Wydłużanie lekarskiej doby?

Autor: Jacek Janik • • 14 marca 2014 12:10

Przypadek śmierci nienarodzonych bliźniąt we włocławskim szpitalu spowodował burzę wokół czasu pracy lekarzy. Przykład ordynatora, który prawdopodobnie spał podczas szpitalnego dyżuru, po pracy w innej placówce, z jednej strony jest bulwersujący, z drugiej pokazuje, jak bardzo brakuje nam specjalistów

Dyrektorzy placówek medycznych wskazują, że przemęczeni, pracujący na kilku etatach lekarze to polska rzeczywistość, w której brakuje specjalistów, a wymogi NFZ są bezlitosne.

Krystyna Piskorz-Ogórek, dyrektor Wojewódzkiego Specjalistycznego Szpitala Dziecięcego im. prof. S. Popowskiego w Olsztynie, podkreśla, że Kodeks pracy określa czas pracy lekarzy, jednak na ogół są oni zatrudniani na podstawie umowy cywilnoprawnej i tzw. kontraktów zadaniowych.

- Oczywiście zgadzam się z tym, że praca lekarza powinna być w pewien sposób normowana, tzn. żeby te godziny pracy były na tyle bezpieczne, aby lekarz, pielęgniarka mogli wypocząć. Ja wcale nie mówię, że to musi być tylko 160 czy 170 godzin, bo przecież tych godzin pracy może być więcej. Może 200, może 250, ale jeśli są dobrze wzajemnie ustawione relacje w szpitalu, to możemy liczyć na bezpieczną opiekę - tłumaczy dyrektor.

Ale dodaje: - Musimy sobie jednak odpowiedzieć, czy nam wystarczy specjalistów do tych wymogów, które w tej chwili określił NFZ. W oddziałach szpitalnych niezależnie od tego, ile oddział liczy łóżek, określono, że musi być 2, 3 czy nawet 4 specjalistów. Przy takich zapisach szpitale mają trudności i w związku z tym specjaliści są rozchwytywani. Oni siłą rzeczy często padają ze zmęczenia, pracują w rożnych miejscach.

Krystyna Piskorz-Ogórek nie ma jednak tego problemu w kierowanym przez siebie szpitalu. - Jest to szpital pediatryczny, wielospecjalistyczny i praktycznie większość specjalistów w różnych dziedzinach pediatrycznych pracuje tutaj, dlatego ja tego problemu nie odczuwam, ale rozumiem inne szpitale, które z tym problemem się borykają.

Krótsza praca - dłuższe kolejki

Z kolei Renata Ruman-Dzido, dyrektor Szpitala Wojewódzkiego w Opolu, uważa, że gdyby doszło do restrykcyjnego przestrzegania czasu pracy, to bardzo szybko okazałoby się, że kolejki do lekarzy, specjalistów, szpitali nie zostałyby skrócone w czasie, o którym premier powiedział, ale bardzo szybko by się wydłużyły.

- Trzeba sobie zdawać sprawę, że to również dzięki temu, iż lekarz pracuje w kilku miejscach i nie trzyma się globalnie normy zatrudnienia, jest bardziej dostępny. Z drugiej strony, sytuacja na rynku pracy trąci hipokryzją. Jako pracodawca przestrzegam norm pracy i nie mogę zatrudnić pracującego u mnie lekarza w większym wymiarze, np. na półtora etatu. Po wypracowaniu normy, jeżeli chce więcej pracować, musi iść do innego podmiotu, a ja bardzo chętnie zatrudniłabym go u siebie, najpierw na etacie w oddziale, a potem na etacie w poradni, a to jest niemożliwe - tłumaczy dyrektor opolskiego szpitala.

Podkreśla, że zarzut pracy w kilku miejscach nie dotyczy tylko lekarzy. Dodatkowe zatrudnienie w innych zakładach podejmują też chociażby pielęgniarki, diagności, technicy rtg.

- Lekarze na pewno nie są jedyną grupą zawodową, która korzysta z możliwości, jakie daje im rynek pracy - przyznaje Renata Ruman-Dzido. - To rynek generuje zapotrzebowanie. Za ten stan rzeczy odpowiada też w pewnym zakresie płatnik. Gdyby NFZ nie wymagał, żeby każda poradnia przyjmowała pacjentów przynajmniej raz w tygodniu po południu, żeby w każdym szpitalu był anestezjolog, bez względu na to, czy są akurat zabiegi, czy nie, to lekarze nie pracowaliby w tylu różnych miejscach.

Ile pracuje lekarz?

Zgodnie z art. 93 ust. 1 Ustawy z dnia 15 kwietnia 2011 r. o działalności leczniczej, co do zasady czas pracy lekarza nie może przekraczać 7 godzin i 35 minut na dobę oraz przeciętnie 37 godzin 55 minut na tydzień. Wraz z dyżurem medycznym, jego czas pracy nie może przekroczyć 48 godzin tygodniowo. Istnieje jednak możliwość wydłużenia tygodniowego czasu pracy lekarza w szczególnych przypadkach do 78 godzin, kiedy wyrazi on pisemną zgodę na pracę w godzinach nadliczbowych poprzez podpisanie tzw. klauzuli opt-out.

Jak poinformowała nas Danuta Rutkowska, rzecznik prasowy Państwowej Inspekcji Pracy, nie ma jeszcze danych dotyczących kontroli przeprowadzonych w 2013 roku w sektorze medycznym, będą znane najprawdopodobniej w marcu. Natomiast w 2012 r. inspektorzy ujawnili (przede wszystkim w placówkach publicznych) niezachowanie obowiązującej dobowej normy czasu pracy oraz nieprawidłowości związane z niezachowaniem tygodniowej normy czasu pracy.

Stwierdzono m.in., że lekarze świadczyli pracę w tym samym podmiocie na podstawie umowy o pracę oraz umowy cywilnoprawnej zawartej z innym, niepublicznym podmiotem leczniczym, nieprzerwanie przez 31 do 72 godzin, a nawet w jednym przypadku do 127 godzin.

To nie chciwość

Minister zdrowia Bartosz Arłukowicz, nawołując do dyskusji o ograniczaniu liczby miejsc pracy lekarzy, stwierdził, że jest ona potrzebna, bo przemęczony lekarz nie jest w pełni efektywny. Nieco prowokacyjnie Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy wezwał z kolei ministra, aby administracyjną decyzją ograniczył czas pracy lekarzy do 48 godzin tygodniowo.

- Jeśli ograniczymy czas pracy lekarzy, to może zmusimy ministerstwo do zastanowienia się nad tym, co zrobić, aby lekarzy, których jest za mało, wystarczyło dla pacjentów - mówi nam Krzysztof Bukiel, przewodniczący OZZL.

- W bardzo wielu sytuacjach granice zdrowego rozsądku dotyczące czasu pracy lekarzy są przekraczane. Minister twierdzi, że wynika to z ich chciwości. Po to był nasz postulat, aby minister odpowiedział rzetelnie na pytanie, jaka jest przyczyna tego, że lekarz jest zmuszony wziąć kilka dyżurów z rzędu. Niech odwoła swoje słowa o chciwości lekarzy, powie wprost o rzeczywistych przyczynach takich patologicznych sytuacji - dodaje Bukiel.

Import lekarzy niemożliwy

Jak podkreśla Romuald Krajewski, wiceprezes Naczelnej Rady Lekarskiej, nie tylko Polska ma problem z dostosowaniem się do dyrektywy traktującej o czasie pracy.

- Lekarze nie szukają miejsca, gdzie mogliby sobie dorobić, tylko odpowiadają na istniejące zapotrzebowanie. Dość powszechnym problemem jest znalezienie lekarzy dyżurnych. To, iż w niektórych miejscach ich liczba jest ograniczona, powoduje, że występowanie zdarzeń niepożądanych znacząco wzrasta - mówi Romuald Krajewski.

- Jesteśmy, według danych OECD, na końcu listy państw europejskich pod względem liczby lekarzy na tysiąc mieszkańców. Szybko nie uda się tego zmienić. Wielka Brytania w ciągu kilkunastu lat przyjęła wielu lekarzy z zagranicy. Chyba już nawet połowa tamtejszych lekarzy ukończyła studia medyczne poza granicami. Jednak zaimportowanie do Polski lekarzy nie jest możliwe, z tego względu chociażby, że na tle europejskim ta praca u nas nie jest atrakcyjna - tłumaczy Krajewski.

Przydałoby się więcej świadczeń

Sposobem na rozwiązanie tego problemu jest zwiększenie liczby kształconych lekarzy i podjęcie w tej kwestii rozsądnych, dalekosiężnych i spójnych działań. Może to przynieść efekty w perspektywie kilkunastu lat.

- Emocje, które nie pomagają w znalezieniu skutecznych rozwiązań, można osłabić, dopasowując przede wszystkim polityczne obietnice w zakresie ochrony zdrowia do naszych realnych możliwości. Jako samorząd lekarski mówimy o tym już od wielu lat, bo uważamy, że to co w terminologii politycznej nazywa się świadczeniami gwarantowanymi, jest gwarantowane jedynie politycznie i nie ma wiele wspólnego z realiami - stwierdza wiceprezes NRL.

W jego opinii niecnie sugeruje się też, że problemy z dostępnością pacjentów do "świadczeń gwarantowanych" związane są z dostępnością lekarzy. Jak podkreśla, ta dostępność jest warunkowana kontraktami z NFZ. Jeśli będą większe kontrakty, nie wszędzie i nie zawsze, ale generalnie dostępność świadczeń się zwiększy.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum