PAP-Marceli Sommer/Rynek Zdrowia | 25-12-2016 11:12

Helena Pyz: jestem dla podopiecznych z trądem kimś, kto oddał im swoje życie

Jestem dla swoich podopiecznych kimś, kto przyjechał z dalekiego kraju i oddał im swoje życie - mówi PAP lekarka i świecka misjonarka Helena Pyz działająca w Ośrodku Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indiach. Opowiada też o tym, jak wyglądają obchody świąt Bożego Narodzenia w ośrodku.

Helena Pyz: Trąd to choroba całkowicie wyleczalna - już od lat 40. na świecie, a mniej więcej od 50. w Indiach - i w zasadzie nie powinna już powodować wykluczenia. Fot. PAP

 

Helena Pyz jest naczelną - i zarazem jedyną - lekarką w założonym przez polskich misjonarzy Ośrodku Rehabilitacji Trędowatych Jeevodaya w Indiach i laureatką wielu nagród i odznaczeń, m.in. Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski, odznaki Bene Merito i Orderu Uśmiechu. W tym miesiącu nagrodą Pro Dignitate Humana uhonorował ją szef MSZ Witold Waszczykowski.

Przez kilkanaście lat Helena Pyz pracowała w przychodniach rejonowych w Warszawie. W latach 80. zaangażowana była w organizowanie NSZZ "Solidarność" w środowisku medycznym. Po raz pierwszy pojechała do Jeevodaya w 1989 r., po tym jak dowiedziała się, że ciężko choruje jego założyciel ks. Adam Wiśniewski, który był wówczas jedynym pracującym w ośrodku lekarzem, otaczającym opieką kilkanaście tysięcy ludzi.

Ośrodek rozpoczął pracę w 1969 r. Na początku działał w trzech namiotach wojskowych na zupełnie pustym terenie. Oprócz leczenia dotkniętych przez trąd ośrodek oferuje swoim podopiecznym rehabilitację przez pracę, a także zajęcia edukacyjne dla dzieci i młodzieży.

PAP: - Jak to się stało, że trafiła pani do Indii i rozpoczęła pracę z trędowatymi?
Helena Pyz: - Pierwszy raz o ośrodku Jeevodaya (w języku hindi: "świt życia") usłyszałam w 1986 r. na imieninach koleżanki. Usłyszałam o tym miejscu z takim komentarzem, że jeżeli umrze jego założyciel ks. Adam Wiśniewski - a był już wtedy ciężko chory, przeszedł operację z powodu choroby nowotworowej - to placówka, a w związku z tym kilkanaście tysięcy trędowatych, zostanie bez opieki lekarskiej.

Ta informacja wywarła na mnie natychmiast duże wrażenie. Pamiętam, że pomyślałam sobie, że potrzeby kilku tysięcy moich pacjentów w rejonie są czymś zupełnie nieporównywalnym z potrzebami, które są tam. Do tego dodać trzeba, że lekarz indyjski chorego na trąd nie dotknie. W lutym 1989 r. wyjechałam.

Ks. Wiśniewski zmarł i kiedy przyjechałam okazało się, że jestem jedynym lekarzem. Musiałam się nauczyć bardzo wielu rzeczy. Nie tylko - innej medycyny, innego sposobu pełnienia tej służby, ale też, przede wszystkim języka. On był największą barierą, zarówno jeśli chodzi o porozumienie się ze współpracownikami, jak i z pacjentami.

To zajęło jakiś czas oczywiście, to był proces, ale odpowiedzialność za ośrodek spadła na mnie dość szybko. Poczynając od roku 1990 zajmowałam się ośrodkiem przez osiem lat sama.

- Jaka jest ogólnie rzecz biorąc pozycja chorych na trąd w tej kulturze?
- Choroba, która okalecza i powoduje, że mamy bardzo niemiłe odczucia widząc trędowatego okaleczonego na twarzy, rękach czy nogach, powoduje, że nie ma dla niego miejsca w społeczności, w której żył dotychczas. A poza wszystkim, ponieważ to jest traktowane jako kara bogów za jakieś przewinienia - własne, czy poprzedniego wcielenia jeszcze - to dlatego tych chorych po prostu wyrzuca się z rodziny, z wioski. Czasem osiedlają się na obrębie wioski, a czasem muszą odejść gdzieś daleko, żeby ich rodzina mogła żyć normalnie.

Takiego chorego, a także trędowatego uleczonego w sensie bakteryjnym i w żaden sposób niegroźnego dla otoczenia, ale okaleczonego, z daleka widocznego jako okaleczonego trądem, naprawdę nikt nie zatrudni, nikt nie przygarnie, nikt nie zaprosi do siebie. Więc musieli znaleźć sobie miejsce zarówno bytowania, jak i jakiejś egzystencji dalszej.

Najczęściej żyją z żebraniny. Gromadzą się w tzw. koloniach trędowatych - to są po prostu bardzo różne miejsca, które oni gdzieś zagospodarowują sami, gdzie tworzą swoje slumsy, muszą mieć własne ujęcia wody, sami się izolują - nie jakoś na stałe, nie ma tam drutów kolczastych - żyją w takich własnych zbiorowiskach po to, żeby móc żyć normalnie, żeby nikt ich już dalej nie wypędzał, nie odsuwał od siebie.

- Czy trąd jest w Indiach chorobą najuboższej części społeczeństwa?
- Ci, którzy żyją w koloniach, są rzeczywiście ze środowisk biednych. To jest choroba infekcyjna, ona może dotknąć każdego, z tym, że człowiek bogaty rzeczywiście znajdzie miejsce, gdzie będzie mógł się leczyć.

To jest choroba całkowicie wyleczalna - już od lat 40. na świecie, a mniej więcej od 50. w Indiach - i w zasadzie nie powinna już powodować wykluczenia. Pacjent może się leczyć w domu. Wiemy, że już pierwsze dawki istniejących antybiotyków i sulfonamidów zabijają 99 proc. bakterii. Tak że naprawdę od momentu wykrycia (trądu) i rozpoczęcia leczenia nie ma już nawet niebezpieczeństwa związanego z zetknięciem się z pacjentem i mógłby on spokojnie żyć w swoim domu.

Jeżeli choroba jest wykryta w porę, tzn. zanim doprowadzi do jakichś okaleczeń, widocznych zmian, to rzeczywiście tych pacjentów udaje nam się leczyć w domach, w środowiskach, w których żyją. I w tym momencie są bezpieczni - jeżeli się to nie ujawni w jakiś inny sposób. Natomiast jeżeli dojdzie do okaleczeń, no to już tego komfortu nie mają, muszą odejść z wiosek.

- Problem wykluczenia trędowatych jest w jakiś sposób dostrzegany, są jakieś instytucje, które ich wspierają?
- Darmowe leczenie trądu zapewnia WHO i Indie dostają odpowiednią ilość leków, zależnie od tego, ile przypadków jest wykrywanych w każdym roku. Największy problem to wykrywalność. Pacjent, który wie i już widział, znał przypadki, kiedy ktoś musiał z wioski odejść czy słyszał o czymś takim, boi się pokazać, boi się pójść do lekarza, boi się ujawnić jakieś pierwsze objawy, pierwsze symptomy, które pojawiają się na skórze, no i w efekcie nierzadko zaczynamy leczenie zbyt późno i już nie możemy zapobiec pojawieniu się kolejnych, poważniejszych objawów.

Przychodzą do nas trędowaci niemal z całego kraju. Teoretycznie mogliby dostać leki bliżej swojego miejsca zamieszkania (w państwowym ośrodku - przyp. red.), my znamy te miejsca i możemy czasem pacjenta pokierować: "idź tam". Ale on nie chce się ujawniać, bo jak okoliczni sąsiedzi się dowiedzą, że leczy się na trąd, to może spowodować ten dramat konieczności odejścia. I to jest główna przyczyna, dlaczego tak dużo ludzi przychodzi właśnie do nas. Czasem szpital, który prowadził badania nad trądem, prosił mnie, żebym ja do nich kierowała pacjentów, bo oni nie mieli, ale ja nie mogłam. Oczywiście, zachęcałam czasem, ale nie mogłam odsyłać, czy nie dać leku.

- Często podkreśla pani, że raczej niż "roztaczać opiekę" nad trędowatymi, stara się pani po prostu "żyć z nimi". Jak działalność Jeevodaya różni się w związku z tym od tej prowadzonej przez inne instytucje charytatywne?
- Założeniem, które ja po przyjeździe dopiero odkrywałam, założeniem założyciela, jego ideą było, że pacjenta nie wystarczy wyleczyć z choroby, nie wystarczy mu podać antybiotyku, nie wystarczy doprowadzić do rehabilitacji ręki czy nogi, opatrzyć jego ran. Jemu trzeba jeszcze przywrócić godność - właśnie dlatego, że był odrzucony, właśnie dlatego, że jest niechciany gdzie indziej. Ks. Adam Wiśniewski, który założył ten ośrodek, miał taką ideę: zamieszkać z nimi, pokazać, że ja się ich nie boję, że ja ich akceptuję, że to są moi bracia, że mogę z nimi mieszkać, pracować, żyć.

U nas pracują już ludzie z wiosek okolicznych. To, iż się nie boją tam przyjść, powoduje, że pomału przełamie się coś być może w tym społeczeństwie i będą ci moi trędowaci - zarówno chorzy, jak i trwale okaleczeni - mogli pójść pracować też gdzie indziej. Na razie jeszcze do tego nie doszliśmy, ale o to chodziło przede wszystkim: żeby mogli powrócić do społeczności, z których wyszli, albo do innej pójść.

- Czy model wypracowany przez Jeevodaya mógłby - pani zdaniem - być wykorzystany także w innych ośrodkach i instytucjach opieki?
- Ja nie potrafię powiedzieć, że to mógłby być model. Myślę, że to jest bardzo oryginalna myśl, która mi bardzo się spodobała, założyciela ośrodka ks. Adama Wiśniewskiego i myślę, że gdyby się znaleźli naśladowcy, to oczywiście. Ale nie chodzi o powielanie zachowań - każdy ma swoje możliwości.

- Święta Bożego Narodzenia. Jak wygląda ten czas w - wielowyznaniowej zapewne - społeczności Jeevodaya?
Wszyscy w ośrodku obchodzimy święta katolickie i to katolicy stanowią trzon naszej społeczności. W Jeevodaya na stałe pracuje dwóch kapłanów, mamy kościół wybudowany jeszcze przez założyciela ośrodka - to są rzeczy, które warunkują, że święta katolickie obchodzimy po katolicku i że one są ważne dla całej społeczności. Na nasze wspólne modlitwy przychodzi też dużo hinduistów - dla nich modlitwa, jako skupienie, jest jakoś ważna.

Święta są szanowane przez naszych braci hinduistów, czasem myślę nawet, że oni bywają gorliwsi niż katolicy, zdarza się np., że przyjeżdżają nawet z daleka, żeby z nami świętować.

- Oprócz tego, że pracuje pani jako lekarz, jest pani świecką misjonarką związaną od lat 70. z Instytutem Prymasa Wyszyńskiego. Co to znaczy dla pani codziennej pracy z trędowatymi?
- Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nie wiem, co to dla ludzi znaczy "świecka misjonarka". To określenie jest trochę mylące - ja nie prowadzę misji i w ogóle w Indiach pojęcie misji jest wręcz uraźliwe, nikt nikogo nie ma zamiaru nawracać. Chociaż oczywiście my, ludzie świeccy pełnimy misje - związane z naszym zawodem, z naszym zaangażowaniem czy z naszą służbą.

Ja niewątpliwie pełnię misję lekarską, medyczną, ale też jestem dla tych ludzi na pewno kimś ważnym, i to nie tylko dlatego, że zbieram dla nich pieniądze i że dbam o ich byt, że mi na tym zależy. Przyjechałam z dalekiego kraju - oni sobie doskonale zdają z tego sprawę - przyjechałam i rzuciłam wszystko. Dla nich jestem kimś, kto przyjechał i swoje życie im oddał. Oni - tak przypuszczam - tak to rozumieją.

To jest mój dom, to jest moja wspólnota, to są ludzie, których kocham. Może to brzmi patetycznie, ale to jest prawda. Na nich mi zależy. Jeżeli spłyca się słowo "miłość" i mówi się o jakichś uczuciach, emocjach, no to nie, bo czasem jestem zła, wściekła, zdenerwowana i napięta, i zawiedziona, i rozmaite uczucia mną targają, ale nadal bardzo mi zależy na ich dobru, na tym, żeby dzieci zdrowiały i się kształciły, żeby dorośli byli szczęśliwi, ich byt się poprawiał - nie tylko byt materialny, ale też jakość życia - żeby czuli się bardziej kochani i żeby czuli się bardziej ludźmi.

*Wywiad publikujemy po odredakcyjnych skrótach tekstu