KARDIOLOGIA

Terapie, profilaktyka, badania. Najnowsze doniesienia medyczne

  • PARTNER SERWISUpartner serwisu

Leczenie zawałów: intratny biznes czy unikalny system za niewielkie pieniądze?

Autor: MARZENA SYGUT/RYNEK ZDROWIA

Leczenie zawałów: intratny biznes czy unikalny system za niewielkie pieniądze?

W Polsce jest 147 pracowni hemodynamicznych. To, jak twierdzą specjaliści, w pełni pokrywa zapotrzebowanie. A jednak powstają następne. Dlaczego? Bo NFZ płaci bez ograniczeń za leczenie zawałów. I jak wskazują niektórzy - płaci lepiej niż za inne świadczenia. Nie wszyscy jednak podzielają tę opinię.

Dodano: 25 kwietnia 2013, 07:00 Aktualizacja: 28 kwietnia 2013, 18:20

Kardiolodzy inwazyjni prezentują twarde dane, z których wynika, że mimo sukcesu jaki odniosła polska kardiologia interwencyjna, pod względem finansowania daleko nam do państw "starej Unii".

1,6 mln zł za "niezakontraktowane" zawały

Oddział kardiologii inwazyjnej w Busku-Zdroju od ponad roku prowadzi prywatna firma Cardinox. Choć przegrali batalię o kilkumilionowy kontrakt z prywatną placówką działającą w szpitalu w Pińczowie, to uznali, że będą leczyć chorych z zawałem serca. Jak się okazuje, dobrze na tym wyszli.

Beata Szczepanek, rzecznik prasowy Świętokrzyskiego OW NFZ informuje, że za leczenie pacjentów w ubiegłym roku Fundusz zapłacił tej placówce 1,6 mln zł. - Wchodzi tu w grę art. 19 ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, zgodnie z którym pacjent w stanie nagłym może skorzystać ze świadczenia zdrowotnego w placówce, która nie zawarła umowy o udzielanie świadczeń opieki zdrowotnej - podkreśla rzecznik.

Cardinox nie jest jedynym podmiotem, który bez kontraktu zamierza leczyć zawały. Podobna pracownia powstaje w Rzeszowie w Szpitalu MSW. Mimo że Podkarpacki OW NFZ poinformował inwestora, że nie podpisze z nim kontraktu, ten i tak liczy na zyski. Jak podkreśla rzecznik prasowy firmy Carint, Marcin Mikos, każdy szpital ma obowiązek ratowania pacjenta w sytuacji bezpośredniego zagrożenia życia i zdrowia. Dlatego chorzy będą przyjmowani do pracowni w trybie 24-godzinnym.

Czyt. także: Kardiologia interwencyjna: trwały biznes czy dziecko do bicia?

Zabieg dobrze opłacany
- Na Podkarpaciu dostęp do tego typu procedur jest bardzo dobry, dlatego na prośbę podkarpackiego NFZ wystosowałem opinię na piśmie, w której poinformowałem, że kolejna pracownia hemodynamiki nie jest w Rzeszowie potrzebna - tłumaczy dr Jerzy Kuźniar, podkarpacki konsultant wojewódzki w dziedzinie kardiologii.

Wyjaśnia również, że mimo tych negatywnych opinii pracownia jednak powstaje. - Inwestorowi musi to się opłacać. Bo jaki byłby sens taką pracownię otwierać, gdyby nie przynosiła dochodu? Właściciel musi najpierw zainwestować 2 mln zł w angiograf, wynająć pomieszczenia, opłacić lekarzy. Jeżeli ktoś decyduje się na taką inwestycję w miejscu gdzie już takie pracownie działają to musi zrobić biznesplan i wiedzieć, że na tym zarobi - stwierdza konsultant.

Dodaje: - Jest jednak pewna różnica pomiędzy pracownią prywatną a publiczną. W prywatnych pracowniach, jeśli okaże się, że pacjent wymaga dłuższego pobytu, bo ma np. cukrzycę albo 80 lat i nie można go wypisać po 3-4 dniach od zabiegu, to wówczas chory zostaje przeniesiony na oddział szpitalny, z którym prywatna pracownia współpracuje, przerzucając koszty związane z leczeniem chorób towarzyszących i starości na publiczną lecznicę.

- Kiedyś porównałam, jakich pacjentów przysyła do nas szpital powiatowy, a jakich do prywatnej pracowni hemodynamicznej. Szpital ten leży pośrodku - pomiędzy dwoma pracowniami. Okazało się, że średnia wieku chorych z zawałem kierowanych przez ten szpital do nas była o 6 lat wyższa, niż średnia wieku chorych kierowanych do prywatnej pracowni. To nie mógł być przypadek, tylko świadoma selekcja chorych - uważa dr Jerzy Kuźniar.

W ogonie finansowym Europy
Prof. Maciej Lesiak, kierownik Pracowni Hemodynamiki Serca Szpitala Klinicznego Przemienienia Pańskiego w Poznaniu nie zgadza się z opinią, że kardiologia inwazyjna to złoty interes.

- Czy procedury są przeszacowane? - pyta. - Jak zaczynałem pracę w instytucie kardiologii to zawał serca leczyło się podając lek, który rozpuszcza skrzeplinę. Koszt tego leku w obecnych czasach wynosiłby ok. 200-300 zł. A w tej chwili NFZ płaci za leczenie zawału serca ok. 10 tys. zł. Z tym, że w latach 80. i wczesnych 90. śmiertelność szpitalna w ostrym zespole wieńcowym wynosiła 15-20%, a w tej chwili ok. 5%.

Prof. Lesiak wyjaśnia również, że aby móc ustalić czy to jest dużo, czy mało - trzeba te wyceny z czymś porównać. Na szczęście, ok. dwa miesiące temu w European Heart Journal niezależne źródła podały dokładne wyceny procedur leczenia zawału serca w 11 krajach Europy, w tym w Polsce. Wynika z nich jasno, że wycena zawałów w Polsce była najniższa na tle UE.

- W naszym kraju, jak już wspominałem, leczenie inwazyjne zawału serca mieści się pomiędzy 3 a 4 tys. USD. W Szwecji np. leczenie zawału serca angioplastyką pierwotną to jest już koszt 9 tys. USD, czyli trzy razy tyle co w Polsce, a PKB nie jest tam trzy razy większe niż w Polsce - zaznacza prof. Lesiak.

W jego ocenie warto też podkreślić, że koszt samego zabiegu nie jest mały, ale koszty jakie ponosi państwo z powodu inwalidztwa, absencji chorobowej są nieporównywalne. Leczenie inwazyjne znacznie skraca czas niezdolności do pracy i zmniejsza stopień inwalidztwa. I o tym trzeba pamiętać.

Nasz sukces zainteresował Amerykę
Prof. Dariusz Dudek, Kierownik II Oddziału Klinicznego Kardiologii oraz Interwencji Sercowo-Naczyniowych Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie i przewodniczący Asocjacji Interwencji Sercowo-Naczyniowych Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego wyjaśnia, że w ostatnim czasie próbuje się krytykować sukces polskich kardiologów, co jest zupełnie nieuzasadnione.

- Za nieduże pieniądze, które są dedykowane zabiegom hemodynamicznym stworzono w naszym kraju jeden z najlepszych na świecie serwisów opieki nad pacjentami z zawałem serca - stwierdza prof. Dudek.

Dodaje: - Nasz sukces jest tak wielki, że nawet Amerykańskie Towarzystwo Kardiologiczne zainteresowało się tym fenomenem i zaproszono mnie, abym jesienią tego roku na odbywającym się w Stanach Zjednoczonych zjeździe wygłosił wykład na temat polskiego systemu leczenia zawałów serca. Inni nas doceniają, a tymczasem u nas w kraju sukces kardiologów inwazyjnych drażni kolegów - przyznaje prof. Dudek.

Nie zgadza się także z twierdzeniem, że na publiczne pracownie przypadają trudniejsi chorzy. Podkreśla, iż większość pracowni działa na określonym terenie i trafiają tam wszyscy chorzy wymagający natychmiastowej interwencji, więc o żadnej selekcji nie ma mowy. Potwierdzają to dane wskazujące, że średnia wieku leczonych chorych w woj. małopolskim w oddziałach publicznych i niepublicznych jest taka sama.

Co zależy od NFZ
- Charakterystyka wyjściowa pacjentów leczonych przez te wszystkie ośrodki wskazuje na ten sam profil leczonych. Co więcej, oficjalne NFZ dane pokazują, że czas hospitalizacji w prywatnych placówkach jest krótszy niż w publicznych, czyli prawdopodobnie w tych pierwszych sprawniej zarządza się ruchem chorych - dodaje Dariusz Dudek.

Wskazuje, iż osobnym problemem jest kwestia pojedynczych pracowni, które nie są zakontraktowane, a realizują świadczenia: - To są kwestie zależne od NFZ i tego nie chciałbym komentować. To Fundusz powinien decydować czy respektuje kontrakty, czy płaci za zabiegi ratujące życie bez kontraktu - stwierdza nasz rozmówca.

Zaznacza jednak, że budżetu państwa w żadnym wypadku to więcej nie kosztuje. - Jako przewodniczący Asocjacji Interwencji Sercowo-Naczyniowych PTK mam raporty z całej Polski i liczba zawałów jest stała - ok. 50 tys. rocznie od wielu lat. Czyli jeżeli nawet zawał leczy ośrodek, który nie ma kontraktu, to budżet państwa na tym nie traci, tylko jest inna dystrybucja pieniędzy między tymi ośrodkami - podkreśla prof. Dudek.

Dowiedz się więcej na temat:
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum

    POLECAMY W PORTALU