• SERWIS CHOROBY ZAKAŹNE

  • Start

Gruźlica nadciąga ze wschodu. Czy powinniśmy się jej bać?

Autor: Marzena Sygut/Rynek Zdrowia • • 02 marca 2018 06:00

W ostatnich miesiącach coraz częściej słyszymy o wzroście zachorowań na gruźlicę wśród naszych wschodnich sąsiadów - Ukraińców. Z nieoficjalnych danych wynika, że liczba chorych może tam sięgać nawet 600 tysięcy. Chociaż, jak zastrzega GIS, w Polsce nie ma ryzyka rozwoju epidemii, to jednak choroby tej nie można lekceważyć.

Sytuacja epidemiologiczna gruźlicy na Ukrainie nie musi przenosić się bezpośrednio na sytuację w grupie przebywających w Polsce Ukraińców. Jednak choroby nie można lekceważyć. Fot. Shuttestock

Według danych udostępnionych przez Instytut Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie, Polska, choć zaliczana do krajów o niskiej zapadalności na gruźlicę (poniżej 20 osób na 100 000), to jednak ma zapadalność wyższą niż większość krajów Unii Europejskiej. W Polsce wskaźnik ten wynosi 16,7 przypadków na 100 tys. ludności. Jednak dopiero przy zapadalności poniżej 10 osób na 100 tys. można mówić o zbliżaniu się do fazy eliminacji choroby. Taka sytuacja występuje w 22 krajach Europy, a najniższa zapadalność jest w Islandii - tylko 2,1 osoby na 100 tys.

W 2016 roku w naszym kraju na gruźlicę zachorowało 6444 osób, czyli o 14 więcej więcej niż w roku poprzednim i 2170 mniej w porównaniu z rokiem 2007.

Największą grupą wśród chorujących są osoby w podeszłym wieku. Taki trend utrzymuje się od dłuższego czasu. Wystarczy porównać zapadalność wśród dzieci do 14. roku życia i w grupie wiekowej od 45. do 64. roku życia roku. W tej pierwszej grupie w 2016 roku zapadalność wynosiła 1,8 przypadku na 100 000 osób, w drugiej aż - 27,8.

Także w latach wcześniejszych najwyższą zapadalność stwierdzano w grupie wiekowej powyżej 65. roku życia. Największy odsetek zachorowań (44,3 proc. ogółu) w 2016 roku mieścił się w przedziale wieku 45-64 lata.

Eksperci podkreślają też, że najwyższą zapadalność na gruźlicę w krajach Unii Europejskiej zanotowano w 2015 roku w Rumunii, Bułgarii, na Łotwie, w Estonii i Portugalii. Było tam więcej niż 20 przypadków zachorowań na 100 000 mieszkańców. Jednak należy zaznaczyć, że 50 proc. chorych na gruźlicę w Europie stanowili pacjenci z trzech krajów: Polski, Rumunii i Wielkiej Brytanii.

Wielka ukraińska migracja
Jak podkreśla Jan Bondar, rzecznik prasowy Głównego Inspektoratu Sanitarnego faktem jest, że informacje o wysokiej zapadalności na gruźlicę na Ukrainie budzą niepokój opinii publicznej, w związku z migracją do Polski mieszkańców Ukrainy.

Warto jednak podkreślić, że zjawisko migracji naszych sąsiadów do Polski nie jest niczym nowym. Ukraińcy przyjeżdżają do naszego kraju w dużej liczbie od kilku lat. Pomimo tego nie zaobserwowano wyraźnego wpływu tych migracji na sytuację epidemiologiczną gruźlicy ludności polskiej.

- Na Ukrainie zgodnie z danymi szacunkowymi WHO zapadalność na gruźlicę jest bardzo wysoka. Wynosi 100 zachorowań na sto tysięcy ludności. Nie jest to jednak dla nas zaskoczeniem. O tym, że sytuacja epidemiologiczna gruźlicy na Ukrainie i w innych krajach tworzących w przeszłości ZSRR jest zła, wiadomo było jeszcze w latach 90. ubiegłego wieku - zaznacza Bondar.

Dodaje też, że na Ukrainie, podobnie jak w innych byłych republikach radzieckich, rozpowszechniona jest gruźlica typu MDR-TB (wielolekooporna), wywołana przez prątki gruźlicy, jednocześnie oporne na dwa najważniejsze leki przeciwprątkowe, tzn. na izoniazyd i na ryfampicynę. Szacuje się, że na ten rodzaj gruźlicy na Ukrainie cierpi, aż 10 tys. osób.

I to właśnie fakt, że ten rodzaj gruźlicy tak mocno rozprzestrzenia się u naszych sąsiadów może budzić zaniepokojenie. Tym bardziej, że odsetek chorych na MDR-TB wśród nowych chorych na gruźlicę wynosi (dane z lat 2013 i 2014) - 24 proc., a wśród chorych ze wznową gruźlicy - 58 proc.

Bondar podkreśla jednak, że obecnie najwięcej chorych na gruźlicę wielolekooporną zamieszkuje południowo-wschodnią części Ukrainy, a najmniej na obszarach graniczących z Polską, w Ukrainie Zachodniej (obwód zakarpacki i iwanofrankowski).

- Musimy mieć świadomość, że ta sytuacja epidemiologiczna gruźlicy na Ukrainie nie musi przenosić się bezpośrednio na sytuację w grupie przebywających w Polsce Ukraińców. Czynnikiem ryzyka MDR-TB na Ukrainie jest bowiem przynależność do grup społecznych zmarginalizowanych, a do takich grup nie należą z reguły poszukujący pracy migranci - wyjaśnia Bondar.

Dr Krzysztof Kędziora, pulmonolog, kierownik oddziału gruźlicy i chorób płuc Specjalistycznego Szpitala Zakaźnego w Gdańsku przyznaje jednak, że pacjenci chorzy na gruźlicę z terenów Ukrainy także docierają na polskie pomorze i niestety zdarza się to coraz częściej. Są to chorzy zarówno z pojedynczymi opornościami na leki przeciwgruźlicze, ale również z gruźlicą wielolekooporną.

Gruźlicy lekooopornej nie wolno lekceważyć
Krzysztof Grzesik, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Chorób Płuc i Rehabilitacji w Jaroszowcu wyjaśnia, że w kierowanym przez niego szpitalu lekarze mieli już do czynienia z chorymi cierpiącymi na gruźlicę wielolekooporną. Pierwszą osobą cierpiącą na ten rodzaj gruźlicy była właśnie obywatelka Ukrainy, która przyjechała do szpitala w 2012 r., z myślą o przeszczepie płuc, całkowicie zniszczonych przez gruźlicę.

- Od tej pory w lecznicy przebywało ponad 20 osób z tym typem gruźlicy. Dzięki temu mamy już pewną wiedzę na temat tego, jak należy leczyć tę chorobę - wyjaśnia dyrektor Grzesik.

I dodaje.

- Prątki mają ciekawą właściwość "letargu". Okazuje się, że osoby, które przeżyły kilkunastomiesięczne leczenie, kiedy wydawało się, że są już zdrowe, po następnych kilkunastu miesiącach zdrowia, miały nawrót choroby. To pokazuje, że gruźlica wielolekooporna jest chorobą o wysokim współczynniku śmiertelności rozciągniętym w czasie. W okresach, w których chory przebywał poza szpitalami niestety dochodzi do niekontrolowanej transmisji prątka do środowiska i ryzyka zakażenia innych - zaznacza Grzesik.

Ekspert podkreśla też, że często w leczeniu gruźlicy za moment sukcesu terapeutycznego uznaje się jedną z pierwszych faz "letargu", co jest błędem. Taka decyzja prowadzi do zbyt wczesnego zakończenia leczenia nadzorowanego gruźlicy wielolekoopornej i w efekcie prowadzi do wzrostu wznów.

- Z takim procesem mamy właśnie do czynienia na terenie Ukrainy, gdzie od lat można obserwować proces narastania tej choroby - podsumował szef szpitala w Jaroszowcu.

Potwierdza to dr Kędziora z Gdańska, który wyjaśnia, że pacjenci, którzy zachorowali na gruźlicę lekooporną, powinni kontynuować leczenie po opuszczeniu szpitala. Jednak leki kosztują ok. 3 tys. zł miesięcznie, co dla chorych migrantów jest ceną zaporową. Szpital nie ma możliwości zweryfikowania tego czy taki emigrant przyjmuje leki. Wprawdzie przez pierwsze tygodnie po opuszczeniu szpitala tacy pacjenci nie zarażają. Natomiast bez kontynuacji leczenia, choroba będzie postępować i znowu przejdą w stadium zarażania.

Jak wynika z wieloletnich obserwacji największe ryzyko zakażenia prątkiem gruźlicy występuje u osób, które mają bliski kontakt z chorym przez dłuższy czas, czyli u najbliższej rodziny, czy przyjaciół, którzy zamieszkują pod jednym dachem.

Nic nas nie zwalnia z monitoringu
Rzecznik GIS z kolei tłumaczy, że pomimo tego, iż sytuacja w Polsce jest bezpieczna, to jednak napływ osób z krajów o dużym rozpowszechnieniu gruźlicy, jak Ukraina, może wpłynąć niekorzystnie na sytuację epidemiologiczną gruźlicy w kraju i wymaga stałego monitorowania. Zajmuje się tym krajowy rejestr zachorowań na gruźlicę prowadzony od 1957 roku w Instytucie Gruźlicy i Chorób Płuc.

Zgodnie z nim w Polsce w 2016 roku na 6444 chorych na gruźlicę było 92 chorych z zagranicy w tym 30 z Ukrainy. W grupie 46 chorych na gruźlicę wielolekooporną w całej Polsce w 2016 roku było 10 cudzoziemców.

- W 2017 roku w Polsce gruźlicę rozpoznano u 81 cudzoziemców, w tym u 19 Ukraińców (niepełne dane). Liczba ta w odniesieniu do wszystkich chorych nie jest wysoka, w odróżnieniu od krajów Europy Zachodniej dlatego też ani GIS, ani Instytut Gruźlicy i Chorób Płuc nie znajdują uzasadnienia wprowadzenie odrębnych badań przesiewowych ukierunkowanych na wykrywanie gruźlicy u obcokrajowców korzystających z wizy krajowej, z uwzględnieniem obywateli Ukrainy - zaznacza Bondar.

I dodaje: - Obcokrajowcy - studenci oraz osoby, które mają zezwolenie na pobyt czasowy i pracę w Polsce - powinni zgodnie z naszym prawodawstwem przechodzić badania medyczne tak samo, jak obywatele polscy.

W piśmie wysłanym do MZ (13 października 2017 r.) dyrektor Instytutu Gruźlicy i Chorób Płuc w Warszawie wskazał, że ważnym działaniem zapobiegawczym byłoby objęcie badaniami medycznymi, wszystkich obcokrajowców zatrudnionych w Polsce.

Nadal musimy szczepić
Jak wskazują eksperci, z uwagi na sytuację epidemiologiczną gruźlicy w Polsce powinno być również utrzymane powszechne szczepienie BCG wszystkich nowo narodzonych dzieci.

- Polska nie spełnia jeszcze kryterium wyznaczonego przez Międzynarodową Unię przeciwko Gruźlicy i Chorobom Płuc, zgodnie z którym ze szczepień masowych można zrezygnować wówczas, gdy zapadalność na najbardziej zakaźną postać gruźlicy (na gruźlicę z dodatnim wynikiem bakterioskopii plwociny) jest przez trzy kolejne lata niższa niż 5 zachorowań na 100 tys. ludności. Niestety w Polsce w 2016 roku współczynnik ten był wyższy i wynosił 6,8 zachorowania na 100 tys. ludzi - zaznaczył Bondar.

Choć różnica ta wydaje się być niewielka. Jednak zmniejszenie zachorowań i dojście do wymaganej granicy może zająć kilka lat. Dlatego też polskie noworodki nadal w pierwszej dobie życia otrzymują szczepienie przeciw BCG.

- Kolejnym ważnym krokiem w walce z gruźlicą jest szybkie rozpoznanie choroby. Efektywność leczenia zależy bowiem nie tylko od doboru skutecznego farmaceutyku, ale też od leczenia w sposób bezpośrednio nadzorowany by nie dopuścić do rozwoju oporności na leki i do przedwczesnego przerwania terapii przez chorego - podsumował Bondar.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum