• PARTNER SERWISUpartner serwisu

Rok temu leżała pod respiratorem. Po wszystkim wróciła na oddział covidowy. "Spłacam dług"

Autor: Paulina Gumowska • Źródło: Rynek Zdrowia11 listopada 2021 06:00

- Pamięta pani te długie dni pod respiratorem? - Nie. Nie. Podobno to dobrze - mówi prof. Karolina Sieroń. - Wygrała pani los na loterii? - Wygrałam. Żyję. Wygrałam nowe życie. Widocznie mam jeszcze coś do zrobienia, dlatego z tego wyszłam. Mam dwójkę dzieci, mam dla kogo żyć. Mam pacjentów, którzy mnie potrzebuję, i czuję że muszę spłacić ten dług - mówi w rozmowie z Rynkiem Zdrowia.

Prof. Sieroń przez trzy tygodnie walczyła o życie PAP/ Leszek Szymański (zdjęcie ilustracyjne)
  • "Przez trzy tygodnie walczyła o życie. Osiem dni oddychał za nią respirator. Jak sama mówi: „wróciła zza cienkiej czerwonej linii”. Prof. Karolina Sieroń wróciła także do pracy, by nadal nieść pomoc osobom chorym i cierpiącym" - to fragment uzasadnienia do nagrody Portret Polskiej Medycyny, który w tym roku otrzymała prof. Karolina Sieroń.
  • Prof. Sieroń jest kierownikiem Oddziału Chorób Wewnętrznych ZOZ MSWiA w Katowicach im. sierżanta Grzegorza Załogi i kierownik Zakładu Medycyny Fizykalnej Katedry Fizjoterapii, Wydział Nauk o Zdrowiu Śląskiego Uniwersytetu Medycznego.
  • W rozmowie z nami wraca do tych dramatycznych chwil w życiu, mówi też o sytuacji na jej oddziale i strachu, który jej ciągle towarzyszy. 

Paulina Gumowska: Ponad 500 medyków walczących z pandemią na pierwszej linii frontu zmarło. Pani też otarła się o śmierć. Dużo zostało w pani strachu? Boi się pani?

Prof. Karolina Sieroń: Boję się. Wciąż. Tym bardziej, że mamy jesień, pandemia nabiera tempa, 3 listopada ubiegłego roku dowiedziałam się, że jestem dodatnia. Myślę że byłabym, świadomie użyję słowa: niemądra, gdybym się nie bała. Wiedząc jak poważna jest to choroba i jak niestety sobie z nią nie radzimy, boję się jeszcze bardziej.

Prof. Karolina Sieroń podczas Gali wręczenie Portretów Polskiej Medycyny
Prof. Karolina Sieroń podczas Gali wręczenie Portretów Polskiej Medycyny

 

Wielu pani kolegów chorowało?

Wśród moich najbliższych współpracowników, którzy pracują z pacjentami covidowymi nikt nie był tak bardzo chory jak ja. Jedyny znany mi osobiście medyk, który umarł to pacjentka mojego oddziału, lekarka, ale ona nie pracowała na oddziale covidowym.  

Czytaj także: XVII Forum Rynku Zdrowia: poznaliśmy laureatów Portretów Polskiej Medycyny 2021

Jak wyglądała pani historia?

O zakażeniu dowiedziałam się 3 listopada, 7 albo 8 trafiłam do szpitala. Po kilku dniach mój stan się na tyle pogorszył, że musiałam trafić pod respirator. Ostatnią rzecz, której byłam świadoma i którą pamiętam z tamtego okresu to decyzja, którą podjęliśmy razem z moim zastępcą doktorem Kwiatkiem i doktorem Dubikiem – szefem OIT szpitala, w którym pracuję, że najlepszym, najbezpieczniejszym wyjściem będzie przekazanie mnie na intensywną terapię. 

Pamięta pani co działo się później, te długie dni pod respiratorem?

Nie. Nie. Podobno to dobrze. 

W którym momencie zdała sobie pani sprawę, że właśnie wygrała z covidem i być może oszukała przeznaczenie?

Ja codziennie zdaję sobie z tego sprawę i cały czas jestem świadoma jakie miałam ogromne szczęście, bo odsetek osób, które trafiły pod respirator i które przeżyły jest niewielki. Jestem też w dobrej formie i psychicznej i fizycznej, mam więc z czego się cieszyć.

Po tym wszystkim wróciła pani do jaskini lwa, na oddział, na którym pani pracowała, na oddział, na którym leżała pani jako pacjentka. Jak znalazła pani w sobie siłę na to?

To jest moje zawodowe życie. Nie brałam pod uwagę innej opcji. Nie wszyscy lekarze lubią pracę w szpitalu,  ja natomiast jestem ewidentnie stworzona na do pracy na oddziale, który w pewnym sensie tworzyłam. Nie wyobrażałam sobie zmiany pracy.

Pamięta pani dzień, w którym wróciła do szpitala?

Pamiętam i był to piękny moment.  Jak przyszłam do pracy moi koledzy i koleżanki ze szpitala przywitali mnie w szpalerze i było to bardzo wzruszające. Czułam, że oni chcą żebym tam z nimi była, czułam, że wracam do domu. 

Ma pani pretensje do systemu? Pytam prof. Sieroń - lekarza, ale też pacjenta. 

System trochę kuleje, w sytuacji w której wszyscy byliśmy skupieni na covidzie, nasi pacjenci ucierpieli. Jestem internistą- gastrologiem i przez dłuższy czas pracowałam jako lekarz covidowy, poradnie były dlugo pozamykwane, a pacjenci nie tylko gastrologiczni pozostali w pewnym sensie bez opieki. I to jest tragiczne dla tych chorych. 

Jest słuszny nacisk, żeby oddziały o profilach niecovidowych pracowały jak najdłużej, ale one już są przepełnione. Trwa 4. fala. Obawiam się, że w środę po weekendzie statystyki będą wynosiły powyżej 10 tys. (rozmowę przeprowadziliśmy w piątek, 29 października – redakcja, w środę 3 listopada te kalkulacje potwierdziły się ). Wiele osób spotka się z najbliższymi 1 listopada i to może nieść ze sobą konsekwencje. 

Zostańmy na chwilę jeszcze przy systemie i pani w „roli” pacjentki. Coś panią zaskoczyło, przeraziło? 

To jak trudno walczy się z chorobą z dala od rodziny, bez kontaktu z najbliższymi dotarło do mnie dopiero jak sama była pacjentką. Tu sytuacja jest podwójnie trudna: po pierwsze ma się ograniczony kontakt z personelem: nie można zobaczyć twarzy lekarza, pielęgniarki, nie można odczytać żadnych emocji, ale to nic z porównaniu z brakiem kontaktu z rodziną. 

Pani oddział jest gotowy?

Jesteśmy gotowi. Oddział, który prowadzę, systematycznie się zapełnia – to jest okrutna prawda. 

Ile to jest łożek?

To trudne pytanie, bo liczbę łóżek ustala Wojewoda, ale w tej chwili 70-75 proc. miejsc jest zajęta. Części chorych niestety nie jesteśmy w stanie pomóc. 

A jeszcze nie mamy szczytu. 

Dokładnie tak, nie mamy jeszcze szczytu, a już są problemy. Cytując media, w niektórych szpitalach są problemy z tlenem, brakuje łóżek.

Dodam tylko, że w jednym ze szpitali nie ma już miejsc w kostnicy, przy szpitalu pojawił się więc kontener na zwłoki. 

To wszystko brzmi jak z taniego filmu grozy, ale niestety to są realia. I niewiele wskazuje na to, że coś się zmieni, bo wciąż połowa Polaków się nie zaszczepiła i to oni są dzisiaj głównie pacjentami na większości oddziałów.

Wśród niezaszczepionych Polaków są też medycy. Zna pani takie osoby? 

Niestety znam – stomatologa. Powiedział, że się nie zaszczepił, bo nie zdążył, po czym trafił do mnie na oddział. Nie mogę zrozumieć takiej postawy. Osoby nie zaszczepione mają między innymi taką wymówkę. 

Przyjmuje ją pani?

Oczywiście, że nie. Byliśmy pierwszą grupą osób, która mogła się zaszczepić. Nie uwierzę w to, że ktoś przez 10 miesięcy nie był w stanie się tego zrobić.

Gdy osoba niezaszczepiona umiera, nie ma w pani pokusy, żeby pomyśleć: masz czego chciałeś?

 … Nie, nie można tak powiedzieć. Nie da się przyzwyczaić do śmierci, nie da się jej oswoić. Ta sytuacja pokazała jak bardzo powinniśmy być pokorni wobec śmierci. Mamy XXI wiek, dużo wiemy, dużo potrafimy i nagle przychodzi wirus, z którym nie umiemy sobie poradzić, który zmienia życie całego świata. I to nie na tydzień, ale na wiele miesięcy i nic nie wskazuje na to, że cos się zmieni przez kolejne. A jeśli chodzi o śmierć niezaszczepionych osób. To jest podwójna tragedia: osób, które umierają, ich rodzin, ale i nas lekarzy, bo znowu straciliśmy pacjenta. Dla nas każdy jest takim samym pacjentem, niezależnie czy zaszczepionym czy nie.

A nie uważa pani, że jest to dramat dla systemu, bo nie udało się tych ludzi przekonać.

Dopóki mamy pozostawioną możliwość decyzji i to my decydujemy czy się zaszczepimy czy  nie, trudno mówić, że to jest wina systemu. Pozostaje natomiast otwartym pytanie, czy szczepienia przeciw covid powinny być obowiązkowe i ja uważam, że powinny.

Wróćmy do strachu. Boi się pani, że zachoruje jeszcze raz?

Odganiam te myśli od siebie, ale też bardzo się pilnuję. Mam wszędzie ze sobą maseczki, ale też z nich po prostu korzystam. Kupuję maseczki z filtrami, noszę spirytus do dezynfekcji. Moje dzieci też bardzo się pilnują. Były świadkami tego co się ze mną działo i na własne oczy przekonały się czym jest covid. Nie chcą przeżywać tego jeszcze raz. 

Wygrała pani los na loterii?

Wygrałam. Żyję. Wygrałam nowe życie. Widocznie mam jeszcze coś do zrobienia, dlatego z tego wyszłam. Mam dwójkę dzieci, mam dla kogo żyć. Mam pacjentów, którzy mnie potrzebuję, i czuję że muszę spłacić ten dług. 

Czytaj także:  10 listopada padł rekord zakażeń koronawirusem. Zmarło 269 osób

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum