Tajemnica we wskazaniach

Autor: Luiza Jakubiak • • 10 grudnia 2009 14:58

Wydaje się, że model finansowania drogich terapii w Czechach jest bardziej przejrzysty niż w naszym kraju

W Centrali Narodowego Funduszu Zdrowia odbyło się w październiku br. spotkanie kierownictwa Departamentu Gospodarki Lekami NFZ z prof. Romanem Hajkiem, przewodniczącym Czeskiej Grupy Szpiczakowej. Profesor z brneńskiego Uniwersytetu Masaryka przedstawił zasady funkcjonowania oraz zalety czeskiego systemu finansowania farmakoterapii, szczególnie dotyczące przejrzystości podejmowania decyzji refundacyjnych, opartych na jasnych kryteriach. Rozmowa w NFZ traktowała również o konieczności uszczelnienia systemu pokrywania kosztów drogich terapii i poprawy kontroli wydatków na leki.
Czym może zachwycić naszych urzędników czeski system? Bynajmniej nie tym, że jest w nim znacznie więcej pieniędzy. Również nie tym, że w Czechach jest kilku płatników. To akurat, w opinii profesora Hajka, nie ma znaczenia: - Wpływy ze składki zdrowotnej są dzielone między publiczne ubezpieczalnie, zaś istnienie kilku firm ubezpieczeniowych rozwiązuje tylko problem ofert ponad-standardowych.
Zdaniem profesora, różnica polega na tym, że dostępne środki są racjonalniej dystrybuowane. To oznacza m.in. istnienie jasnych kryteriów kwalifikowania pacjentów do leczenia drogimi lekami.

Negocjacje cen

W Czechach ustalaniem ceny leku zajmuje się podległy resortowi zdrowia Komitet Kategoryzacji Leków. Jeżeli żaden z uczestników rynku nie zgłasza uwag, produkt jest refundowany.
Jednak ubezpieczalnie mają prawo się odwołać od decyzji urzędu. I często tak się dzieje, szczególnie w przypadku drogich leków, kiedy fundusze ubezpieczeniowe nie godzą się na warunki finansowania terapii i składają odwołania od urzędowej decyzji. Potem następuje etap negocjacji cenowych z firmami farmaceutycznymi. W ramach odwołania ubezpieczyciele mogą się też zwrócić do ekspertów medycznych z zakresu określonego schorzenia o wytyczne. - Płatnicy chcą mieć więcej informacji, ile na przykład będą potrzebować pieniędzy na sfinansowanie terapii.
Eksperci określają więc jasne wskazania do stosowania danego leku.
- Staramy się określać maksymalnie wąskie kryteria do stosowania drogich leków, by nasz system mógł udźwignąć ich finansowanie - deklaruje Roman Hajek. Chociaż, jak przyznaje, proces odwołań potrafi ciągnąć się latami.
Zdaniem profesora, kryteria stosowania leku u chorego pozwalają również określić, kiedy należy przerwać leczenie, gdy lek okazuje się nieskuteczny. Jeżeli pacjent upiera się przy terapii, musi płacić za nią sam albo poszukać sponsora. W innej sytuacji odbierana byłaby szansa innym osobom, które na leczenie odpowiadają.

W ramach dostępnych środków

- Naszym celem jest to, by w ramach dostępnych środków można było wyleczyć właściwych pacjentów i by pieniądze nie wyciekły z systemu z powodu złych wskazań. Nie wolno nam dyskrymino-wać pacjentów i przy podejmowaniu decyzji kierujemy się unijnymi standardami. Ale mamy świadomość, że nasza gospodarka nie jest tak silna, jak np. niemiecka czy francuska. Nasze kryteria stosowania danego leku muszą być jeszcze bardziej ostre. Dlatego tak ważne jest wyselekcjonowanie grupy pacjentów faktycznie potrzebujących leku - tłumaczy profesor.
Dodatkowo co roku ubezpieczalnie otrzymują informacje na temat skuteczności danej terapii, którą finansują, efektywności kosztowej, ewentualnych działań niepożądanych.
Jeśli lek jest zarejestrowany i zakwalifikowany do refundacji, ubezpieczalnie muszą za niego zapłacić. - Ubezpieczal-nie wiedzą, że jesteśmy po ich stronie i działamy w ich interesie - mówi Hajek, ale na pytanie, co się dzieje w sytuacji, gdy firmy nie mają pieniędzy, odpowiada: - To problem, który muszą same rozwiązać...

Firmy nie były zadowolone

Surowość kryteriów, o której wspomina prof. Hajek, była często krytykowana przez firmy farmaceutyczne. Z powodu ograniczenia liczby pacjentów uprawnionych do korzystania z drogich terapii dochody niektórych producentów leków spadły w Czechach o miliony koron. Część firm nie decydowała się nawet na wchodzenie ze swoimi produktami na czeski rynek.
W innych przypadkach poziom refundacji drogich terapii był tak niski, że pacjentów nie było stać na dopłacenie różnicy w cenie preparatu. Pozostawał im wybór tańszej, starszej opcji leczenia.
Z drugiej strony pieniędzy na nowe terapie nie było za dużo. Czesi przyzwyczaili się przez lata komunizmu do bardzo tanich lub w pełni refundowanych przez państwo leków powszechnie stosowanych, w tym leków bez recepty - od antybiotyków, po leki przeciwbólowe i syropy na kaszel. Czech płacił średnio trzy razy mniej za farmaceutyki niż przeciętny mieszkaniec Europy.
Kiedy państwo płaci za powszechnie stosowane leki, z których korzysta ogół społeczeństwa, pozostaje niewiele pieniędzy na drogie leki, często dedykowane w schorzeniach rzadkich. Rozwiązaniem miało być wprowadzenie współpłacenia za usługi medyczne.
Takie współpłacenie wprowadzono w 2008 roku. Od 1 stycznia 2008 roku za każdą wizytę u specjalisty trzeba zapłacić 30 koron, doba szpitalna kosztuje dwukrotność tej sumy, 90 koron płaci się za interwencję pogotowia ratunkowego od godz. 17.00 do 7.00 rano, 30 koron za każdy przepisany na recepcie lek. Na jednej recepcie mogą się znaleźć maksymalnie dwa specyfiki, a każdego może być najwyżej po trzy opakowania.

Pukanie do resortu finansów

Światowy kryzys finansowy obnażył niedostatek tego rozwiązania. Podobnie jak w Polsce, w Czechach również nie ustają pukania do drzwi resortu finansów o zwiększenie wydatków z budżetu państwa na ochronę zdrowia. Pesymiści przewidują, że bez zwiększenia wydatków w 2010 roku pieniędzy na leczenie zabraknie. Z drugiej strony czeskie ubezpieczalnie mają pewne rezerwy finansowe, zgromadzone przez ostatnie lata na swoich kontach.
Jednak VZP, największa państwowa firma ubezpieczeniowa (Vszeobecna Zdravotni Pojisztovnia), która ubezpiecza 68% czeskich obywateli, poinformowała, że do kasy ubezpieczalni nie wpłynęły 3 mld koron, co po części jest efektem niższych od spodziewanych wpływów z odpłatności pacjentów za leki, wizyty lekarskie i pobyt w szpitalu. Okazuje się bowiem, że po trzech miesiącach funkcjonowania współpłacenia liczba pacjentów i porad spadła mniej więcej o jedną trzecią. Podobny spadek odno-towały apteki.
Po drugie - na co wskazuje jeden z członków zarządu VZP - w uniknięciu kryzysu pomogą oszczędności, jakie można poczynić w systemie refundacji leków.

Zaciskanie pasa

Znaczny wzrost wydatków na refundację leków związany jest z finansowaniem drogich leków; to trend, który uwidocznił się wraz z wprowadzeniem współpłacenia w 2008 roku. Na same tylko leki onkologiczne wzrost wydatków sięgnął 20%.
Z zestawień finansowych ubezpieczycieli wynika, że ich wydatki wzrosły w pierwszym półroczu tego roku wobec analogicznego okresu 2008 roku o 17%. Okazuje się też, że w porównaniu z poprzednimi latami, zwiększyła się przepaść między wydatkami na leki a wydatkami na wynagrodzenie pracowników z sektora zdrowotnego (Drug Reimbursement Up 17% Y/Y in H1, as Fears Grow of Czech Healthcare Sector Financial Collapse in 2010, HIS Global Insight, 25 Sep 2009).
Jednak firmy ubezpieczeniowe zapowiadają konieczność zaciskania pasa i brak zgody na finansowanie drogich leków na tym samym, co rok wcześniej, poziomie - o ile nie nastąpi wzrost na-kładów na opiekę medyczną. Już teraz zauważalne jest zwiększenie konsumpcji leków generycznych, podczas gdy poziom refundacji drogich terapii jest zmniejszany.
Ale też ubezpieczalnie mają narzę-dzia, by wydatki na leki refundowane kontrolować. Lekarz musi przestrzegać limitów przepisywanych leków, liczonych od średniej krajowej preskrypcji. Firma ubezpieczeniowa może się domagać od lekarzy zwrotu za znaczne przekroczenie tego limitu.
Wracając do celu wizyty prof. Hajka w Polsce - jako przewodniczący Czeskiej Grupy Szpiczakowej - przedstawiał sytuację chorych na szpiczaka i model finansowania terapii u naszego południowego sąsiada: - W Czechach zmiany terapii mają charakter rewolucyjny: przed 10 laty przeżywało mniej niż 10% chorych, obecnie jest to 30%, ale pod warunkiem, że nadal będziemy stosować wszystkie nowoczesne dostępne leki. Z tego punktu widzenia sytuacja w Czechach jest dobra.
- W pierwszym półroczu 2009 roku terapię lenalidomidem przeszło 80 pacjentów - mówi Hajek, dodając, że populacja chorych jest podobna jak w Polsce - ok. 4 zachorowań na 100 tys. mieszkańców. Do wyboru lekarze mają także talidomid, natomiast w tym roku ma być wprowadzony również bortezomib.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum