje prezes Prądzyński.

Modele, koszyki świadczeń, przepisy...
Jakie mamy możliwości, jeśli chodzi o systemy dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych, funkcjonujące na świecie? - Właściwie mamy trzy rodzaje systemów: ubezpieczenia suplementarne, komplementarne i model wielu płatników, który funkcjonuje w Holandii. Nie musimy wyważać otwartych drzwi, wystarczy przeanalizować i stworzyć podobne uregulowania - proponuje prezes PIU.

Jego zdaniem funkcjonujące w Polsce ubezpieczenia suplementarne są w sumie najgorszym z możliwych systemów, dlatego że płacimy drugi raz za to, za co już zapłaciliśmy w składce publicznej. Za te pieniądze dostajemy szybszy dostęp do lekarza, do zabiegów itd.

- Natomiast zarówno w modelu holenderskim, czy też w ubezpieczeniach komplementarnych płacimy prywatnie za to, czego system publiczny nam nie oferuje. W związku z tym system publiczny może się skoncentrować na innych potrzebach - opisuje przedstawiciel branży ubezpieczeniowej.

To ważne, gdyż, jak wiadomo, trendy demograficzne i starzenie się społeczeństwa spowodują, że będzie coraz bardziej brakowało pieniędzy w systemie publicznym.

- Do 2030 roku wydatki na zdrowie będą musiały bowiem wzrosnąć o 1-2 pkt. proc. PKB, czyli 26-45 mld zł (w cenach z 2016 roku) - wylicza Irena Pichola, partner w Deloitte. - Jak duży udział w tym wzroście wydatków przypadnie na sektor prywatny, zależy m.in. od zmian regulacji dotyczących dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych.

Nie mamy 20 lat na przygotowania
Warto wspomnieć, że oceniany obecnie jako najlepszy holenderski system wielu płatników (z płatnikiem publicznym i wieloma płatnikami prywatnymi do wyboru przez pacjenta) ma wbudowane zabezpieczenia przed negatywną selekcją. Chodzi o to, żeby w jednym funduszu nie znaleźli się tylko młodzi, zdrowi i zamożni, a w drugim - osoby starsze i chore.

- Ten system jest bardzo dobry, ale skomplikowany, więc nie sądzę, żeby w najbliższym czasie udało nam się go wdrożyć. Holendrzy pracowali nad tym modelem prawie 20 lat. Po pierwsze nie mamy tak dużo czasu, po drugie na taką rewolucję chyba nikt nie jest gotowy. Mamy więc małe szanse, żeby ten system w Polsce wprowadzić - ocenia Jan Grzegorz Prądzyński.

Natomiast szybciej mógłby być zaimplementowany w Polsce francuski model organizacji i finansowania ochrony zdrowia oraz ubezpieczeń. - To system ubezpieczeń komplementarnych, w którym jest określony koszyk świadczeń. Tworzy się tam pole dla ubezpieczycieli, gdy z tego koszyka zostają wyłączone pewne procedury - one mogą być właśnie przez nich finansowane - opisuje prezes PIU.

Do tego dochodzi współpłacenie, które we francuskich realiach dobrze się sprawdza. W Polsce jego element mamy jedynie przy płatnościach za leki. - Myślę, że system francuski byłby możliwy do wprowadzenia. Oczywiście musiałoby dojść do konsensusu politycznego, żeby wdrożyć takie zmiany w Polsce. Ta debata powinna się zacząć i powinniśmy w końcu pójść w tym kierunku - ocenia ekspert.

Prezes PIU pytany podczas konferencji, czy w Polsce nie mamy do czynienia z negatywną selekcją pacjentów, w sensie przeskakiwania kolejki przez posiadaczy prywatnych ubezpieczeń, wypychania „państwowych” ubezpieczonych, odpowiadał, że przecież szpitale w Polsce, z powodu niskiego finansowania, nie funkcjonują na 100 proc. swoich możliwości.

- Lepiej, żeby blok operacyjny stał pusty, a kolejka się powiększała, czy też, aby wtedy mogły być operowane osoby z ubezpieczeniem prywatnym? - pytał w odpowiedzi.

- Teza o wypychaniu z kolejki biednych i zastępowaniu ich tymi, którzy mają ubezpieczenia prywatne, absolutnie nie jest prawdziwa - dodawał. Jan Prądzyński zaznacza, że dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne w nie są ubezpieczeniami dla osób zamożnych i nie powinny być w żaden sposób powiązane ze stanem zdrowia czy zamożnością danej osoby.

Wzrost wydatków z budżetu - a ubezpieczenia?
Podczas październikowego protestu rezydentów, przy okazji dyskusji o wzroście nakładów na ochronę zdrowia, rządzący ani słowem nie wspominali o potrzebie zastrzyku prywatnych pieniędzy do systemu. Tymczasem autorzy raportu o branży ubezpieczeniowej przekonują, że państwa na to nie stać, a nagły wzrost składki do NFZ może obniżyć polskie PKB.

Uchwalona przez Sejm ustawa o wzroście nakładów na ochronę zdrowia rozwiązuje to w ten prosty sposób, że zwiększa się finansowanie ochrony zdrowia, nie zakładając zwiększania obciążeń finansowych obywateli, a jedynie przesunięcie środków. Przynajmniej według założeń.

Docelowy poziom nakładów publicznych wyznaczono na 6 proc. PKB - ma być osiągnięty w już 2025 r. W przyszłym roku na opiekę zdrowotną będzie przeznaczone nie mniej niż 4,67 proc. PKB, a rok później - 4,86 proc. - Branża ubezpieczeniowa może jednak wpłynąć na dostęp i jakość ochrony zdrowia bez obciążania finansów państwa - postulują ubezpieczyciele.

Ich zdaniem optymalnym rozwiązaniem jest stopniowy wzrost finansowania prywatnego i publicznego. Wydatki prywatne na leczenie z poziomu dzisiejszego 1 proc. PKB mogłyby wzrosnąć do niespełna 2 proc. PKB, by zaspokoić rosnące potrzeby społeczne.