Trzy różne sytuacje, w tym dwie z tragicznym finałem, które relacjonowały media przez wszystkie przypadki odmieniając słowa "ratownictwo medyczne", czyli: Przepis nie wyręczy ludzi

Autor: WOK, EM • • 10 października 2008 15:31

15 lipca br., Szczawnik koło Muszyny. 12-letni Kamil został przygnieciony przez bramkę na boisku. Szybko trafił do szpitala w Krynicy. Lekarz dyżurny stwierdził jednak, że chłopca trzeba natychmiast przewieźć do szpitala w Nowym Sączu. Zadzwonił na pogotowie. Przez 12 minut przekonywał pracowników, że to pilny przypadek i życie dziecka jest zagrożone.

Dziecko doznało m.in. urazu serca. Kolonista prosto z boiska trafił - o godz. 14.10 - do szpitala w Krynicy. Tam zdecydowano, że trzeba je przewieźć do odległego o 40 km Nowego Sącza w celu wykonania dokładnej diagnostyki. W drodze do szpitala w Nowym Sączu chłopiec był przenoszony do innej karetki. Po dotarciu do Nowego Sącza próbowano go reanimować. Ok. godz. 18.00 stwierdzono zgon. Od wypadku do śmierci chłopca minęły ponad 4 godziny.

Czy Kamil miał szansę

To najgłośniejszy, szeroko relacjonowany w tym roku przez media, przypadek, w którym naszemu ratownictwu medycznemu zarzucono błędy w funkcjonowaniu. Czy słusznie? Odpowiedź nie jest łatwa. Okoliczności tragedii wyjaśnia prokuratura. Biegli dociekają m.in., czy Kamilowi nie można było pomóc już w szpitalu w Krynicy.
Niezależnie od wyniku postępowania, warto przypomnieć fragment rozmowy telefonicznej między krynickim szpitalem a pogotowiem (za dziennikiem Polska):
Szpital w Krynicy: - W trybie pilnym karetkę, bo trzeba dzieciaka przewieźć do Sącza.
Dyspozytorka: - Ja mam tylko jedną karetkę. Nie będę miała co wysłać w teren.
Szpital: - No, ale to jest wypadek właśnie.
Dyspozytorka: - Ale ja nie będę miała w ogóle nic do roboty, jeżeli nie będę miała karetki z lekarzem, jeśli będę miała jakiś masowy wypadek?
Szpital: - No ileż miała pani masowych wypadków w tym roku?!
- Nie zawinił system. Są procedury, trzeba umieć z nich skorzystać - tak tragedię skomentowała minister zdrowia Ewa Kopacz. Uznała, że wydarzenia w Szczawniku, "to zwykły błąd człowieka". Nawet jeśli uznamy, że minister z urzędu zwykle stara się bronić systemu, za który przecież odpowiada, to tragedia Kamila dowodzi - co słusznie zauważa minister - że nawet najdoskonalsze procedury nie wyręczą ludzi.
Pozostaje pytanie - czy Kamila uratowałoby wezwanie śmigłowca?
- Sprawa jest prosta, jeśli wzywamy śmigłowiec na miejsce wypadku i wtedy rzeczywiście wystarczy telefon. Inaczej jest, jak w tym pierwszym przypadku, gdy chodzi o transport między szpitalami - mówił Rynkowi Zdrowia dr Marek Sechn z zarządu Polskiego Towarzystwa Medycyny Ratunkowej. - Lot jest wówczas płatny i płaci za niego szpital wzywający śmigłowiec. Koszt wynosi około 7-8 tysięcy złotych, a więc sporo.
- Koszt zależy też od odległości, bo jeśli jazda samochodem potrwałaby około 30 minut, to nie opłaci się czasowo wzywać śmigłowca, bo on w warunkach polskich nie ląduje na dachu szpitala, tylko w pewnej odległości i tego pacjenta trzeba tam dowieźć karetką lub na wózku i to też trwa - zaznacza dr Sechn. - Tak więc sama procedura wezwania śmigłowca nie jest trudna, tylko, co potem...

Potrzebne wakacyjne wsparcie

27 lipca - kolejne głośne zdarzenie z udziałem pogotowia, (a raczej bez tego udziału) - chorego na serce turystę, który przebywał w Krynicy Morskiej, do szpitala zawozi syn, bo karetki z tego rejonu były u innych pacjentów. Wypoczywający razem z 65-letnim emerytem lekarz stwierdził, że u starszego mężczyzny mogło wystąpić migotanie przedsionków.
Na szczęście dojechali do szpitala. Tam pacjent otrzymał natychmiastową pomoc. Musiał przez kilka dni zostać pod opieką lekarzy. Dziś czuje się dobrze.
Za ratownictwo medyczne na Pomorzu odpowiada Urząd Wojewódzki, który tak rozdziela karetki, żeby w jak najkrótszym czasie dojechały do chorego. Przez dwa letnie miesiące NFZ kontraktuje dodatkowe samochody, by zapewnić opiekę tysiącom turystów, którzy przyjeżdżają na Hel i Mierzeję Wiślaną. Do 54 "całorocznych" ambulansów doszły trzy sezonowe - w Łebie, Krynicy Morskiej i w Ustce.
- Ale może zdarzyć się tak, że wszystkie karetki z okolicy są w terenie - powiedział Gazecie Wyborczej Maciej Merkisz z wydziału zarządzania kryzysowego w Pomorskim Urzędzie Wojewódzkim. - I wtedy rolą dyspozytora jest tak zorganizować pomoc, aby karetki dotarły jak najszybciej do chorego, a nie chory sam do szpitala. Należy ustalić, skąd może przyjechać pogotowie i je wysłać. Wyjaśnimy, co stało się w Krynicy Morskiej. Takie sytuacje są niedopuszczalne.
16 sierpnia - młoda kobieta z Rusinowic (woj. śląskie) odniosła bardzo poważne obrażenia podczas trąby powietrznej. Karetka pogotowia przywiozła 20-letnią Patrycję, będącą już w ciężkim stanie, na izbę przyjęć szpitala w Lublińcu, ale tam nie było lekarza - informowała Gazeta Wyborcza. Dziewczynę przewieziono do kolejnego szpitala w Blachowni, gdzie zmarła.

Co się stało w szpitalu

Okazało się, że do oddalonych o 10 kilometrów od Lublińca Rusinowic wysłano karetkę z ratownikami medycznymi. Jak relacjonuje kierowniczka pogotowia w Lublińcu Katarzyna Kiełek, wysłano karetkę bez lekarza, bo dyspozytorka miała nieprecyzyjne informacje - podała Gazeta. Natomiast Józef Maciolek, szef lublinieckiego ZOZ-u twierdzi, że nie było wolnej karetki z lekarzem, bo ta udzielała pomocy mężczyźnie przygniecionemu przez drzewo.
Pacjentki w lublinieckim szpitalu nie zbadano. Nie ma nawet śladu w dokumentacji szpitalnej, że tam była - podaje Gazeta Wyborcza. 20-letnia kobieta była w coraz gorszym stanie, dlatego postanowiono ją przetransportować do innego szpitala, prawdopodobnie w Częstochowie. Zespół karetki, widząc jednak coraz gorszy stan pacjentki, zatrzymał się w Blachowni. Minęły już dwie godziny od wypadku. I dopiero tam ranna otrzymała pomoc. Pomoc, która przyszła za późno...
Dwa lata temu kosztem wielu milionów złotych uruchomiono w Lublińcu Centrum Powiadamiania Ratunkowego. Dyżurują tam strażacy i dyspozytorki pogotowia. Jak rozważają dziennikarze, być może Patrycja zostałaby uratowana, gdyby w szpitalu w Lublińcu uruchomiono - jak zapowiadano - oddział ratunkowy. Być może...
Prokuratura tę sprawę bada pod kątem nieumyślnego spowodowania śmierci.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum