KARDIOLOGIA

Terapie, profilaktyka, badania. Najnowsze doniesienia medyczne

  • PARTNER SERWISUpartner serwisu

Polska była drugim krajem, który tak modelowo zaczął leczyć zawały. Cudze chwalicie...

Autor: PAP/RYNEK ZDROWIA

Polska była drugim krajem, który tak modelowo zaczął leczyć zawały. Cudze chwalicie...
Lekarz i chory przestali być bezbronni wobec toczącego się procesu zawałowego. Fot. PTWP (zdjęcie ilustracyjne)

Wprowadzenie dyżurów specjalistycznej karetki kardiologicznej, leki rozpuszczające zakrzep, całodobowa pomoc chorym z zawałem, wreszcie mechaniczne udrażnianie naczyń - to etapy prowadzące do współczesnego modelu leczenia zawału w Polsce, przypomnieli we wtorek (6 czerwca) eksperci podczas konferencji prasowej w Zabrzu.

Dodano: 07 czerwca 2017, 09:57 Aktualizacja: 07 czerwca 2017, 09:57

Jeszcze 30 lat temu, jeśli człowiek z zawałem przeżył i trafił do szpitala, to lekarze mogli tylko walczyć ze skutkami zawału, a nie go przerwać. Pacjent spędzał kilka tygodni w pozycji leżącej, a po wypisaniu do domu od razu trafiał na rentę, bo nie był w stanie pracować.

- Prawdę mówiąc, w początkowych etapach leczenia zawału to lekarz i chory byli bezbronni - na początku lat 80. chorego kładło się na miesiąc, 2 tygodnie nie wolno było się ruszać. W tej chwili chory z nieskomplikowanym zawałem wraca po tygodniu do domu, jeżeli udrożnimy to naczynie, i funkcjonuje zupełnie normalnie - powiedział dziennikarzom prof. Andrzej Lekston ze Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu, wcześniej Wojewódzkiego Ośrodka Kardiologii, gdzie wypracowano współczesny model leczenia zawału, który upowszechnił się w całej Polsce i pozwolił uratować tysiące chorych.

To stało się w 1987 roku
Opiera się on na dobrej organizacji systemu działającego przez całą dobę oraz na specjalistach - chory ma jak najszybciej trafić do ośrodka kardiologii inwazyjnej, gdzie przechodzi zabieg z wykorzystaniem cewnika naczyniowego. Lekarze udrożniają za jego pomocą zamknięte z powodu miażdżycy naczynia, wprowadzają też stenty, wzmacniające naczynia w miejscu zwężeń, czasem również uwalniające leki.

Jak podkreślił dyrektor ds. medycznych Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu prof. Piotr Przybyłowski, wdrożenie tego modelu było jednym z ogromnych skoków cywilizacyjnych w polskiej medycynie.

- To stało się w 1987 r. Był to jeden z pierwszych, właściwie drugi w Europie program leczenia zawału w trybie 24-godzinnym. Do tego czasu chorzy spędzali nawet 6 tygodni w łóżku, od tego czasu zaczęło się nowoczesne leczenie - powiedział.

W związku z tym jubileuszem w środę (7 czerwca) ŚCCS odwiedzi prezydent RP Andrzej Duda, weźmie udział w XXIV Międzynarodowej Konferencji Kardiologicznej "Postępy w rozpoznawaniu i leczeniu chorób serca, płuc i naczyń".

- To był 1977 r. Pierwszym etapem leczenia zawału była wtedy śmiała inicjatywa prof. Stanisława Pasyka, który polecił mi zorganizować karetkę kardiologiczną, jako że od roku wcześniej dyżurowałem w karetce reanimacyjnej. To był strzał w dziesiątkę - skrócił się czas oczekiwania na lekarza, rozpoznanie i wstępne leczenie było stawiane już w domu chorego, czas transportu z domu do szpitala był bezpieczny, bo w otoczeniu lekarza kardiologa i pielęgniarki - wspominał podczas wtorkowej konferencji prasowej w Zabrzu prof. Andrzej Lekston.

Balonikowanie made in Poland
Dodał: - Niejednokrotnie dochodziło do zatrzymania krążenia w czasie transportu. Mając aparat do defibrylacji, przywracaliśmy prawidłowy rytm. Ci chorzy nigdy by nie przeżyli, oni by zmarli, gdyby byli transportowani zwykłą karetką.

Drugim ważnym etapem było wprowadzenie do leczenia leków rozpuszczających zakrzep, będący przyczyną zawału. Stosowano przede wszystkim streptokinazę, podawaną początkowo dożylnie, a później dowieńcowo.

- Skuteczność takiego leczenia wynosiła 40-60 proc. Mało tego, nie każdy chory mógł otrzymać streptokinazę. Była np. przeciwwskazana u chorych z czynną chorobą wrzodową, bo skrwawiliby się do przewodu pokarmowego, u chorych z niekontrolowanym, czyli wysokim nadciśnieniem tętniczym, bo mogło dojść do wylewu do centralnego układu nerwowego, u chorych po operacjach, z nowotworami - to wszystko ograniczało pomoc aż do czasu, kiedy zaczęliśmy udrażniać naczynia mechanicznie, czyli wykonując zabiegi balonikowania - opowiadał profesor Lekston.

W 1985 r. do Zabrza przyjechał doktor Waldemar Wajszczuk ze Stanów Zjednoczonych.

- Wykonałem z nim 3 zabiegi balonikowania i pan doktor pojechał. Na drugi dzień prof. Pasyk mnie wezwał i mówi: panie kolego, skoro pan już umie, to proszę robić następne. Nogi się pode mną ugięły, ale nie było wyboru - powiedział kardiolog.

Opowiadał: - Najwięcej pacierzy w życiu zmówiłem chyba przy stole z pacjentem, jak cewnikowałem, próbując udrożnić naczynie, a życie tego chorego wisiało na włosku. Ja byłem czasami bardziej przerażony od niego, on był po prostu znieczulony lekami, a taki zabieg w początkowych etapach trwał 3-4 godziny, w tej chwili to 45 minut.

Dyżury zawałowe 24-godzinne
Pracownie hemodynamiki, w których wykonuje się te zabiegi, były jednak wówczas czynne w tzw. godzinach pracy.

Prof. Lekston nigdy nie zapomni pewnego pacjenta z 1987 r.: - Mój kolega Boguś Borkowski miał dyżur w karetce kardiologicznej i przywiózł mi chorego o godz. 16, pracownia była już zamknięta. Kolega mówi: "To co, na erkę czyli oddział reanimacyjny, i podajemy streptokinazę dożylnie?" Nie, uruchomimy pracownię - odpowiedziałem. On na to: "Zwariowałeś, stary nas pozabija…"

- Chory nazywał się Twardowski, ale nie z księżyca, tylko z Zabrza, 53 lata, zawał ściany dolnej. Udało się ściągnąć pielęgniarkę z oddziału, ja pracowałem jako technik i lekarz, Boguś mi pomagał, karetka czekała obok. Na drugi dzień prof. Pasyk wezwał nas i okrzyczał. "Nie za to, że pan to zrobił, bo już dawno pan to powinien zrobić, tylko za to, że pan do mnie wieczorem nie zadzwonił" - powiedział mi.

- Nie dziwię się, cieszyliśmy się wszyscy. Następnie mówi: panie kolego, od jutra dyżury 24-godzinne. To była inicjatywa pana prof. Pasyka, chylę czoła przed jego wiedzą medyczną i organizacyjną. Pozwoliło to uruchomić pierwsze w Polsce dyżury zawałowe, a bodajże drugie w Europie - po Tuluzie. To było ewenementem nie tylko na skalę kraju, ale i Europy  - opowiadał prof. Lekston.

- Lekarz i chory przestali być bezbronni wobec toczącego się procesu zawałowego. Nauczyliśmy się przywracać krążenie, ratując mięsień sercowy przed bezpowrotną martwicą - podsumował.

Anna Gumułka (PAP)

 

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum

    POLECAMY W PORTALU