Zostałam uprowadzona dla zdrowia

Autor: Wojciech Kuta • • 24 września 2008 12:02

Rozmowa z JoannąBartel, aktorką i artystką estradową

Kiedy pomyśli Pani: "Polska służba zdrowia", to...
- ... nie mam żadnych złych skojarzeń. Może dlatego, że przed moją emigracją do Niemiec w 1991 roku, jakoś specjalnie nie chorowałam. Ja zresztą do dzisiaj niechętnie odwiedzam medyków. Czynię to w ostateczności. Jestem więc totalnym zaprzeczeniem hipochondryczki. Kiedy się źle poczuję lub coś mnie zaboli, wtedy wmawiam sobie, że "to nie jest mój ból", albo, że "to tylko mi się przyśniło".

- Była Pani kiedyś pacjentką szpitala?
- Tak, tak... Szczególnie utkwiła mi w pamięci historia z początku lat 80., gdy zostałam podstępnie uprowadzona do szpitala w Zabrzu.

- Jakieś szczegóły tej akcji?
- Czułam się wtedy fatalnie, więc moja koleżanka, która jest lekarzem, wraz z moim ówczesnym narzeczonym uknuli dość banalny spisek. A ja dałam się podejść. Otóż powiedzieli mi, że pojadę tylko na jakieś badanie do jednego ze szpitali w Zabrzu. Potem okazało się, że narzeczony miał już w torbie moją kosmetyczkę, szlafrok, itp.
Gdy szydło wyszło z worka, dostałam jakiegoś amoku, zaczęłam tupać i krzyczeć. W końcu zostałam jednak hospitalizowana. Pamiętam, że główny budynek szpitalny był wówczas remontowany, więc chorych umieszczono w zastępczym obiekcie. Przepełnione sale, zaniedbane toalety. Wytrzymałam tam tydzień. Miałam być dłużej, ale nawet wspomniana koleżanka - lekarka uznała, że pobyt w lecznicy wyjątkowo źle wpływa na stan mojego zdrowia i powinnam być leczona w warunkach domowych.

- Lekarze znaleźli wtedy coś u Pani?
- Przeszłam tam sporo różnych badań, a lekarze długo nie wiedzieli, o co właściwie chodzi. Wreszcie kazali mi zjeść pół tabliczki czekolady i jajeczniczę, a następnie zrobili chyba kontrast woreczka żółciowego. Ostatecznie stwierdzono, że ten mój woreczek jest zwyczajnie leniwy i nie chce mu się pracować.
Natomiast po powrocie do domu natychmiast wyzdrowiałam. Chyba z tej radości, że znowu byłam na własnych śmieciach.

- I taka domowa terapia nadal Pani wystarczy?
- Niestety, aż tak pięknie to nie jest... Po wyjeździe do Niemiec zaczęłam chorować. Czasami żartuję, że opuściłam na kilkanaście lat Polskę, aby odcierpieć różne przypadłości. Wierzę mocno w to, że wiele chorób jest bezpośrednio związanych ze stresem, a w moim przypadku - ze swoistym stresem emigracyjnym. Silne przeżycia powodują, że człowiek jest bardziej podatny na choroby.
Najpierw powiększyły mi się węzły chłonne. Byłam bardzo osłabiona. Poszłam do niemieckich lekarzy. A ci specjalnie nie patyczkują się z pacjentem. "To na pewno rak" - usłyszałam wyrok. Pobrali mi krew, wykonali badania i zapowiedzieli, że mam się przygotować na najgorsze.

- Jak długo trwało oczekiwanie na wyniki badań?
- Dwa tygodnie, bodaj najdłuższe w moim życiu. Przeżyłam horror. Noc przed poznaniem wyników przepłakałam. O czwartej nad ranem nie wytrzymałam. Zadzwoniłam do koleżanki i mówię jej: "Ula, przyjeżdżaj. Ja chyba umieram". Przyjechała natychmiast.
Wypaliłyśmy mnóstwo papierosów, a kilka godzin później okazało się, że nie mam żadnego raka, tylko toksoplazmozę. To jakaś choroba odzwierzęca. Prawdopodobnie zaraziłam się jedząc metkę z lekko podwędzanego surowego mięsa. Pracowałam wtedy w knajpce, gdzie nic mi nie smakowało, poza tą feralną wędlinką. Skończyło się więc na strachu i antybiotykach.

- Ale chorobowy serial trwał?
- Najbardziej bolesne schorzenie, jakie dopadło mnie w Niemczech, to obustronne wypadnięcie dysku w kręgach szyjnych. Poszłam do mojego lekarza domowego w Kolonii. Dostałam zastrzyk, a pan doktor zapewnił, że następnego dnia ból ustąpi. Nazajutrz było jednak jeszcze gorzej. Zadzwoniłam do przyjaciółki - polskiej anestezjolog, także mieszkającej w Niemczech. Powiedziała mi, że muszę iść do polskiego lekarza. Tak też zrobiłam. Doktor Pieczykolan od razu skierował mnie na prześwietlenie, a potem tomografię. Od razu też założono mi na szyję kołnierz ortopedyczny.
Najważniejsze jednak, że postawiono trafną diagnozę. Po raz kolejny przekonałam się o wyższości lekarzy polskich, a także medyków innych nacji, nad ich niemieckimi kolegami po fachu. Pomna tej historii z kręgosłupem, gdy tylko zachodziła taka konieczność, szukałam w Niemczech wyłącznie polskich specjalistów.

- Niemieccy lekarze mają pewnie inne zdanie.
- Z mojego doświadczenia wynika, że są oni znakomicie przygotowni pod względem technicznym. Mają świetne zaplecze sprzętowe i farmaceutyczne. Są uprzejmi, w gabinecie to tylko "ą" i "ę". Tyle że z fachowością i powołaniem do tego zawodu bywa tam różnie. Na studia medyczne w Niemczech idą zwykle osoby z dobrze sytuowanych rodzin. Natomiast ludzie z niższych warstw społecznych, a także terenów wiejskich uważają, że zawód lekarza jest dla nich nieosiągalny, m.in. z powodów finansowych.
W Polsce studiowanie medycyny jest o wiele tańsze, a tym samym bardziej powszechne. Uważam, że na nasze studia medyczne trafia znacznie więcej osób z owym powołaniem, niż w Niemczech.

- Lekarz domowy w Kolonii, który leczenie ograniczył do jednego zastrzyku, pewnie minął się ze swoim prawdziwym powołaniem?
- Odpowiem tak - ponownie przyszłam do tego lekarza, kiedy poczułam bóle głowy. Skoczyło mi też ciśnienie. Wizyta była o godzinie 15.00. Wtedy usłyszałam od pana doktora coś bardzo dziwnego: "Jak ja panią teraz przyjmę, to nie dostaę za to pieniędzy".
Tłumaczę, że źle się czuję, że przysięga Hipokratesa, itd. Trochę żartowałam, brałam go na litość. A doktor swoje - że za pacjentów przyjętych po godzinie 15.00 kasa chorych mu nie zwróci, a za leki dla mnie musiałby sam zapłacić. Bo oni są budżetowani. W końcu zmierzył mi łaskawie ciśnienie i dał swoje lekarstwa, beta-blokery. To wszystko.

- Wróciła Pani do Polski, żeby mieć bliżej do dobrych specjalistów?
- Wróciłam za sprawą serialu "Święta wojna", ale to zupełnie inna historia. W Niemczech musiałam jeszcze być u ginekologa. Oczywiście od razu zaczęłam poszukiwania specjalisty z Polski. W książce telefonicznej znalazłam doktora o nazwisku Slepczewicz. Dzwonię. W słuchawce niski, męski głos z kresowym zaśpiewem. Ustalamy termin wizyty.
Przychodzę, a w poczekalni same Turczynki. Okazało się, że dr Slepczewicz to... sympatyczna Jugosłowianka około siedemdziesiątki, znająca język polski. Zrozumiałam też, skąd tyle Turczynek. Podczas wizyty u ginekologa - mężczyzny muszą, zgodnie ze zwyczajem, mieć asystę swojego ślubnego. Kobiety tego nie lubią, więc panie z Turcji przychodziły do pani dr Slepczewicz.
Ćmiła papierosy jednego za drugim, stąd pewnie ten niski, chropawy tembr głosu. Chciałam się wycofać, ale pani doktor rozwiała w końcu moje obawy. Okazała się świetnym lekarzem.

- Podobno nadal jest Pani ubezpieczona w niemieckiej kasie chorych. To na wypadek ponownej emigracji?
- Nic z tych rzeczy! W Polsce wybudowałam wreszcie mój wymarzony dom. Tu jest moje miejsce.
Mam też dodatkową, wykupionå w Niemczech, komercyjną polisę zdrowotną. Dlaczego? Bo kiedy naprawdę z poważną chorobą trafię do szpitala w Niemczech, będę chciała mieć tam dobre wyżywienie, leżeć na porządnym łóżku z pościelą, która się nie drze. Nie będę też musiała przynosić swoich strzykawek.

- No tak... Niemiecki szpital jest cacy. Gdyby jeszcze pracowali w nim polscy lekarze, byłby idealny?
- Tak uważam. Przecież ten mój nieszczęsny kręgosłup przestał mi dokuczać dzięki wspaniałemu ortopedzie z Kołobrzegu. Zastosował leczenie, które sprawiło, że uniknęłam ryzykownej operacji, po której mogłabym wylądować na wózku inwalidzkim.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum