Wszyscy chcą bezpieczeństwa, szczególnie podczas epidemii

Autor: Wojciech Kuta, Jacek Wykowski/Rynek Zdrowia • • 16 listopada 2020 10:49

Uchwalaniu tzw. ustaw covidowych towarzyszyła dyskusja o zwolnieniu personelu medycznego z odpowiedzialności za ewentualne błędy w pracy podczas epidemii koronawirusa. Tymczasem takie rozwiązanie przewiduje, tkwiący od kilku lat w politycznej zamrażarce, projekt ustawy o bezpieczeństwie pacjenta. Zakłada też obowiązkowy system raportowania i analizy ciężkich zdarzeń niepożądanych.

Wszyscy chcą bezpieczeństwa, szczególnie podczas epidemii

Zdaniem ekspertów, bez trwałego wprowadzenia tych rozwiązań do naszego systemu ochrony zdrowia, bezpieczeństwo nie tylko pacjentów, ale i personelu medycznego oraz zarządzających lecznicami będzie narażone na coraz poważniejsze zagrożenia.

Unikać zdarzeń niepożądanych

– Pacjenci wyobrażają sobie, że już samo przyjście do szpitala powinno zagwarantować im zdrowie. Tymczasem z pracą lekarzy nieodłącznie wiąże się ryzyko – zaznaczył dr Jerzy Friediger, członek Prezydium Naczelnej Rady Lekarskiej i dyrektor Szpitala Specjalistycznego im. Stefana Żeromskiego w Krakowie, podczas Internetowego XVI Forum Rynku Zdrowia (19-20 października 2020 r.).

Zauważył, że sporo się mówi o minimalizowaniu skutków zdarzeń niepożądanych, błędów medycznych, tymczasem warto zastanowić się, jak ich unikać. – Pierwsza sprawa to posiadanie wiedzy i kierowanie się w leczeniu właśnie nią, nieuleganie naciskom otoczenia. Pamiętajmy, że na lekarzy zawsze te naciski będą – ze strony rodziny, dyrektorów szpitali. Że ma leczyć inną metodą, że leczy za drogo – wyliczał.

Tłumaczył, że drugim najważniejszym elementem w unikaniu błędów jest ich ewidencjonowanie i publikowanie. – Cóż innego może nas uchronić przed ich powtórzeniem? – pytał. Zaakcentował jednocześnie, że lekarze nie mogą bać się mówić o błędach.

– Jeśli podczas mojej pracy wydarzyło się coś niepożądanego, muszę być pewien, że następnym krokiem nie będzie wezwanie mnie do prokuratury. Są dwie najniebezpieczniejsze rzeczy na świecie: przerażony słoń i przerażony lekarz. W obu przypadkach nie jesteśmy w stanie przewidzieć skutków – ocenił. Przytoczył definicję błędu medycznego wybitnego karnisty, prof. Mariana
Filara. – Błąd lekarz popełnia wtedy, kiedy leczy, choć nie powinien, nie leczy, choć powinien i leczy nie tak, jak powinien – mówił.

Dodał: - Rozmawiając z kolegami, którzy zajmują się odpowiedzialnością zawodową, dołożyliśmy jeszcze dwa punkty: lekarz gada, choć nie powinien i nie gada, choć powinien. – Nie chowajmy głowy w piasek, jeżeli coś złego się zdarzyło. Rozmawiajmy o tym i zapewnijmy, że zrobimy wszystko, by zaistniały błąd naprawić – zaapelował dr Friediger.

RPP: będziemy dążyć do wprowadzenia systemu no fault

W literaturze i dyskusjach często używa się takich terminów jak: „błąd w sztuce medycznej”, „błąd wiedzy medycznej”, „błąd lekarski”, „błąd w sztuce lekarskiej”, a czasami pojawia się także pojęcie „błędu leczniczego”. Często dochodzi do pomieszania tych pojęć. – Mógłbym do tego dodać jeszcze dwie definicje, które są wskazane w ustawie o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, czyli działania niezgodne z aktualną wiedzą medyczną, z nienależytą starannością oraz zdarzenia medyczne w związku z funkcjonowaniem wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych – mówił Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta.

Tłumacząc, skąd ten „misz masz” w nazewnictwie, wskazał, że zasadniczą kwestią jest brak „legalnej, zawartej w ustawodawstwie definicji błędu”. Podkreślił, że od strony teoretycznej należy jednak rozróżniać, czym jest błąd medyczny, a czym zdarzenie niepożądane.

– Błąd medyczny jest pojęciem węższym i co do zasady utożsamiany jest z winą – umyślną bądź nieumyślną. Natomiast zdarzenie niepożądane należy rozumieć szerzej – to szkoda, która powstała w trakcie leczenia, ale nie jest związana z naturalnym przebiegiem choroby i stanem zdrowia pacjenta – tłumaczył.

Chmielowiec podkreślił, że z punktu widzenia pacjenta najistotniejsze jest to, aby jego szkoda została zadośćuczyniona. – Wówczas najlepiej byłoby, gdybyśmy opierali się właśnie na definicji zdarzenia niepożądanego. Także w kontekście pacjenta najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie w Polsce systemu no fault, który nie będzie skupiał się na poszukiwaniu winnego, penalizacji – zaznaczył. –Z pełną determinacją będziemy dążyć do jego wprowadzenia w Polsce – zapowiedział.

Gdy pojawia się zwyczajny, ludzki strach

– Trudno nie zgodzić się z ministrem Chmielowcem, że system no fault jest najbardziej optymalny dla pacjentów. Pamiętajmy, że nie jest on ukierunkowany na zwolnienie z odpowiedzialności i brak zadośćuczynienia. A tak jest czasem, skrótowo, rozumiany –wskazuje prof. Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali.

Jego zdaniem, aby w Polsce taki system zaimplementować, wymagana jest przede wszystkim „ogromna zmiana o charakterze mentalnym” i u pacjentów, i w świadomości personelu medycznego. – Personel trzeba uświadamiać, że można i trzeba zdarzenia niepożądane zgłaszać, że należy rozmawiać z pacjentem, jego rodziną – mówił.

Zwrócił uwagę, że w obecnym „galimatiasie” trudno nawet znaleźć jakieś uniwersalne rozwiązanie w kwestii minimalizowania błędów medycznych, zdarzeń niepożądanych, skierowane chociażby do zarządzających szpitalami. – Na razie, gdy jest ryzyko odpowiedzialności karnej, na dobrą sprawę wszyscy chcą jej unikać, stąd tak niski poziom raportowania zdarzeń niepożądanych. Pojawia się zwyczajny, ludzki strach, dodatkowo potęgowany przez informacje medialne – ocenił prezes PFSz.

Według niego „na teraz” – by ograniczyć zjawisko zdarzeń niepożądanych – szpitale powinny dobrze współpracować z tzw. menedżerami ryzyka (towarzystwami ubezpieczeniowymi, brokerami), edukować personel przy aktywnym udziale partnerów zarządzania ryzykiem i przeciwdziałać „kulturze ukrywania błędów”.

Tak również można likwidować szkody medyczne

Piotr Daniluk, dyrektor ds. medycznych Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych Polski Zakład Ubezpieczeń Wzajemnych, podczas XVI Forum Rynku Zdrowia zwracał uwagę, że zgodnie z naukowym piśmiennictwem ok. 10% wszelkich działań w ochronie zdrowia może wiązać się z różnego rodzaju zdarzeniami niepożądanymi.

– Z drugiej strony doświadczenie wskazuje, że aż ok. 50% takich zdarzeń można uniknąć, między innymi za sprawą skutecznego zarządzania ich ryzykiem. Dlatego powinniśmy wiedzieć, w jaki sposób takie sytuacje rejestrować, poddawać analizie i wyciągać z nich wnioski – podkreśla dyr. Daniluk.

Przypomina, że TUW PZUW stosuje „unikalny mechanizm, w którym ubezpieczony jest zarazem członkiem towarzystwa ubezpieczeniowego”. – Ta zasada wzajemności stymuluje do aktywnego rejestrowania zdarzeń niepożądanych oraz wdrażania w związkach wzajemności członkowskiej (ZWC) mechanizmów zabezpieczających wszystkich członków danego ZWC przed wystąpieniem zdarzeń niepożądanych. W zasadzie jako jedyny ubezpieczyciel w Polsce jesteśmy w stanie wspierać podmioty lecznicze w minimalizowaniu ryzyka medycznego – powiedział Piotr Daniluk.

Dodał, że na to wsparcie składa się kilka elementów. Jednym z nich jest audyt – wizytacja medyczna w placówce (obecnie, z przyczyn epidemicznych takie wizytacje TUW PZUW stara się realizować zdalnie). Audyt pozwala m.in. określić, jakie działania należy wdrożyć, aby podnieść poziom bezpieczeństwa pacjentów.

– Kolejne elementy naszej współpracy z placówkami medycznymi to szkolenia, m.in. w zakresie rejestrowania i analizowania zdarzeń niepożądanych, a także dotyczące prowadzenia dokumentacji medycznej i komunikacji interpersonalnej. Jednym z kluczowych elementów tzw. proaktywnej likwidacji szkód jest zdefiniowanie – wspólnie z podmiotem leczniczym – tzw. krótkiej listy zdarzeń niepożądanych krytycznych, czyli takich, które w większości prowadzą do odpowiedzialności odszkodowawczej – wyjaśniał.

Ugoda zamiast długotrwałego procesu

– Do rozwiązywania takich kryzysowych sytuacji angażujemy cały zespół najlepszych specjalistów: prawników, lekarzy i ekspertów zajmujących się obsługą szkód medycznych. Jeśli zdarzenie zostało szybko zarejestrowane, docieramy do poszkodowanego pacjenta, lekarzy i zarządzającego szpitalem. Poznajemy opinie wszystkich stron – dodaje dyr. Daniluk.

– Kiedy mamy pewność, że zdarzenie objęte jest odpowiedzialnością z tytułu umowy OC, dążymy do możliwie szybkiego zawarcia ugody. Dążymy do tego, żeby uniknąć pozwów i postępowań sądowych, które oprócz tego, że trwają latami, są trudne dla wszystkich. Szukamy rozwiązania, które będzie korzystne dla każdej ze stron – podkreśla.

Na dobre strony takiego rozwiązania zwraca uwagę także dr Marcin Mikos, zastępca dyrektora ds. administracyjnych Szpitala Specjalistycznego im. J. Dietla w Krakowie: – Bzdurą jest twierdzenie, że jeśli dyrektor szpitala zawrze ugodę z pacjentem lub jego rodziną, to działa na niekorzyść szpitala. Wręcz przeciwnie – udana mediacja jest zawsze sukcesem menedżera – zaznacza.

Projekt w politycznej zamrażarce

Również dr Mikos ubolewa, że Polsce od wielu lat wszelkie próby przekonywania polityków do wdrożenia modelu no fault. – Nie można powiedzieć, że nic w ostatnich latach nie zrobiono w tym obszarze. Mamy Rzecznika Praw Pacjenta, są wojewódzkie komisje ds. orzekania o zdarzeniach medycznych, funkcjonuje Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia – przypomina. Jednak, w opinii dyrektora Mikosa, w Polsce nigdy nie wprowadziliśmy twardych instrumentów, w systemowy sposób służących bezpieczeństwu pacjentów oraz wnikliwemu monitorowaniu zdarzeń niepożądanych.

– W kontekście COVID-19 trwa dyskusja o zwolnieniu personelu medycznego z odpowiedzialności za ewentualne uchybienia w pracy w stanie wyższej konieczności, jaką stanowi pandemia. Przypomnę jednak, że w politycznej zamrażarce od trzech lat tkwi projekt ustawy o jakości w ochronie zdrowia i bezpieczeństwie pacjenta, przewidujący, między innymi wprowadzenie obligatoryjnego systemu raportowania ciężkich zdarzeń niepożądanych oraz zwolnienie personelu medycznego z odpowiedzialności, jeśli ujawnia te zdarzenia – podkreśla dr Mikos.

Naprawianie świata zacznijmy od siebie

Jak zatem zwiększyć efektywność rejestrowania zdarzeń niepożądanych w polskich placówkach medycznych? – Punktem wyjścia powinno być pilnowanie własnego podwórka. Jeśli chcemy naprawiać świat, zacznijmy od siebie i naszego najbliższego otoczenia - obrazowo odpowiada na to pytanie prof. Mirosław Wielgoś, kierownik I Kliniki Położnictwa i Ginekologii WUM.

W jego opinii, jednym z kluczowych warunków skutecznego monitorowania zdarzeń niepożądanych jest odpowiednie wyszkolenie kadr medycznych. – Za poziom tego wyszkolenia odpowiada w szpitalu przede wszystkim ordynator oddziału, kierownik kliniki oraz dyrektor podmiotu leczniczego – wylicza prof. Wielgoś.

I dodaje: – Osoby zarządzające zasobami ludzkimi w jednostkach ochrony zdrowia, które nie dbają o szkolenie swoich współpracowników, z własnej woli siadają ma minie. A ta, wcześniej czy później, eksploduje. Dlatego jestem gorącym zwolennikiem wysyłania pracowników na różnego rodzaju kursy i szkolenia także do innych ośrodków medycznych, aby poznawali różne praktyki.

– Drugą kluczową kwestię stanowi ścisłe, ciągłe i bieżące kontrolowanie przez zarządzających stanu dokumentacji medycznej. Jeśli jest dobrze prowadzona, w wielu sytuacjach może nas uratować – podsumowuje prof. Mirosław Wielgoś.

Chodzi o zasady zarządzania

Z kolei Ewa Książek-Bator, prezes zarządu HMS Assistance SA, zwróciła uwagę, że jakość prowadzonych przez placówki medyczne rejestrów zdarzeń niepożądanych, a następnie ich oceny, analizy i tzw. proaktywnego likwidowania szkód przede wszystkim zależy od osoby zarządzającej daną jednostką. Jak zaznaczyła, dzisiaj praktycznie każdy menedżer kierujący podmiotem leczniczym ma do dyspozycji odpowiednie narzędzia, aby takie analizy prowadzić. 

– Niestety, w naszej polskiej rzeczywistości  wciąż nie są to działania standardowe. Dzieje się tak albo z braku wiedzy obejmującej takie właśnie zagadnienia, albo wskutek obaw czy wręcz lęku przed konsekwencjami prawnymi – powiedziała ekspertka.

– Aby efektywnie korzystać z możliwości, jakie daje rzetelne rejestrowanie i analizowanie zdarzeń niepożądanych, konieczne jest wdrożenie w placówce określonych zasad zarządzania szkodami medycznymi, aby skutecznie niwelować ich skutki. Chodzi o doprowadzenie do sytuacji, w której przede wszystkim chronimy dobro pacjenta, ale z drugiej strony skorzystamy z ubezpieczenia, bo przecież w tym celu zawarliśmy stosowną umowę z ubezpieczycielem – podkreśliła prezes  Ewa Książek-Bator.

I dodała: – W naszym szpitalu wprowadziliśmy system wewnętrznej analizy zdarzeń niepożądanych. Na poziomie m.in. ordynatorów ocenialiśmy to, co się wydarzyło, wnikliwie sprawdzając, czy dane zdarzenie może skutkować odszkodowaniem, czy też możemy sami coś naprawić – podsumowała prezes HMS Assistance SA.

Porażki mogą nas wiele nauczyć

Również w opinii Agnieszki Staszewskiej, dyrektor biura ubezpieczeń placówek medycznych w Merydian Brokerski Dom Ubezpieczeniowy SA, najważniejszą kwestią z punktu widzenia bezpieczeństwa zarówno placówki medycznej, lekarzy, jak i pacjentów, jest właściwe raportowanie zdarzeń niepożądanych oraz prowadzenie rejestru.

Wskazywała, że to nie sukcesy nas uczą, ale przede wszystkim popełniane, a następnie odpowiednio analizowane błędy i porażki. – W należytym prowadzeniu rejestrów zdarzeń niepożądanych bardzo ważne jest wspieranie realizacji tego zadania przez osoby zarządzające podmiotami leczniczymi, które z jednej strony powinny zapewniać anonimowość zgłaszającym takie zdarzenia, a drugiej strony wskazywać personelowi placówki na minimalizowanie odpowiedzialności karno-finansowej – konkludowała Agnieszka Staszewska.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum