Tak rujnują sobie kariery

Autor: Marek Wroński • • 12 lipca 2011 09:10

Kanty, oszustwa i plagiaty naukowe mają miejsce nie tylko w Polsce. W tym artykule piszę o spektakularnych, ostatnich takich przypadkach w Niemczech, a dotyczących nauk medycznych.

Tak rujnują sobie kariery
Sprawa nierzetelnej habilitacji z 1993 r. prof. Ryszarda Andrzejaka, byłego rektora wrocławskiej Akademii Medycznej, przewinęła się przez strony prawie całej polskiej prasy. Wznowiona w 2010 r. procedura habilitacyjna toczy się od pół roku na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Jagiellońskiego i ze względu na terminy administracyjne powinna znaleźć rozstrzygnięcie najpóźniej jesienią br.

Ślamazarnie ciągnący się od ponad dwóch lat skandal kosztował rektora Andrzejaka utratę prestiżu i dobrego imienia, konieczność zrezygnowania ze stanowiska, zaś Wydział Lekarski AM we Wrocławiu, ze względu na ociąganie się z przeprowadzeniem wznowienia, na trzy lata utracił uprawnienia habilitacyjne.

Nierzetelna habilitacja

Podobna do wrocławskiej historia toczy się obecnie na Uniwersytecie w Bayreuth, w Niemczech, gdzie ponownej kontroli poddano habilitację z 1983 r. prof. Hansa- Hermanna Dickhutha. Ten znany profesor, lekarz sportowy i kierownik tamtejszego Oddziału Rehabilitacji i Zapobiegania Urazom w Medycynie Sportowej, jest prezesem Światowej Federacji Towarzystw Medycyny Sportowej. Sprawa wyszła na jaw w marcu br., kiedy tygodnik "Der Spiegel" (a za nim inne gazety) opublikował dość szczegółowy artykuł "Jedno badanie, trzy stopnie naukowe", w którym zarzucono prof. Dickhuthowi plagiat obronionej 28 lat temu habilitacji z chorób wewnętrznych.

Kilka miesięcy wcześniej zarzuty te wysunął prof. dr Wilhelm Schänzer, dyrektor Instytutu Biochemii w Wyższej Szkole Sportu w Kolonii i wybitny specjalista od kontroli antydopingowej.

Zbierając piśmiennictwo, przypadkowo zauważył, że doktorat Marzenny Orłowskiej i habilitacja Hansa-Hermanna Dickhutha mają zbyt wiele podobieństw w tekście, ilustracjach i tabelach.

Rektor Uniwersytetu Bayreuth, należącego do pierwszej dziesiątki najlepszych i prestiżowych uczelni w Niemczech, powołał specjalną komisję ds. oceny przewodów, bowiem obie prace zostały tam właśnie wykonane. Przewodniczącą komisji jest Letizia Paoli - profesor kryminologii z Katolickiego Uniwersytetu w Leuven (Belgia), która jest Włoszką, ale wiele lat pracowała w niemieckich placówkach naukowych.

Skandal ujawniły władze uniwersyteckie, bowiem okazało się, że kiedy komisja zażądała wszystkich prze wodów doktorskich i habilitacyjnych z ostatnich 30 lat, to w przekazanych materiałach zabrakło 13 doktoratów.

Przy okazji odkryto, że od habilitacji prof. Dickhutha mało się różni praca doktorska jego żony. Naukowiec został na 6 tygodni zawieszony (bez pensji) "aby miał czas odnaleźć i przygotować brakujące dysertacje".

Dwie obrony

Dr med. Marzenna Orłowska-Volk - dziś 55-letnia doświadczona specjalista-patomorfolog, do Niemiec przyjechała z Polski jako nieznająca niemieckiego 18-letnia dziewczyna. Pracowała i studiowała medycynę, zaś po studiach trafiła do Zakładu Medycyny Sportowej Uniwersytetu w Bayreuth, gdzie miała okazję zrobić doktorat. Jak opowiedziała reporterowi "Der Spiegel", w owym czasie myślała o specjalizacji z interny, stąd temat pracy doktorskiej dotyczył wielkości serc u sportowców w porównaniu z osobami nieuprawiającymi wyczynowo żadnej dyscypliny. Interesowało to ostatnio prof. Wilhelma Schänzera, który sprawdzał, jak niektóre środki dopingowe (anaboliki sterydowe) powiększają mięsień sercowy, i w ten sposób "natknął się" na obie dysertacje.

Z wypowiedzi dr Orłowskiej wynikało, że ówczesny adiunkt Dickhuth zasugerował jej temat doktoratu i później nadzorował badania, które ona wykonywała samodzielnie. Kiedy po dyskusjach oraz poprawkach tekst pracy doktorskiej już był przez nią napisany i gotowy do przekazania dziekanowi, nagle gładko dotychczas biegnący przewód doktorski został zahamowany na kilka dobrych miesięcy wskutek licznych uwag doktora Dickutha. Jednocześnie on sam otworzył przewód habilitacyjny. Na obronie habilitacji dr Orłowska zauważyła, że szereg badań i wniosków pochodzi z jej pracy, ale nie odważyła się publicznie kwestionować oryginalności pracy Dickhutha.

W kilka tygodni po obronie własnej habilitacji świeżo upieczony docent nie miał już żadnych zastrzeżeń i doktorat Marzenny Orłowskiej został obroniony.

O tym, że habilitacja jest w znacznym stopniu plagiatem jej pracy, dowiedziała się dopiero, kiedy była przesłuchiwana przez komisję prof. L. Paoli, bowiem wcześniej nigdy nie miała w ręku monografii habilitacyjnej swojego byłego szefa.

Przeszła później do Zakładu Patologii Uniwersytetu we Freiburgu (Badenia- Wirtembergia), gdzie pracuje do dzisiaj, zaś jej kontakty z docentem się urwały. Jest wdową po znanym profesorze neuropatologii Benedykcie Volk.

Trwa dochodzenie

Prof. Dickhuth, który w połowie kwietnia br. powrócił do pracy na Uniwersytecie, ustami swojego adwokata zaprzecza jakimkolwiek "nieprawidłowościom odnośnie jego habilitacji". Na temat "nadzwyczajnego podobieństwa" pracy doktorskiej jego żony do obydwu monografii nie chciał się wypowiadać.

Uniwersytet Bayreuth nadal prowadzi dochodzenie, chcąc jasno stwierdzić "kto od kogo przepisywał". Zapewne po wakacjach poznamy wnioski. Sama sprawa znikła na razie z łamów gazet, bowiem została w ostatnich kilku miesiącach "przytłumiona" sprawą plagiatowego doktoratu byłego ministra obrony Niemiec Karla-Theodora zu Guttenberga. Tutaj stopień doktorski został odebrany w ciągu kilku tygodni od wybuchu skandalu, a plagiator zrezygnował ze wszystkich zajmowanych stanowisk.

Rektor uniwersytetu prof. dr Rüdiger Bormann 11 maja br. oznajmił, że specjalna komisja powołana do oceny nierzetelnej pracy doktorskiej stwierdziła, iż plagiat około 40 stron tekstu był "intencjonalny". Otwiera to drogę do odpowiedzialności karnej tego byłego popularnego polityka, szczególnie że obecnie prokuratura w Bayreuth prowadzi przeciwko niemu śledztwo.

W Niemczech - podobnie jak i w Polsce - plagiat jest przestępstwem ściganym z oskarżenia publicznego.

Amerykanie demaskują

Sprawa, która na wiosnę tego roku zbulwersowała niemieckie i światowe środowisko naukowe, rozpoczęła się pod koniec października 2010 r., kiedy amerykański prestiżowy miesięcznik naukowy "Anesthesia & Analgesia" opublikował informację, że podjął kroki celem retrakcji (unieważnienia) publikacji naukowej prof. dr. Joachima Boldta, kierownika Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii Centrum Medycznego w Ludwigshafen. Jest to wielki i nowoczesny szpital kliniczny w Nadrenii- Palatynacie, naukowo podlegający Uniwersytetowi Johanna Guttenberga w Moguncji (Mainz).

Cała historia zaczęła się rok wcześniej.

W grudniu 2009 r. prof. Boldt wraz z kilkoma współpracownikami opublikował pracę "Cardiopulmonary Bypass Priming Using a High Dose of a Balanced Hydroxyethyl Starch Versus an Albumin-Based Priming Strategy" (Anesthesia & Analgesia 2009; 109: 1752-1762). Stwierdził w niej, że zastosowany koloid (tzw. sztuczna plazma krwi) dawał mniejsze odczyny zapalne, mniej uszkadzał śródbłonek naczyń i lepiej wspomagał procesy koagulacji niż zastosowane albuminy (będące "prawdziwą" plazmą krwi). W kilka tygodni po publikacji redakcja otrzymała e-mail od uważnego czytelnika, który zwrócił uwagę na niejasności w danych. Poproszony o wyjaśnienie, prof. Boldt najpierw udzielał "mętnych" i niesatysfakcjonujących wypowiedzi, a potem zamilkł.

Redaktor naczelny miesięcznika Steven L. Shafer, młody, prężny profesor farmakologii i anestezjologii z Columbia University w Nowym Jorku, zdecydował się poprosić o pomoc w wyjaśnieniu sprawy mało prawdopodobnych danych. Zwrócił się do Okręgowej Izby Lekarskiej (LÄK) Nadrenii-Palatynatu, która ma prawo prowadzenia dochodzeń w przypadku zarzutów dotyczących lekarzy.

To nie jest nowicjusz

W połowie października 2010 r. Izba Lekarska przesłała do redakcji miesięcznika "Anesthesia & Analgesia" oficjalne pismo, w którym stwierdzono, że metodyka badań, które opublikował prof. Joachim Boldt, nie została zaakceptowana przez miejscową Komisję Bioetyki. Brak jest indywidualnych zgód pacjentów, nie ma dowodów na randomizację badań, zaś kwestionariusze oceny pacjentów po przeprowadzonych zabiegach nie zostały wypełnione.

Te fakty wystarczyły redakcji, aby publikację prof. Boldta unieważnić (retraktować), co nastąpiło w oficjalnym komunikacie wydrukowanym na łamach czasopisma w grudniu 2010 r. We wcześniej opublikowanym komentarzu poinformowano, że Izbę Lekarską zaniepokoił także fakt, iż w ciągu kilkumiesięcznego dochodzenia prof. Boldt nie był w stanie dostarczyć tzw. surowych danych.

W szczególności chodziło o kopie historii chorób, kopie oryginalnych wyników badań laboratoryjnych, dyski z zapisami monitoringu klinicznego badanych pacjentów i inne dane z każdego badania klinicznego, które się ewidencjonuje i przechowuje, aby w razie kontroli móc potwierdzić rzetelność publikowanej pracy i jej wyników. Wzbudziło to podejrzenie, że dane z tej pracy zostały wymyślone.

Izba Lekarska prowadzi w tej sprawie odrębne dochodzenie i poinformuje bezzwłocznie o jego ustaleniach. 56-letni Joachim Boldt nie był nowicjuszem w pracy naukowo-klinicznej. Mianowany profesorem w 1993 r., jest autorem ponad kilkuset prac naukowych.

Jako anestezjolog zajmował się anestezją w zabiegach kardiochirurgicznych i był znanym orędownikiem stosowania koloidów (hetastarch - HES - hydroxyethyl starch) zamiast krystaloidów w zabiegach chirurgicznych przebiegających z dużym krwawieniem śródoperacyjnym.

W swoich pracach propagował i udowadniał, że koloidy są bezpieczne i bardziej fizjologiczne dla pacjentów niż albuminy i krystaloidy, aczkolwiek prawie 10-krotnie droższe.

Wcześniejsze prace innych autorów wskazywały, że koloidy niosą za sobą niebezpieczeństwo poważnych powikłań pooperacyjnych i o prawie 4% zwiększenie śmiertelności. Publikacje prof. Boldta jednak przeważyły i obecnie koloidy są powszechnie stosowane z wyboru w tego typu "krwawych" operacjach w Europie, jak również w medycynie wypadkowej oraz intensywnej terapii na całym świecie.

A jednak sfabrykowana

Pod koniec lutego 2011 r. Izba Lekarska przesłała na ręce prof. Stevena Shafera drugi list, w którym poinformowano redakcję, że badana wcześniej praca prof. Boldta, którą czasopismo retraktowało z powodu braku zgody lokalnej Komisji Bioetycznej, została sfabrykowana! W toku dochodzenia ustalano, że nie ma żadnych danych dotyczących jakoby badanych pacjentów, jak również żadnych wyników laboratoryjnych.

Szef zespołu perfuzjonistów (techników laboratoryjno-medycznych, którzy obsługują aparaty krążenia pozaustrojowego na sali operacyjnej) stwierdził, że albuminy nie były u nich stosowane od 1999 r., stąd prof. Boldt nie mógł prowadzić badań z ich użyciem. Podobnie stwierdziła szpitalna apteka, że od wielu lat nie dostarczała albumin do podawania śródoperacyjnego na kardiochirurgiczną salę operacyjną, gdzie jakoby miały być używane. Współautorzy pracy oświadczyli, że nie brali w niej udziału, zaś prof. Boldt przyznał się, że sfałszował ich podpisy, przesyłając maszynopis do druku.

Co więcej, Okręgowa Izba Lekarska Nadrenii-Palatynatu oświadczyła, że dotychczas potwierdzono, iż ze 101 artykułów, które prof. Joachim Boldt opublikował, pracując w Centrum Medycznym w Ludwigshafen, 89 nie ma zgody Komisji Etycznej. Oznacza to, że czternaście czasopism, w których je wydrukowano, musi je unieważnić. Jest to największa retrakcja w dotychczasowej historii patologii nauki.

Komunikat Izby odbił się głośnym echem w Niemczech. Profesor Joachim Boldt, wiedząc, co się święci, już z końcem grudnia 2009 r. zrezygnował z kierownictwa Kliniki Anestezjologii, zaś w marcu 2011 r. Uniwersytet w Moguncji odwołał go ze stanowiska profesora. Centrum Medyczne powołało swoją Komisję Specjalną, na czele której stanął prof. Eike Martin z Uniwersytetu w Heidelbergu. Zaczęła ona prowadzić audyt danych w zakwestionowanych publikacjach.

Mit "rzetelnej nauki"

Na razie okazało się, że w 29 pracach brakuje wyników świadczących, iż badania kliniczne rzeczywiście przeprowadzono. W pozostałych jakieś dane są, ale w większości nie odpowiadają temu, co prof. Boldt opublikował. Na ostateczny wynik dochodzenia trzeba będzie poczekać zapewne wiele miesięcy.

Jednak już dzisiaj wiadomo, że wytyczne dotyczące stosowania koloidów muszą być zrewidowane i trzeba je oprzeć o nowe, solidne badania kliniczne.

Dotychczasowe wytyczne opierały się w dużej mierze na pracach prof. Joachima Boldta. Brytyjskie Towarzystwo Terapii Dożylnej już wycofało zalecenia i aprobatę koloidów ze swojej strony internetowej. Los Joachima Boldta jest przesądzony - już nigdy nie wróci do wysoko płatnej w Niemczech medycyny uniwersyteckiej.

Jest za to możliwe, że stanie przed sądem, bowiem za oszustwa naukowe w Niemczech grozi kara więzienia i wysoka grzywna. Na naszych oczach rozpadł się mit "rzetelnej, niemieckiej nauki".

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum