To się dzieje w XXI wieku

Autor: Luiza Jakubiak • • 15 maja 2009 11:57

Epidemia cholery w Zimbabwe nadal nie jest opanowana i zagraża wielu krajom południowej Afryki

Wojna domowa w Angoli (1975- 2002) pogrążyła kraj w ruinie. Zamiast bardzo dobrych dróg - schedy po Portugalczykach - pozostały pola minowe i tragiczny stan opieki medycznej. - Kiedy zakończyła się wojna, zaczął się etap budowy szpitali, poprawiła się dostępność leków. Teraz nawet w nadzorowanym przez nas szpitalu misyjnym w Kifangongo pod Luandą łatwiej niż w Polsce jest kupić niektóre leki do leczenia chorób tropikalnych - mówi dr Wacław Nahorski, kierownik Krajowego Ośrodka Medycyny Tropikalnej w Gdyni.

- Są jeszcze problemy z właściwym podziałem fachowego wsparcia medycznego: podobnie jak w Polsce lekarze nie chcą pracować na wsi, tylko kierują się do większych ośrodków - dodaje dr Nahorski.

Angola powoli jednak podąża w kierunku takich państw, jak RPA, Namibia czy Mozambik, w których opieka medyczna, jak na warunki afrykańskie, funkcjonuje w miarę dobrze. W przeciwnym kierunku zmierza Zimbabwe. Bogaty niegdyś kraj ze znakomitą infrastrukturą medyczną, po eksperymentach reżimu Roberta Mugabe z socjalizmem, teraz nie może sobie poradzić z epidemią cholery.

Z danych z końca marca 2009 roku wynika, że jest ok. 94 tys. zachorowań i ponad 4 tys. zgonów. Ale te liczby mogą nie odpowiadać prawdzie. Reżim Mugabe stara się zaniżać statystyki zgonów. Po drugie, jak zauważa doktor Nahorski, przypuszczalnie tych zgonów jest więcej.

Idealne warunki dla chorowania

- W świecie nadal istnieją rezerwuary i ogniska cholery, a od czasu do czasu ujawniają się one wybuchem poważniejszej epidemii, z jaką mamy właśnie do czynienia w Zimbabwe - mówi prof. Zbigniew Pawłowski, ekspert WHO ds.chorób tropikalnych i pasożytniczych, nestor polskiej medycyny tropikalnej, profesor emerytowany Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu.

Powodem wybuchu tej epidemii jest wieloletni kryzys polityczny i ekonomiczny w tym kraju, wpływający niekorzystnie na stan odżywienia i odporność miejscowej ludności oraz powodujący załamanie się stanu sanitarnego kraju i działania instytucji ochrony zdrowia.

- Epidemia nadal nie jest opanowana i zagraża wielu krajom południowej Afryki. W RPA ostatnio zanotowano 3 tysiące przypadków cholery. Dostęp do bezpiecznej wody pitnej jest znacznie ograniczony, systemy sanitarne na ogół nie działają, żywność jest często skażona drobnoustrojami pochodzącymi z kału - wylicza prof. Pawłowski.

- Wiele szpitali, o ile nie zostały zamknięte, nie działa jak należy. Personel medyczny jest źle opłacany, pielęgniarki często nie mają pieniędzy na bilet, aby dojechać do pracy. Zubożała ludność nie ma pieniędzy na pobyt w szpitalu, a w peryferyjnych rejonach kraju pozostaje nieświadoma, jak unikać zarażenia i co robić w razie zachorowania - mówi profesor.

Patogenne szczepy przecinkowca cholery wydzielają enterotoksynę, prowadzącą do utraty elektrolitów i wody w jelicie cienkim. Stąd jednym z groźnych objawów cholery jest wodnista biegunka bez gorączki. Zarażony człowiek może utracić od kilku do kilkunastu litrów wody na dobę. Tak znaczna utrata płynów może doprowadzić do zgonu już w ciągu kilkunastu godzin.

Na szczęście uszkodzenie nabłonka jelita jest "jednorazowe" i jego czynność powoli wraca do normy, stąd o ile pacjent przeżyje pierwsze 4 dni, zwykle zdrowieje. Dla uratowania chorego potrzebne jest jego szybkie nawadnianie, w ciężkich przypadkach - przez podawanie znacznych ilości płynów dożylnie.

Brak kroplówek, które ratują życie

W warunkach afrykańskich dostawa dużej ilości sterylnych płynów może być problemem.

- W latach 90. poprzedniego stulecia w czasie epidemii w Peru do przygotowywania tego rodzaju płynów zaadaptowano lokalną fabrykę Coca-Coli. W celu szybkiego dostarczania ciężko chorych do klinicznego centrum "nawadniania" niekiedy powinno się używać transportu helikopterowego. W lżejszych przypadkach - bo przebieg choroby bywa też mało gwałtowny - wystarcza podawanie odpowiedniej ilości płynów doustnie - dodaje prof. Pawłowski.

Śmiertelność chorych umieszczonych na czas w szpitalach nie powinna przekraczać 1%, ale u chorych niehospitalizowanych może wynosić ponad 5 procent, tak jak to się dzieje w Zimbabwe.

Doktor Nahorski porównuje obecną sytuację w Zimbabwe do swoich doświadczeń z pracy w szpitalu w Angoli w czasie epidemii tej choroby: - Szybkość podania kroplówki z uzupełnieniem elektrolitów decydowała o szybkim powrocie do zdrowia pacjentów. I odwrotnie, z powodu ich braku pacjenci umierali. Czasem kroplówek brakowało, bo były przetrzymywane w jakimś magazynie, z powodu złej organizacji dystrybucji leków.

Mimo dużego wysiłku organizacji międzynarodowych, w tym Światowej Organizacji Zdrowia, trudno jest zahamować epidemię, której utrzymywanie się jest zależne od wielu czynników politycznych, społecznych oraz ekonomicznych i od współdziałania wielu resortów, nie tylko tego, który zajmuje się zdrowiem ludności.

- Obecnie na terenie Zimbabwe działa ponad 500 pracowników Lekarzy bez Granic, ale nie bez pewnych trudności.

Są nimi wysokie opłaty za wizy pobytowe i trudności w uzyskaniu pozwolenia na pracę szybciej niż po miesiącu, niedostatek leków i wyposażenia, wysokie cła na leki importowane - twierdzi Zbigniew Pawłowski.

Śmiertelne żniwo

Równie śmiertelne żniwo zbiera w ostatnich miesiącach malaria w Kenii. Choć jak zauważa dr Wacław Nahorski, liczba krajów objętych endemicznym występowaniem malarii to obecnie ponad 110 państw.

W świecie transmisja malarii jest możliwa na terenach zamieszkanych przez 2,1 miliarda ludzi (możliwość występowania epidemii). Na malarię zapada rocznie od 300 do 500 mln ludzi, umiera ponad 1 mln, z tego 90% w Afryce. W samej Afryce subsaharyjskiej chorzy na malarię zajmują blisko 50% łóżek szpitalnych i stanowią do 40% przyjęć ambulatoryjnych.

- Prawdziwe epidemie malarii, czyli szybki wzrost liczby zachorowań na terenach, na których ta choroba ostatnio nie była problemem zdrowotnym, nie występują często. Roboczo i potocznie epidemiami malarii nazywa się sytuacje, w których następuje znaczny wzrost zachorowań na terenach endemicznych, często sezonowy, np. w Kenii. Wzrost zachorowań można przewidzieć i logistycznie przygotować się na jego wystąpienie - wyjaśnia prof.
Pawłowski.

Kenia jest przykładem kraju endemicznego dla malarii o bardzo zróżnicowanym występowaniu zachorowań. Na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego i w rejonie jeziora Wiktoria wysoki poziom transmisji malarii utrzymuje się przez cały rok (tam zaraża się większość naszych turystów); wokół tych terenów istnieje dość wysoka całoroczna transmisja malarii nasilająca się sezonowo, zwykle w porze deszczowej; niewielka, ale też całoroczna transmisja, z sezonowymi zaostrzeniami, utrzymuje się w rejonach bardziej suchych i na płaskowyżu zachodnim; niska transmisja malarii ma miejsce w górach i w suchych okolicach Kenii.

Narodowy plan w Kenii

W roku 2001 w Kenii wprowadzono narodowy plan zwalczania malarii polegający na udostępnieniu leków przeciwmalarycznych, zwalczaniu malarii u ciężarnych, propagowaniu moskitier i zapobieganiu "epidemii". W latach 2003- 2007 program ten rozszerzono, włączając malarię do programu zintegrowanego zwalczania chorób wieku dziecięcego i wprowadzając leczenie w domu dzieci gorączkujących, u których podejrzewa się malarię. Ponadto:
wprowadzono regularne leczenie zarażeń Plasmodium u ciężarnych
rozpowszechnia się używanie moskitier w domach zamieszkanych przez ciężarne i dzieci do lat 5
w 16 dystryktach prowadzone są akcje zwalczania komarów przez opylania domów insektycydami.

- Zwrócenie uwagi na ciężarne i dzieci do lat 5 wiąże się ze szczególną wrażliwością tych grup na zachorowania na malarię połączone z wysoką śmiertelnością - tłumaczy prof. Zbigniew Pawłowski. - W miarę przebywania w rejonach endemicznych odporność nabyta, wzbudzana wielokrotnym kontaktem z pasożytem, który działa jako naturalna "szczepionka", często osłania osoby dorastające lub dorosłe przed śmiertelnym zachorowaniem na malarię, ograniczając objawy do sporadycznych, nieregularnych napadów gorączki.

Szczepionki przeciwko malarii nie ma, mimo prac nad jej wynalezieniem trwających od ponad 20 lat (jedna z potencjalnych szczepionek jest na etapie prób klinicznych). Profilaktycznie podawane są leki, które ze względu na lekooporność zarodźców zostały zastąpione preparatami kombinowanymi, podawanymi zazwyczaj już w terapii u osób z objawami tej choroby.

Fundusze

przeznaczone na zwalczanie malarii w Kenii i innych krajach afrykańskich są znaczne. Ich skutecznemu spożytkowaniu przeszkadza niedostateczna infrastruktura opieki zdrowotnej (brak lekarzy, korupcja urzędników), niedostatek rozwoju podstawowej opieki zdrowotnej, brak odpowiedniej edukacji zdrowotnej społeczeństwa i jego ograniczone zasoby materialne, nie pozwalające na korzystanie z często odpłatnej opieki zdrowotnej i z zakupu potrzebnych leków.

- W Afryce spotykam się z brakiem świadomości ryzyka zakażenia się drogą pokarmową, np. przez spożywanie wody nieuzdatnionej do picia - mówi doktor Nahorski. Problemem dla tych ludzi jest brak wiedzy o skutecznej profilaktyce, a czasem - bardziej niż badań i leków - brakuje czystej wody, lepszego odżywiania i edukacji.

Nasi eksperci podsumowują: - Jeden ze znanych malariologów powiedział przed laty, że malaria przestanie być problemem w świecie za ok. 25 lat. Wówczas w każdej szkole afrykańskiej będzie zagwarantowany dostęp do komputera i do odpowiedniej oświaty zdrowotnej, podanej w atrakcyjnej formie. Trzeba jednak pamiętać, iż większość osób zamieszkujących Afrykę nie ma nadal dostępu do czystej wody i elektryczności, nie mówiąc o komputerach...

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum