Zaczęło się od zadyszki na spacerze

Autor: Katarzyna Rożko • • 02 marca 2011 11:10

Doktor Edward Pokorny: Gdy biegnę, przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły

Zaczęło się od zadyszki na spacerze
To był koniec lat 70. Miałem ok. 30 lat, brzuszek, nadciśnienie, a w rodzinie przypadki wczesnych zawałów i zgonów sercowych u mężczyzn.

Paliłem papierosy, sport niepostrzeżenie zniknął z mojego życia. Gdy spacerowałem z kilkuletnim synem po lesie, w pewnym momencie musiałem za nim pobiec. Zauważyłem, że mam zadyszkę, że szybko się męczę. Postanowiłem to zmienić i wrócić do dawnej kondycji - wspomina doktor Edward Pokorny.

- A przecież jeszcze kilka lat wcześniej grałem w piłkę, wcześniej uprawiałem kolarstwo i koszykówkę, a tu taki spadek formy... - opowiada doktor Pokorny, lekarz z Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Słupsku. Jak wspomina, najprostszym sposobem było uprawianie sportu w pojedynkę, bo łatwiej było robić coś samemu, niż skrzyknąć drużynę. Wybrał bieganie.

Mieszkał wtedy na obrzeżach lasu w Ustce i wystarczyło przejść kilkadziesiąt kroków, by się znaleźć w pięknych okolicznościach przyrody i po prostu biec.

- Zacząłem biegać w weekendy, testując, ile przebiegnę bez zmęczenia.

Na początku było to 5, 7, 15 minut, potem pół godziny, a po trzech-czterech miesiącach mogłem już dobiec bez przystanku z Ustki do uroczego klifu w Orzechowie pod Ustką i z powrotem (dystans ok. 10 km) - mówi lekarz. Potem przyszedł rok 1981 r., stan wojenny, a wraz z nimi intensywniejsze treningi: - Byłem w Solidarności, brałem pod uwagę to, że być może będę musiał wyemigrować, a w związku z tym muszę być w dobrej kondycji, gdybym za granicą musiał pracować fizycznie...

Biegiem po zdrowie

W kolejnych latach biegał dla zdrowia i rekreacji. Do tego, że zaczął uczestniczyć w maratonach, przyczyniło się spotkanie ze znajomym, który kilka lat wcześniej cierpiał na chromanie przestankowe.

- Był moim rówieśnikiem. W 1984 r. miał objawy zwężenia tętnic kończyn dolnych, kwalifikował się do operacji.

Lekarze powiedzieli mu jednak, że jeśli jeszcze może, niech spróbuje zmienić styl życia, dietę i zacznie się ruszać.

I on się tak rozchodził i rozbiegał, że gdy spotkaliśmy się po 10 lat od tej diagnozy, to biegał w maratonach - opowiada Pokorny.

Właśnie ten znajomy zachęcił lekarza do wystartowania w biegu na 20 km - miejskim crossie po Ustce.

- To był 1993 r. Przybiegłem ostatni, ale trzeba podkreślić, że startowałem z wytrawnymi biegaczami. Wtedy też po raz pierwszy zetknąłem się z czymś takim, jak brak odpowiedniego obuwia czy bieganie po asfalcie, ale już połknąłem bakcyla udziału w biegach. Rok później wystartowałem w półmaratonie, potem w maratonie i poszło... Dziś mam na koncie już 104 maratony - śmieje się nasz rozmówca.

Sam na sam z naturą

Dwa ostatnie to maratony w Krakowie i Poznaniu, w których wystartował w 2010 r. Kalendarz startów jest teraz skromniejszy, bo na dawne tempo (10- 11 startów w roku) nie pozwala nawał pracy w szpitalu. Część czasu na sport Edward Pokorny przeznacza też na trenowanie kolarstwa.

W 2010 roku wystartował po raz pierwszy w życiu w wyścigu szosowym w ramach Mistrzostw Świata Lekarzy w kolarstwie (w Zakopanem), zajmując w klasyfikacji generalnej w 3-etapowym wyścigu w swojej kategorii wiekowej ósme miejsce, a czwarte w klasyfikacji krajowej. Obecnie, w okresie zimowym, biega głównie w weekendy. Nie wyobraża sobie tygodnia bez tego rytuału.

- To nie jest tylko to słynne uzależnienie od endorfin, które daje bieganie; jeśli nie pobiegnę, zwyczajnie brakuje mi obcowania z przyrodą. To jest fantastyczne przyzwyczajenie. Wstaję rano, ulice, plaża są puste. Jestem sam na sam z naturą, biegnę, słuchając szumu morza, śpiewu ptaków. Jeśli nie pobiegnę, uważam taki dzień za stracony. Jestem wtedy trochę zły, trochę rozbity. Domownicy przyzwyczaili się, że wychodzę biegać i wracam pełen dobrej energii. Są moimi największymi fanami.

Trema jak u aktora

Kibicują mu również pacjenci. Doktor Pokorny w swojej pracy przy każdej sposobności podkreśla, jak ważny jest ruch. - Często słyszę: "Pan doktor taki szczupły, energiczny, to łatwo panu mówić". Tłumaczę wtedy, że zapracowałem sobie na to, bo przebiegłem tyle a tyle. Chociaż, niestety, bieganie nie każdemu mogę zalecić. Jestem diabetologiem, obecnie zajmującym się głównie rehabilitacją, wielu z moich pacjentów to osoby z chorobami kręgosłupa. Trudno namawiać ich na bieganie, bo nie jest ono dla nich zdrowe, ale na pewno usłyszą ode mnie o alternatywie: rowerze, pływaniu, spacerach. Również o odpowiednim odżywianiu się.

- Zauważmy - kontynuuje doktor - że w naszym kraju o kimś otyłym mówi się, że dobrze wygląda, a jak jest szczupły, to źle... Powtarzam pacjentom, że jest wręcz odwrotnie. Mam dużą rzeszę pacjentów, którzy po rozmowach ze mną zaczęli uprawiać sport.

Sam korzysta głównie z podstawowych kanonów medycyny sportowej: właściwego dozowania biegania, prawidłowego odżywiania się przed startem, uzupełniania elektrolitów. - Znam też swój organizm, wiem na przykład, że nie mogę się forsować w pierwszej części biegu, czuję, kiedy mogę przyśpieszyć, kiedy powinien zwolnić, ale żadnych odżywek czy super sposobów nie stosuję - opowiada.

Nie ma też żadnego antidotum na tremę przed biegiem. Jak mówi, trema zawsze jest, ale z trasy nie zszedł nigdy: - Obawy, że coś się stanie i nie ukończę biegu, towarzyszyły mi bardzo długo, ale gdzieś między 80. a 100.

maratonem wiedziałem, że nie ma takiego dystansu, którego nie mógłbym pokonać. Nawet jeśli są odcinki kryzysowe i wielu biegaczy te ostatnie 10 kilometrów pokonuje idąc, to wytrawny biegacz z doświadczeniem nie powinien mieć obaw o to, że biegu nie dokończy. Wstyd jest raczej, że szedł, a nie biegł, dlatego pytamy się czasem nawzajem: Dużo razy szedłeś? - śmieje się doktor Pokorny.

Najważniejszy - Maraton Solidarności

W 2009 r. po raz setny pobiegł maratoński dystans 42 km i 195 m. Zapytany o to, który z nich był tym "naj...", odpowiada, że nie sposób wyróżnić jednego: - Bardzo ważny dla mnie był ten pierwszy, warszawski, w 1995 r. Nie miałem zielonego pojęcia o bieganiu maratonu, ale ukończyłem go w niezłej formie, w dobrym czasie i miło go wspominam. Ten w Chicago był najliczniejszy, nowojorski najsławniejszy, w Londynie był "rekord życiowy" (3 godziny, 34 minuty, 4 sekundy), ale wszystkie wysiadają przy maratonie w Bostonie. To król maratonów, ma cudowną atmosferę, dlatego wybrałem go na mój setny maraton. Najważniejszy jest dla mnie jednak Maraton Solidarności, który zaczyna się obok mojego liceum, słynnego III LO im. Marynarki Wojennej, a kończy na starówce "królewskiego" Gdańska.

- Dla mnie, ówczesnego mieszkańca Trójmiasta, Sierpień 80, Solidarność to są ważne sprawy. Poza tym Maraton Solidarności jest zawsze 15 sierpnia, a ja 16 mam urodziny, więc zawsze robię sobie prezent z tego startu. To są moje ukochane miejsca, moje ważne rocznice i mój maraton - mówi lekarz.

Marzenia o Atenach

Ma nadzieję, że jesienią tego roku wystartuje jeszcze w maratonie w Atenach.

Marzy też o maratonach w Wiedniu i Rzymie. - Bardzo lubię biegać maratony, których trasy biegną przez piękne miasta: Kraków, Poznań, Londyn, Paryż.

Świetnie biegnie się po mieście, obcując z historią i miejscami, które zna się z albumów, filmów.

Na co dzień najbardziej lubi biegać po ukochanej Ustce. Wspomina, że gdy nie miał czasu trenować w tygodniu, biegał z domu do pracy - szpitala w Słupsku (18 km w jedną stronę). Przyznaje, że podczas biegu planuje sobie cały kolejny tydzień, weekend, wakacje: - Potrafię w głowie układać plany podróży, kuplety, teksty szkoleń czy wykładów z tytułu pełnienia różnych społecznych i zawodowych funkcji. Gdy biegnę, przychodzą mi do głowy najlepsze pomysły.
Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum