Zbigniew Religa, dobry człowiek

Autor: RZ • • 08 kwietnia 2009 10:00

Kogoś, kogo nie ma wśród żywych, należy oceniać po tym, czy więcej było w nim dobrego, czy złego...

Zbigniew Religa, dobry człowiek
Zbigniew Religa

Nie ma ludzi idealnych. O zmarłych mówi się wyłącznie dobrze. Tak się składa, że w naszych kontaktach Profesor jawił się od tej dobrej strony. Chociaż, czasami, nie aż od tak dobrej, jakbyśmy sobie tego życzyli. Szkoda, że nie dane mu było w stu procentach zaspokoić naszych oczekiwań. Cóż, siła wyższa.

Andrzej Bęben, sekretarz redakcji Rynku Zdrowia: - Dlaczego Profesora mieliby wspominać tylko pacjenci, współpracownicy czy politycy? Wojciech Kuta, redaktor naczelny Rynku Zdrowia: - I racja. Dziennikarze też mają do tego prawo. A w naszym przypadku, zważywszy, czym jest Rynek Zdrowia, to mamy nawet poniekąd i obowiązek! Piotr Wróbel, zastępca redaktora naczelnego Rynku Zdrowia: - Zazdroszczę wam. Nigdy nie miałem okazji rozmawiać z Profesorem. Zazdroszczę tym kolegom dziennikarzom, którym los podarował taką możliwość...

BOR na drodze

Wicenaczelny nie ukrywa: - Czuję, jakby ominęło mnie coś ważnego. I pewnie tak jest. Nie poznałem nigdy bliżej człowieka, którego postać już znalazła się w panteonie sław polskiej medycyny. Jakoś tak się składało, że na śląskie konferencje prasowe z udziałem Profesora czy rozmowy z nim dla gazet, w których pracowałem, jeździli inni dziennikarze.

Mieli bliżej z Katowic, ja przez długie lata pisałem z tzw. terenu.

Tylko raz, już jako dziennikarz Rynku Zdrowia, obsługiwałem oficjalne spotkanie z udziałem Zbigniewa Religi. Był wtedy ministrem zdrowia. Razem z ówczesnym premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem przyjechał na Śląsk podziękować lekarzom i ratownikom uczestniczącym w pamiętnej akcji ratunkowej na terenie Międzynarodowych Targów Katowickich.

Koniecznie chciałem uzyskać, jak się to mówi w naszej gwarze: na wyłączność, wypowiedź Profesora. Zaczaiłem się w korytarzu. Czekałem z dyktafonem w ręce i nadzieją w duszy: aż wyjdzie z sali konferencyjnej.

Wyszedł. Niestety, mój misterny plan rozmowy zniweczyli oficerowie BOR-u. Zagrodzili mi drogę, a Profesor zniknął za drzwiami pokoju, zaimprowizowanej szatni. Po co tam uciekł? Potem pojąłem, że poszedł tam sobie zapalić. Stało się więc tak, że cokolwiek wiem o Profesorze jako człowieku, zawdzięczam jego współpracownikom. No i jego synowi, Grzegorzowi. Też kardiochirurgowi.

Niesamowite wrażenie wywarło na mnie zdjęcie, które ukazało się w National Geographic: Zbigniew Religa bardzo zmęczony, ale szczęśliwy, wpatrzony w monitory, obok stół operacyjny z leżącym na nim pacjentem po udanym przeszczepie serca. Wyglądał - jakkolwiek by to patetycznie nie zabrzmiało - niczym półbóg w bieli po dokonaniu cudu. Moją uwagę przykuł i drugi plan: śpiący na siedząco w kącie sali, wprost na posadzce młody lekarz... Trzy lata temu dr Romuald Cichoń powiedział mi, że to on był tym medykiem. To od niego wiem, że jego mistrz miał rzadką cechę: znajdował wielką radość w przekazywaniu wiedzy młodym lekarzom, potrafił też stworzyć zespół ludzi, których ku następnym sukcesom niósł niebywały entuzjazm.

O Profesorze wiem coś jeszcze - że był człowiekiem, który mógł być dumny ze swoich dzieci. Jesienią 2007 roku rozmawiałem z synem Profesora, dr.Grzegorzem Religą, kardiochirurgiem w Instytucie Kardiologii w Aninie. Opowiadał mi, również bardzo osobiście, o ojcu.

A ojciec miał pewne zasady. Profesor nie interweniował, kiedy syn nie dostał się na studia. Potem uznał, że powinien popracować rok w charakterze salowego.

Po studiach długo nie pracował razem z ojcem. Ot, takie tam drobiazgi dotyczące umiejętności oddzielenia spraw rodzinnych od zawodowych...

Religa-junior wspomniał mi, jak kiedyś przy obiedzie zapytał ojca, co myśli o seksaferze. On podniósł głowę znad talerza i zapytał: - A co mam myśleć? O polityce nie rozmawiał przy stole.
O medycynie mógłby godzinami...

Rockandrollowy medyk

Naczelny miał z Profesorem kilka spotkań bliskiego stopnia, nie wspominając już o dziesiątkach wynikających z obsługi przeróżnych konferencji prasowych z jego udziałem...

- Cztery i każde w zupełnie innych okolicznościach. Miałem to zawodowe szczęście, że rozmawiałem z nim, kiedy kierował Kliniką i Katedrą Kardiochirurgii w Zabrzu, gdy był rektorem Śląskiej Akademii Medycznej, wreszcie senatorem i ministrem zdrowia. A zaczęło się od...

rock and rolla! Wiosna 1993 r. Po pierwszym Finale Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, media spekulowały o domniemanym konflikcie Profesora z Jurkiem Owsiakiem. Jakoby Religa miał wytknąć szefowi WOŚP, że do śląskich klinik kardiochirurgicznych nie trafił sprzęt z tej wielkiej zbiórki. Wrzało kilka dni, choć i Owsiak, i Profesor dementowali, zaprzeczali, prostowali.

24 kwietnia 1993 r. w Zabrzu trwa koncert podsumowujący pierwszy orkiestrowy finał. Owsiak krzyczy ze sceny: - Potrzebujemy waszej śląskiej energii, po to by zrobić cokolwiek w naszym dziwnym kraju! Chwilę później symbolicznie przekazał klinikom w Zabrzu i Katowicach aparaturę medyczną za ok. 2 miliardy ówczesnych złotych - z 16,5 miliarda, jakie wtedy zebrano w całej Polsce.

Czołowe polskie kapele rockowe śpiewają orkiestrowy hit "Flota zjednoczonych sił" grupy Voo Voo.
Wtedy na estradzie pojawia się Profesor ze swoimi współpracownikami.
Tego nie było w scenariuszu. Zaskoczony Jurek Owsiak biegnie do Religi z mikrofonem, a kilka tysięcy gardeł skanduje: Re-li-ga, Re-li-ga! Kiedy zdjął marynarkę i zatańczył rock and rolla, publiczność oszalała.

Czekałem na Profesora za kulisami.

Ze sceny zszedł rozpromieniony. Nikt chyba już nie ma wątpliwości: żadnego konfliktu z Owsiakiem nie było: - Dziennikarze przekręcili moje słowa, kiedy mówiłem, że Orkiestra owszem, jest wspaniała, ale nie rozwiąże wszystkich problemów naszej kardiochirurgii.
Bo to jest prawda! - tłumaczył.

- A Jurka Owsiaka trzeba kochać za tę jego Orkiestrę. To dzięki niej widzę na tej sali wspaniałych, młodych ludzi. Robią to, co w tym wieku powinni robić - po prostu bawią się, szaleją. Dobrze, że są tutaj...

* * *

Najwierniejsi czytelnicy Rynku Zdrowia pamiętają nasz zerowy numer - z listopada 2004 r. Kto był na jego okładce? - Postanowiliśmy dać wywiad z senatorem Religą. Profesor pracował nad obywatelskim projektem Ustawy o ochronie zdrowia, więc nie było pewności, czy będzie miał czas, by z nami rozmawiać. Teraz przyznaję: martwiliśmy się na zapas.

Rozmawialiśmy ponad dwie godziny. Profesor, z komórką przy uchu, co rusz odbierał telefony od dziennikarzy...

Najwięcej emocji podczas tamtego jesiennego wywiadu wzbudziła kwestia, choćby symbolicznego, współpłacenia przez pacjentów za niektóre usługi. Był przeciwnikiem takiego rozwiązania.

- Nawet jeśli pacjent chce tylko porozmawiać z lekarzem albo wybłagać L-4? - dopytywaliśmy.
- To, czy wizyta w przychodni jest uzasadniona, może określić jedynie lekarz. Jak człowieka "tylko boli" albo chce o dolegliwościach pogawędzić z lekarzem, to musi mieć do tego prawo! Rozmowa też jest rodzajem leczenia - grzmiał wówczas.

* * *

Grudzień 2006 r. Mój ostatni wywiad z Profesorem, wówczas już ministrem zdrowia. Czas gorących sporów o sieć szpitali, zasady finansowania klinik, podwyżki dla lekarzy, tzw. podatek Religi. Przytoczę fragment tej rozmowy.
Jednak nie o szpitalach, podatkach, systemie itp....

- Czy są słowa, które wypowiedział pan publicznie w 2006 roku, a których pan teraz żałuje? - Myślę, że nie padły z mojej strony żadne istotne sformułowania, których teraz bym żałował lub zamierzał odwoływać.
Przypomniałem Profesorowi, jak to przy okazji afery z corhydronem stracił nerwy i dla Dziennika rzekł: "Pieprzę to.
Jeśli chcecie, rozliczajcie mnie".

- Tego sformułowania również nie żałuję. Gdybyśmy uznali, że słowo "pieprzę" jest niecenzuralne, musielibyśmy pozamykać większość gazet. W wielu mediach padają określenia o wiele bardziej dosadne. Zgadzam się, że nerwy na wodzy politycy muszą trzymać...

Zawsze ten sam, świetnie czujący się wśród dziennikarzy, Zbigniew Religa. Niedawno ktoś wspominający Profesora powiedział, z nutą zarzutu, że "lubił być obecny w mediach". To prawda.
Jednak prawdą jest też i to, że media lubiły Religę, czego pewnie wielu mu szczerze zazdrościło!

Zakład o koniak

Sekretarz redakcji też mile wspomina Profesora, choć bezpośrednie kontakty miał z nim wtedy, gdy tydzień dzielił między obecnością w Warszawie i Zabrzu.

- Po raz pierwszy zetknąłem się z nim latem 1991 r. Ówczesne Śląskie Centrum Chorób Serca w Zabrzu przeżywało spore kłopoty. Na tyle poważne, że stały się one newsem w telewizji. Dostałem więc z centrali w stolicy zadanie do wykonania: jedź do Zabrza, zbadaj sprawę na miejscu.

Pojechałem. W pamięci utkwiły mi dwa szczegóły. Pierwszy: Profesor żalił się, że w szpitalu nie mają nici chirurgicznych.

Drugi: powiedział, że trzeba będzie założyć fundację, by w przyszłości nie było problemów z brakiem tak podstawowych narzędzi.

Jeszcze w 1991 r. taka powstała. Mowa o zabrzańskiej Fundacji Rozwoju Kardiochirurgii. Kilka miesięcy później było wiadomo, że jej celem nie jest jedynie zaopatrzenie zabrzańskiej kardiochirurgii w nici i waciki, że jej zamierzenia wykraczają daleko poza prozę życia.

* * *

Sekretarz z archiwum wygrzebał czarnobiałą fotkę z VIP-ami, ale bez Profesora, niestety...

- W 1992 r. pstryknąłem ją. W świat, dosłownie w świat, poszła wiadomość, że Zbigniew Religa skutecznie zaprosił do Zabrza światowej sławy śpiewaka - tenora Placido Domingo. Och, jaka to była sensacja na owe czasy! Wiele agencji starało się, by w Polsce zaśpiewał Domingo... Nie wiem, czy ten artysta uległ sugestii Zbigniewa Religi, czy też Barbary Piaseckiej-Johnson, czy namowom obu, ale przyjął zaproszenie.

W taki to sposób zmaterializowała się idea charytatywnych koncertów pomysłu Profesora, czyli "Serca za serce".

5 grudnia 1992 r. padał śnieg, jak przypominają mi fotografie z tego czasu.

I przed restauracją w Zabrzu, już zapomniałem jej nazwy, zgromadziło się wielu dziennikarzy. Pewnie byśmy mokli na tej plusze, gdyby organizatorem imprezy był ktoś inny niż Profesor... Wpuścił nas do środka, wierząc, że dziennikarze też ludzie i potrafią się zachować stosownie do sytuacji. Owszem, można było sobie pomyśleć: wpuścił, bo chce mieć reklamę. Następne lata kontaktów dziennikarzy z Religą pokazały, że Profesor w podobnych sytuacjach zachowywał się tak samo, jak wówczas, gdy do stołu zasiadł on, Domingo i multimilionerka Piasecka-Johnson...

* * *

Czas leciał. Jako że pracowałem "dla Warszawy", będąc w Katowicach, to częstokroć uczestniczyłem w różnego rodzaju konferencjach prasowych z udziałem Profesora. Teraz, po latach i po śmierci Zbigniewa Religi, myślę sobie, że w jego życiu inauguracyjna gala "Serca za serce" w znaczący sposób wytyczyła jego drogę. Odbił nieco od medycyny, pozostając lekarzem, w stronę polityki.

Po koncercie Domingo był już postacią powszechnie znaną i rozpoznawalną. Stał się osobą w pełni publiczną...

* * *

Lech Wałęsa uważa, że Religa politykiem był takim sobie. W latach 90. pisało się i mówiło - można to sprawdzić w archiwach - że ugrupowanie, w którym skrzypce gra Zbigniew Religa, sukcesów nie odniesie.

Po tym jak splajtował wałęsowski Bezpartyjny Blok Wspierania Reform, Profesor założył w parlamencie koło Republikanie, z czasem przekształcone w partię.

- To było w 1995 r. Wspomnieniem tego czasu jest rozmowa, jaką przeprowadziłem z ówczesnym liderem Republikanów, senatorem Zbigniewem Religą.

Wtedy już dziennikarze mieli komputery, więc mam tekst tego wywiadu w swoim archiwum. Zacytujmy fragment: "- Ile głosów otrzymał Pan w wyborach parlamentarnych? - Dostałem ich powyżej pięciuset tysięcy. Końcówki nie pamiętam. Wówczas nie wiedziałem, czy to dużo czy mało. Nie przyszło mi do głowy, iż ten wynik był najlepszy w Polsce. Potem się dowiedziałem, że tym wynikiem ustanowiłem rekord w historii naszego parlamentaryzmu.

- Dziwić się więc należy, że taki rekordzista mówi, iż nie chce kandydować w wyborach prezydenckich. Nie bardzo też można zrozumieć, że lider partii, człowiek o ustalonym autorytecie, nie zamierza być głową państwa. Zresztą partia, która nie chce władzy, nie jest partią, lecz klubem...

- Całkowicie się z panem zgadzam.

I dlatego Republikanie chcą zdobyć władzę, to znaczy uzyskać większość w parlamencie. Wtedy będziemy mogli stworzyć rząd i kierować krajem. Będąc prezydentem, nie ma się przełożenia na rzeczywistą władzę. I dlatego uważam, że gra nie jest warta świeczki.

Tym bardziej że nie imponuje mi bycie prezydentem.

- Takim przedstawianiem sprawy może Pan zawieść swoich wyborców. Słyszy się, że ma Pan, Profesorze, spore szanse na sukces w wyborach prezydenckich.

Tym bardziej że Polacy lubią wybierać tych, którzy nie byli u władzy. Ma Pan autorytet, z zawodową polityką niewiele miał Pan wspólnego. Same atuty, a tu słyszymy twarde "nie"! - To, że prezydent RP nie ma możliwości wpływania na rzeczywistość, jest tylko jedną z wielu przyczyn, z powodu których nie będę kandydował...".

Zbigniew Religa chciał być premierem i - prawdopodobnie - był przekonany, że ten plan się mu ziści. Gdyby w to nie wierzył, to nie założyłby się ze mną o butelkę koniaku...

À propos alkoholu (do koniaku jeszcze wrócę)... Profesor nie ukrywał, że wypił go w swoim życiu stanowczo za dużo.

Alkoholik - mówiło się. Raz miałem możliwość, by zwątpić w to, co głos ludu wieścił.

* * *

W 1995 r. byłem z Profesorem i przedstawicielami FRK w Wiedniu. Miejscowa Polonia zaprosiła go na bal karnawałowy połączony ze zbiórką szylingów na rzecz zabrzańskiej Fundacji. Karnawał jak to karnawał. Tym bardziej w dobrym hotelu.

Alkoholu do koloru, do wyboru. Zdziwiłem się wielce, że Profesor przesiedział całą noc przy lampce koniaku...

W 1999 r. montowaliśmy, charytatywnie, multimedialną prezentację Fundacji. Rozmawialiśmy z jego dyrektorem, gdy z gabinetu wyszedł Profesor.

Przypomniałem mu, pół żartem, pół serio, że założyłem się z nim swego czasu o butelkę koniaku. Premierem pan nie został, więc wygrałem - mówię. Na to Profesor szerokim gestem ręki zaprosił mnie do siebie. Zasiedliśmy po obu stronach biurka. Profesor wyciągnął butelkę - nie pamiętam marki, ale była to z pewnością zacna firma - koniaku...

Wypiliśmy po parę głębszych tytułem ziszczenia się zakładu.

Potem widywałem Profesora przy okazji rozmaitych konferencji. Gdy mierzył w prezydenturę, przypomniało mi się to, jak bardzo wierzył kiedyś, że będzie premierem...

To tyle tych wspomnień. Pewnie inni mają sto razy więcej do wspominania.

Więcej pewnie jest takich, którym nie było dane go spotkać, jak to się rzecze, na swojej drodze życia. Jak tu teraz podsumować te wspominki? Powiem tak: kogoś, kogo nie ma wśród żywych, należy oceniać po tym, czy więcej było w nim dobrego czy złego.

Ten bilans nie pozostawia wątpliwości - o Zbigniewie Relidze trzeba powiedzieć: to był dobry człowiek!

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum