Zapamięta pani ten dzień do końca życia

Autor: Piotr Wróbel • • 25 maja 2008 05:36

Pielęgniarka uważa, że została zwolniona z pracy, bo ośmieliła się zwrócić uwagę prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu

Sąd Rejonowy dla Warszawy Śródmieścia nakazał Szpitalowi Bielańskiemu wypłacenie blisko 4 tysięcy zł pielęgniarce Marii Macherze. To kwota poborów, jakie pielęgniarka utraciła po rozwiązaniu umowy o pracę w lipcu 2003 roku. Do dziś uważa, że musiała odejść ze szpitala, ponieważ życzył sobie tego ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński.
Zdaniem sądu, pielęgniarka została groźbą zmuszona do podpisania rozwiązania umowy o pracę za porozumieniem stron, a wyrażone w takich okolicznościach oświadczenie woli jest nieważne. - Pani dyrektor poprosiła mnie do gabinetu i podsunęła mi do podpisania gotowe już zwolnienie, tłumacząc, że postępuje tak, bo nie chce mi szkodzić w pracy. Pytałam, czy robi to na polecenie z ratusza. Zaprzeczyła, ale powiedziała, że nie zamierza ze mną dalej pracować - wspomina tamten dzień Maria Machera.

Zdenerwowany jak VIP

Pielęgniarka jest przekonana, że jej zwolnienie to skutek incydentu, podczas którego naraziła się ówczesnemu prezydentowi miasta stołecznego.
Odważyła się zwrócić mu uwagę, kiedy podczas nocnego dyżuru oddziału chirurgicznego, krzycząc, kategorycznie żądał, by lekarze natychmiast zajęli się pacjentką, jego znajomą. Została tam skierowana z krwawiącą raną - po badaniach i założeniu opatrunku uciskowego - przez lekarza szpitalnego oddziału ratunkowego. Musiała czekać, bo dwaj dyżurujący chirurdzy byli akurat zajęci pilną operacją. Pielęgniarka wskazała pacjentce łóżko. Życiu rannej nie zagrażało niebezpieczeństwo.
Maria Machera pracowała tej nocy na tzw. odcinku męskim. Dobiegały do niej hałasy z części oddziału przeznaczonej dla kobiet. - Była prawie godzina 22, właśnie przygotowywałam leki i kroplówki zlecone pacjentom, gdy usłyszałam podniesione głosy - mówi pani Maria.
- Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłam biegającego pana prezydenta z komórką przy uchu. Bardzo zdenerwowany, mówiąc podniesionym głosem, pytał, dlaczego jeszcze nie ma chirurgów. Żądał, żeby zjawił się lekarz.
VIP, włodarz stolicy, szukał lekarzy na całym oddziale damskim. Beształ personel. Krzyczał. Zaglądał do sal.
- Dziwię się, że taka osoba jak pan zachowuje się w ten sposób - wypaliła do prezydenta Maria Machera. Lech Kaczyński, wskazując palcem w jej stronę, odpowiedział: - Praca się pani znudziła? Zapamięta pani ten dzień do końca życia.

Z panią nie pracujemy

Zapamiętała. Do dzisiaj nie wie, co ją podkusiło, żeby się odezwać. Gorzej, bo jako pielęgniarka z 37-letnim stażem dodała jeszcze parę zdań o tym, że cały personel oddziału ciężko pracuje.
- Nauczono mnie szacunku do ludzi i doskonale wiedziałam, do kogo się zwracam. Ale uważałam, że cała sytuacja jest mocno niezręczna, niepotrzebna. Na prezydenta patrzyli inni chorzy. Można chyba oczekiwać większego zrozumienia sytuacji od człowieka, który coś sobą prezentuje - przedstawia swój punkt widzenia pani Maria.
Kilka dni później już nie pracowała w Szpitalu Bielańskim. Jak jej tłumaczono, powodem zwolnienia było niewłaściwe zachowanie pielęgniarki wobec dyrektor szpitala Ewy Żydowicz-Muchy. Miało do niego dojść w następującą po zdarzeniu niedzielę, kiedy dyrektor późnym wieczorem pojawiła się na oddziale, prosząc personel o zdanie relacji z incydentu.
- Rozmawiając z panią dyrektor miałam podobno wymachiwać rękami i mówić podniesionym głosem - opowiada zwolniona pielęgniarka. - Pani dyrektor oświadczyła mi, że nie może pozwolić na takie moje zachowanie wobec niej. Poza tym jest sporządzona notatka służbowa, podpisana przez jednego z lekarzy, potwierdzająca te uwagi.

Sprawa czysto pracownicza?

Maria Machera uważa, że postąpiono z nią niesprawiedliwie. Ze szpitalem na Bielanach miała podpisaną umowę na czas określony - do końca grudnia 2003 roku.
Założyła sprawę w sądzie, domagając się zwrotu utraconych poborów. Reprezentowania jej interesów w sądzie podjął się radca prawny Andrzej Lipiak. Nim o tym zdecydował, dał sobie kilka dni do namysłu.
- Zasięgnąłem opinii o pracy pani Marii w różnych środowiskach, bo musiałem wiedzieć kogo reprezentuję - przyznaje.
- Wielu lekarzy wypowiadało się o niej ciepło, a nawet przyjaźnie, podkreślali też jej kompetencje zawodowe.
Podobnego zdania byli pacjenci.
Również ci, którzy widzieli zajście na oddziale. Potem sami mówili pielęgniarce, że gdyby była potrzebna ich pomoc, gotowi są zeznawać, gdyby kiedykolwiek sprawa skończyła się przed sądem.
Prowadzący sprawę sędzia podkreśla, że nie jest to sprawa prezydenta Lecha Kaczyńskiego przeciwko pielęgniarce. - To sprawa czysto pracownicza: pielęgniarka kontra szpital - zaznaczył w uzasadnieniu wyroku sędzia Andrzej Czyżowski.
Mecenas Andrzej Lipiak argumentował jednak, że wizyta prezydenta stolicy w szpitalu mogła jednak mieć wpływ na zwolnienie pielęgniarki.

"Pozwalniam was"

Aleksandra P. (sprzedawca) leżała na sali, na wprost pokoju pielęgniarek. Przed sądem tak opisywała zdarzenie: "Pan prezydent trzykrotnie wchodził do mojego pokoju.
Był niegrzeczny. Kiedy jedna z pacjentek zapytała go: - Czego pan szuka? Odpowiedział: - To nie pani interes".
Zbigniew K. (ekonomista) zeznał, że na korytarzu usłyszał wrzaski: "Gdzie są lekarze, pozwalniam was lekarze, pozwalniam was pielęgniarki". - Krzyk był na cały oddział. To był nasz prezydent Warszawy, pan Kaczyński.
Według Stanisława Z. (masarz) krzyki były tak głośne, że wielu pacjentów powstawało z łóżek i wyszło na korytarz.
Dobiegły do niego słowa "zamknę cały zakład". Widział rozmowę Marii Machery z prezydentem, ale słowa do niego nie dotarły: - Siostra stała, głowa opuszczona, a pan Kaczyński krzyczał.
Andrzej Lipiak również podkreśla, że opisywane zdarzenie to tylko element w całej sprawie, ale wart rozważenia. - Okoliczności, w jakich doszło do podpisania przez panią Marię Macherę rozwiązania umowy o pracę za porozumieniem stron wskazywały, że mieliśmy do czynienia z groźbą o charakterze bezprawnym - argumentował przed sądem.
Według prawnika, a takie zdanie podzielił sąd, pojawiły się okoliczności, które mogły wzbudzić w powódce przekonanie, iż jej osobiste interesy zostaną zagrożone, o ile nie podpisze rozwiązania umowy.

Emocje przy śniadaniu

W ocenie sądu, wypowiedzi dyrektor szpitala tuż przed rozwiązaniem umowy o pracę mogły wzbudzić w pielęgniarce obawy, że przełożona będzie jej szkodzić w pracy. Tym bardziej że Maria Machera pracowała także w Centrum Onkologii, a w Szpitalu Bielańskim pracowała także jej córka. Sąd uznał ponadto, że pielęgniarka zgodziła się na rozwiązanie umowy o pracę po tym, jak dyrektor szpitala powołała się na notatkę, mającą wykazać niewłaściwe zachowanie pracownicy. Jak się okazało, taka notatka w ogóle nie istniała...
Zdaniem sądu, także wypowiedziane w ostrym tonie słowa prezydenta Warszawy, że powódka "zapamięta ten dzień do końca życia", dodatkowo mogły wzbudzić w pielęgniarce uzasadnioną obawę.
Trzy lata temu Prezydent Lech Kaczyński w "Śniadaniu z radiem Zet", proszony przez Monikę Olejnik o skomentowanie informacji prasowych, z których wynikało, że podobno zwolnił pielęgniarkę, odpowiedział: "Ta pani przez kilka godzin nie zainteresowała się krwawiącą kobietą - to po pierwsze, po drugie - zachowała się w sposób skrajnie arogancki i jeżeli zdarzy się drugi tego rodzaju przykład, to niezależnie od tego, czy osoba chora jest mi osobą znaną, czy nie znaną, to postąpię dokładnie w ten sam sposób (...)".

Chcą ugody

Na pytania dziennikarza "Rynku Zdrowia" skierowane do Prezydenta odpowiedział Marcin Rosołowski, zastępca dyrektora Biura Prasowego Kancelarii Prezydenta RP: "Pan Lech Kaczyński - ani jako osoba prywatna, ani jako były Prezydent Warszawy - nie był stroną w procesie, o który pan pyta. W związku z tym nie będziemy komentować sprawy".
Wyrok jest nieprawomocny. Maria Machera wniosła do sądu jeszcze jedną sprawę przeciwko pracodawcy: o zadośćuczynienie za narażenie na szwank jej dóbr osobistych.
Domaga się 5 tys. zł odszkodowania, ale, jak sama mówi, gotowa jest w każdej chwili odstąpić od tych roszczeń. - My proponujemy ugodę - zaznacza radca prawny Andrzej Lipiak. - Jeśli pracodawca nie odwoła się od wyroku Sądu Rejonowego, wycofamy tę drugą sprawę.

A co chcecie napisać?

Dyrektor Szpitala Bielańskiego Ewą Żydowicz-Muchę telefonicznie poprosiliśmy o komentarz do wyroku.
- Nie rozumiem, o jaki komentarz chodzi - odpowiedziała nam pani dyrektor.
Zaznaczyła, że chciałaby wiedzieć, co zamierzamy napisać, w jakim kontekście i jaki wydźwięk będzie miała treść artykułu? Dyrektor pouczyła dziennikarza, że "coś sensownego" będzie można napisać dopiero po nadejściu uzasadnienia wyroku, na które oczekuje. - Ta pani nie została zwolniona, lecz podpisała umowę o rozwiązaniu stosunku pracy za porozumieniem stron i jest to pewien styl ugody przewidziany Kodeksem pracy - dodała dyrektor Żydowicz-Mucha. Wykluczyła wszelkie sugestie, że odejście pielęgniarki z pracy było konsekwencją incydentu, do jakiego doszło podczas pobytu VIP-a w szpitalu.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum