Zachorowałem na żeglarstwo

Autor: Anna Kaczmarek • • 17 marca 2010 15:11

Żeglarstwo to wspaniały relaks. Wiatr wieje, łódka cicho płynie napędzana jego powiewem, jest spokój... Człowiek słucha szumu wody, drzew. Wpłynie się do zatoki, można pooglądać pływające w jeziorze ryby. Żeglarz może się poczuć w pełni zintegrowany z naturą. Na naszych polskich Mazurach można wbrew pozorom znaleźć jeszcze miejsca, gdzie jest czysta woda i piękna, nie zmieniona przez człowieka natura. Pojawiamy się na Mazurach całą rodziną i tak rodzinnie pływamy - opowiada nam doktor Mieczysław Szatanek, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie i zapalony żeglarz...

Tę pasję zaszczepili w nim synowie: - To oni pierwsi pokochali żeglarstwo, zarazili mnie, ponieważ na uprawianie tego hobby potrzebowali pieniędzy -żartuje doktor Szatanek. - Wciągnęli mnie w swoje hobby, zabrali na Mazury i sprawili, że również ja zachorowałem na żeglarstwo. Oni zaczęli tę przygodę w szkole średniej, ja miałem wówczas 45 lat.

Integracja pod żaglami

Prezes przekonuje, że ten piękny sport można zacząć uprawiać w każdym wieku, że to wspaniała rekreacja i ogromna przygoda. - Wcześniej pływałem okazjonalnie ze znajomymi na studiach. Dziś moi synowie są już instruktorami żeglarstwa, ja jestem zwykłym żeglarzem jachtowym. Pływam na naszych pięknych, polskich Mazurach, synowie pływają też czasami po morzu. -

- Jak tłumaczy doktor, żeby korzystać z uroków żeglowania, nie trzeba wiele umieć. - Zawsze można wypoczywać jako członek załogi, pod okiem sternika, który prowadzi jacht. Można też oczywiście samemu żeglować. Żeglarstwo jest dla każdego, uprawnienia mogą teraz zdobywać już nawet 12-letnie dzieci. Jest sportem i wręcz stylem życia, z którego mogą czerpać wszyscy, niezależnie od wieku.

Nasz rozmówca postanowił zintegrować środowisko żeglujących lekarzy. - Zdecydowaliśmy się zorganizować klub żeglarski dla lekarzy, ale głównie dla ich dzieci, żeby ich także zachęcić do pływania pod żaglami oraz aktywnego, zdrowym stylem, życia. Lekarski Klub Żeglarski "Bocianie Gniazdo" powstawał podczas rejsów moich synów z nauczycielem ze szkoły średniej Tomaszem Seneńko, mężem koleżanki okulistki, późniejszym współzałożycielem klubu. Dołączyli do nich koledzy z zespołu szantowego Kliper. Zespół pływa razem z nami i śpiewa na wszelkich uroczystościach. Po wspólnych rejsach i spotkaniach pojawiła się idea powstania klubu.

Klub został utworzony w Delegaturze Radomskiej Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie, a później, jak się rozwinął, został przemianowany na Lekarski Klub Żeglarski Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie. - Potrzebowaliśmy kadr, które szkolą innych. Dlatego pierwsi członkowie klubu zaczęli się szkolić, przechodząc wszystkie stopnie wtajemniczenia - licencje żeglarzy, sterników, instruktorów żeglarstwa - opowiada prezes Szatanek.

Mają swoje pogotowie

- Utworzyliśmy następnie Środowiskowo-Lekarskie Wodne Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe, żeby szkolić ratowników i przeprowadzać szkolenia wśród członków klubu. To niezbędne, ponieważ klub organizuje obozy dla dzieci. Na każdej łódce musi być sternik i ratownik. Organizowanie wypoczynku dzieciom to duża odpowiedzialność. Poza tym nasze pogotowie organizuje szkolenia dla dzieci w zakresie bezpiecznego zachowania się nad wodą.

- Nasz klub szkolił również straż pożarną z Radomia i okolic. Organizujemy kursy i rejsy dla licealistów czy studentów. Jesteśmy największym w Polsce klubem żeglarskim. Mamy najlepszą i najmłodszą kadrę - 5 instruktorów - wykładowców PZŻ oraz tytuł Licencjonowanej Szkoły Żeglarstwa PZŻ - z dumą mówi współzałożyciel klubu.

Okazuje się, że Radom, miasto doktora Szatanka, to miejscowość bardzo żeglarska, mimo że nad jeziorem ani nad morzem nie jest położona. - W regionie radomskim mamy 10 klubów żeglarskich i 3 stocznie jachtowe. Są co prawda dwa zalewy, ale pożeglować na nich raczej się nie da. Do celów szkoleniowych jednak wystarczą - zapewnia doktor.

Uniknęli tragedii

Najbardziej emocjonujące wspomnienie z żagli to dla naszego rozmówcy spotkanie ze śmiertelnie niebezpiecznym białym szkwałem. - Na jeziorze Ryńskim dopadł nas taki wiatr, że porwał nam żagle w strzępy. Na szczęście wyszliśmy z tego cali i zdrowi, a wszystko działo się już niedaleko portu. Wracaliśmy do domu na silnikach, nic nie było w stanie tych naszych żagli uratować. Wtedy po raz pierwszy zobaczyłem coś, co się nazywa białym szkwałem, czyli wiatr tak silny, że wyrywa wodę z tafli jeziora, unosi ją i zasłania jak kotara przeciwległy brzeg. Człowiek nie ma już przed sobą nic, tylko biały słup wody.

To, zdaniem doktora, żywioł, nad którym człowiek nie jest w stanie zapanować w żaden sposób. - Pozostaje tylko modlić się i szybko przypominać sobie postępowanie awaryjne na jachcie.

Kiedy tragiczna burza przeszła nad mazurskimi jeziorami 21 sierpnia 2007 r. i spowodowała śmierć 12 osób oraz wywrócenie ok. 40 jachtów i łodzi, wszystkie łodzie z Lekarskiego Klubu były już zacumowane. - Nasi ludzie przewidzieli, co może się zdarzyć, i wcześniej zawinęli do portu. Pomogliśmy jeszcze innym jednostkom, za co dostaliśmy pismo z gratulacjami i podziękowaniami. Dla nas to była chwila dumy, ale i zadumy.

Znaczki i ringo

Żeglarstwo nie jest tanim sportem. Jak tłumaczy nam prezes Szatanek, jeżeli ktoś chciałby mieć swój jacht, to oczywiście musi przygotować się na spory wydatek. Jednak właśnie dlatego tak ważną rolę spełnia klub "Bocianie Gniazdo". Tu za przystępną cenę szkolą się młodzi żeglarze, spędzają wakacje, zdobywają uprawnienia.

- Teraz wiele jednostek wyposażonych jest w pełną elektronikę, komputery sprzęt audio-video, ogrzewanie, klimatyzację. Można zamówić sobie jacht wyposażony niemal we wszystko, łącznie z oświetleniem zaburtowym i nawigacją satelitarną. Dla mnie jednak najlepszymi jachtami są te proste, wyposażone jedynie w środki bezpieczeństwa. Uważam, że najbardziej liczy się niczym nie zakłócony kontakt z naturą, odgłosy przyrody, a nie głośna muzyka z odtwarzacza mp3.

W tym roku, w radomskiej stoczni "Sułkowski", syn doktora wybudował dla mamy jacht: - Jest bardzo ładny i wyposażony średnio. Nazywa się Łódka Szefowej - opowiada z dumą Mieczysław Szatanek.

Inne hobby doktora to filatelistyka, a w plenerze - gra w ringo. - To nasza samorządowa dyscyplina sportowa... Dwa razy zdobyłem tytuł wicemistrza Polski w ringo i dwa razy rodzinnie. W samorządzie lekarskim sekcją ringo zajmuje się pani doktor Krystyna Anioł-Strzyżewska, żona nieżyjącego już red. Włodzimierza Strzyżewskiego, który wymyślił tę grę.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum