• PATRON HONOROWYpartner serwisu
  • PARTNER SERWISUpartner serwisu
  • PARTNER SERWISUpartner serwisu
  • PARTNER SERWISUpartner serwisu
  • PARTNER SERWISUpartner serwisu
  • PARTNER SERWISUpartner serwisu

Czy leczenie w warunkach domowych to optymalny model opieki w onkologii?

Autor: IB/Rynek Zdrowia • • 28 sierpnia 2020 06:00

Czy pacjent onkologiczny może być w większym niż dotychczas stopniu leczony w domu? Pandemia SARS-CoV-2 pokazała, że tak. Jak podkreślają specjaliści, ten trend powinien się umacniać, ponieważ jest korzystny i dla chorych i dla systemu.

Chemioterapia domowa to kontynuacja leczenia rozpoczętego w warunkach oddziału dziennego. Fot. archiwum

Jak przypomniała Iwona Kasprzak, dyrektor Departamentu Gospodarki Lekami NFZ, wprowadzona w br. przez Fundusz chemioterapia w trybie domowym jest rozwiązaniem dedykowanym dla pacjentów z rakiem jelita grubego. Największa grupa osób, które skorzystały z tej możliwości, to osoby starsze, pomiędzy 61. a 80 rokiem życia.

- Byliśmy trochę zaskoczeni, ponieważ sądziliśmy, że zdecydują się na to przede wszystkim młodsi pacjenci, ale widocznie lekarze przekonali starszych chorych, że w dobie pandemii taka forma będzie dla nich bezpieczniejsza - mówiła dyrektor Kasprzak podczas sesji „Onkologia w dobie koronawirusa” w ramach X Letniej Akademii Onkologicznej w Warszawie.

Dodała, że chemioterapią w trybie domowym największą grupę pacjentów obejmuje Narodowy Instytut Onkologii w Warszawie, inne ośrodki onkologiczne korzystają z tego w mniejszym zakresie. - Mamy jednak nadzieję, że ta możliwość rozpowszechni się w całym kraju i będzie wykorzystywana w większym stopniu - wskazała.

Czy pobyt w szpitalu jest naprawdę konieczny?
- Od lat uważam, że wszystko to, co nie musi być wykonywane w szpitalu, powinno odbywać się w trybie ambulatoryjnym. Takie podejście było niepopularne, bo wiele szpitali nadal zarabia nie na procedurach, ale na hospitalizacji. Od pacjentów, którzy przychodzą do nas na kontynuację chemioterapii wiemy, że z powodu tej samej iniekcji, na okoliczność której leżą u nas dwa razy po dwie godziny, w innych szpitalach spędzają tydzień - mówi prof. Jacek Jassem, kierownik Katedry i Kliniki Onkologii i Radioterapii GUMed.

Jak zauważa profesor, dopóki NFZ za to płaci, możliwość ta będzie przez szpitale wykorzystywana. Tymczasem onkologia jest dziedziną, w której 90 proc. procedur da się wykonać w trybie ambulatoryjnym.

- W obszarze diagnostyki można na palcach jednej ręki policzyć procedury wymagające choćby jednodniowego pobytu w szpitalu. W obszarze chirurgii onkologicznej bardzo skrócił się czas hospitalizacji po zabiegach, także tych dotyczących np. raka jelita grubego, czy płuca, i zwykle nie przekracza on pięciu dni. Radioterapia jest dziedziną zdecydowanie ambulatoryjną, dlatego zastąpienie hospitalizacji możliwością pobytu hotelowego jest jedną z największych zdobyczy pakietu onkologicznego - zaznacza prof. Jassem.

- W chemioterapii guzów litych sytuacji, w których chory musi zostać w szpitali dłużej niż dobę, jest zaledwie kilka. W naszej klinice pacjenci już od dawna wychodzą do domu z infuzorami, które są przecież znane i stosowane od lat - dodaje.

- Musimy wyprowadzić onkologię z hospitalizacji, w której znalazła się z przyczyn systemowych. Częściowo wynikało to także z pewnych przyzwyczajeń. Przez lata atrybutem prestiżu w środowisku była jak największa liczba łóżek. Teraz staje się nim liczba chorych leczonych w skali roku. Należy także zmienić podejście, w ramach którego kładzie się pacjenta do szpitala „na wszelki wypadek”, bo nie jest przecież wykluczone, że wystąpią powikłania. Uważam, że chory powinien być hospitalizowany wówczas, gdy powikłania wystąpią - przekonuje ekspert.

- Absolutnym priorytetem jest jednak bezpieczeństwo pacjenta, dlatego musimy stworzyć warunki, aby w przypadku, gdy coś się dzieje, mógł uzyskać pomoc. Nasza klinika jako jedna z pierwszych w Polsce wprowadziła aplikację, poprzez którą pacjent może zgłosić problem. Zgłoszenie analizuje pielęgniarka, która w przypadku, gdy zachodzi taka potrzeba, natychmiast umawia wizytę do lekarza. W ten sposób radzimy sobie z powszechnymi obecnie sytuacjami, w których nigdzie nie można się dodzwonić - mówi prof. Jassem.

Pacjenci chcą się leczyć w domu
- Odróżnijmy chemioterapię w warunkach ambulatoryjnych od tej w warunkach domowych. W warunkach ambulatoryjnych pacjent przychodzi do oddziału dziennego, otrzymuje kurs leczenia, idzie do domu i pojawia się na następny kurs. Chemioterapia domowa to natomiast kontynuacja leczenia rozpoczętego w warunkach oddziału dziennego. Pacjent otrzymuje lek w pompce elastomerowej, 1-, 2- lub 5-dobowej, dokładny instruktaż jak ma się zachowywać w trakcie leczenia i kiedy ma wrócić na odłączenie - mówi Joanna Machnowska, pielęgniarka onkologiczna z Narodowego Instytutu Onkologii w Warszawie.

Jak dodaje, sprawdza się to doskonale, a problem pojawia się jedynie w przypadku pacjentów mieszkających w odległych częściach kraju. Zdarza, się, że lekarz POZ w miejscu zamieszkania chorego nie potrafi odłączyć pompki i pacjent musi przyjechać w tym celu do Warszawy, pokonując odległość np. 300 km w jedną stronę.

- W zakresie leczenia domowego pojawiła się także w tym roku możliwość, aby pacjenci leczeni zimnym analogiem z powodu nowotworów neuroendokrynnych omijali co drugą wizytę. Możemy wydawać im lek w gotowej ampułko-strzykawce i po czterech tygodniach chorzy podają go sobie sami. Jeszcze inną opcją leczenia w domu jest przekazanie leku w tabletkach. Tu częściowa odpowiedzialność za końcowy efekt leczenia spada na pacjenta, bo to on zarządza np. przechowywaniem leku, on go sobie dawkuje i on stosuje się - lub nie - do zaleceń lekarza i pielęgniarki - wyjaśnia Joanna Machnowska.

Pielęgniarka onkologiczna podkreśla, że pacjenci bardzo chętnie korzystają z możliwości leczenia domowego. - Nie znam nikogo, kto rozpoczął terapię z zastosowaniem infuzora, a potem chciał wrócić do leczenia w oddziale stacjonarnym - zauważa.

Dr Jerzy Jarosz, specjalista medycyny paliatywnej z Fundacji Hospicjum Onkologiczne św. Krzysztofa w Warszawie zwraca uwagę, że dla pacjentów bardzo ważne jest pozostawanie w swoim własnym środowisku, dlatego wszystko, co tylko możliwe, powinno się odbywać w domu.

- W czasie pandemii koronawirusa bardzo sprawdziła się telemedycyna. Naturalnie, chorzy wymagają kontaktu z lekarzem, ale wcale nie tak często, jak mogłoby się wydawać, a przez telefon można powiedzieć czasem dużo więcej, niż podczas wizyty, na której lekarz ma dla pacjenta pięć minut - mówi dr Jarosz.

Dodaje, że w czasie pandemii bardzo zmniejszyła się liczba zgłoszeń do hospicjum stacjonarnego. Wynikało to z wprowadzenia zakazu odwiedzin, co w wielu przypadkach oznaczało, że rodzina nie zobaczy już więcej bliskiej osoby.

- Drastycznie spadła także liczba zgłoszeń w hospicjum domowym. Stało się tak, ponieważ przestaliśmy praktycznie pojawiać się w domach pacjentów. Przyczyną jest brak pielęgniarek oraz brak lekarzy, dla których było to dodatkowe zajęcie, a tego im zabroniono. Jedyną dozwoloną formą kontaktu z pacjentem jest obecnie telemedycyna. Cała sytuacja świadczy o tym, że w przypadku hospicjum domowego chorzy potrzebują jednak opieki w pełnym wymiarze - ocenia dr Jarosz.

Jak można zmienić system?
- Powinniśmy zrobić wszystko, aby system premiujący leczenie domowe zafunkcjonował także u nas, bo w innym krajach działa doskonale. Dziwię się np., że inwestorzy nie wpadli jeszcze na pomysł hoteli przyszpitalnych, bo mieliby 100 proc. obłożenia przez cały rok - wskazuje prof. Jassem.

- Hotele są refundowane, ale dla wielu chorych, którzy z nich korzystają, problemem jest konieczność samodzielnego zorganizowania sobie posiłków. Jeśli ktoś napromieniany jest przez miesiąc i codziennie musi kupić sobie śniadanie, obiad i kolację (które w szpitalu miałby bezpłatnie), może mocno odczuć to finansowo. Wydaje się, że Funduszowi bardziej opłacałoby się finansowanie bonów żywieniowych dla takich osób, niż płacenie za hospitalizację, którą wielu wybiera właśnie ze względów socjalnych. To samo dotyczy np. mikrobusów, które mogłyby dowozić chorych z hotelu do szpitala i odwrotnie - argumentuje ekspert.

- Z problemem komunikacji z pacjentem leczonym w domu także można sobie poradzić, podobnie jak my zrobiliśmy to oferując naszą aplikację. NCBiR mógłby np. rozpisać konkurs na podobne komunikatory - przekonuje profesor.

Zwraca także uwagę, że we wprowadzeniu takich zmian mogłaby pomóc zniechęcająca taryfikacja procedur szpitalnych. Za niektóre z nich NFZ płacił jeszcze niedawno trzy razy więcej, jeśli były wykonane w szpitalu, a nie ambulatoryjnie, choć nie miało to żadnego uzasadnienia.

- Potrzebny jest rejestr podobnych absurdów, a gdy wprowadzimy zmiany w życie, będziemy mieli pieniądze na nowoczesne leki, zapłacimy więcej chirurgom i uruchomimy sieć hospicjów - podsumował ekspert.

 

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum