Szpitale szukają pielęgniarek, a znajdują wolne łóżka

Autor: Ryszard Rotaub • • 18 stycznia 2019 14:24

Wprowadzenie od stycznia 2019 r. wskaźników zatrudnienia pielęgniarek może doprowadzić do zwiększenia ich liczby w szpitalach albo też do redukcji łóżek, a nawet zamykania oddziałów z powodu deficytu personelu pielęgniarskiego i nie spełniania nowych norm. Każdy scenariusz jest możliwy, gdyż różne są lokalne rynki pracy, na których funkcjonują szpitale.

Szpitale szukają pielęgniarek, a znajdują wolne łóżka

O ile w przypadku lekarzy sytuacja na lokalnym rynku pracy nie ma aż tak dużego znaczenia, bo lekarze to dość mobilna grupa zawodowa (a ponadto wabiona licznymi zachętami), o tyle pielęgniarki nie są tak skore do przeprowadzek z powodu zmiany miejsca pracy. Dlatego spór o to, czy MZ ma rację twierdząc, że z kadrą pielęgniarską nie powinno być problemu, bo przecież mamy w Polsce 134 tys. pielęgniarek, a do spełnienia norm potrzeba ok. 125,5 tys. jest jałowy. Ogólnopolskie statystyki niczego nie wyjaśniają.

- Z ministerialnej analizy wynika, że powinniśmy być spokojni, a tymczasem naszym zdaniem Ministerstwo popełniło błąd i te same osoby pracujące w różnych miejscach policzyło kilkakrotnie - ocenia Władysław Perchaluk, wiceprezes Związku Szpitali Powiatowych Województwa Śląskiego i prezes Centrum Zdrowia w Mikołowie. Informuje nas, że do spełnienia nowych norm zatrudnienia, w niewielkim szpitalu, jakim jest Centrum Zdrowia w Mikołowie, brakuje 35,5 etatu pielęgniarskiego. - A co tu dopiero mówić o większych placówkach… - zauważa.

Zachęcać, ale czym?

Dodaje, że głównym problemem jest niedobór pielęgniarek na rynku pracy. Dowodem na ich brak jest to, że już obecnie dyrektorzy szpitali powiatowych muszą walczyć o każdą pielęgniarkę. - System zachęt finansowych został więc już dawno temu uruchomiony, a efekt mimo wszystko jest mizerny - wskazuje Perchaluk.

Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, jest jednak przekonana, że dodatkowe gratyfikacje będą niezbędne. Jeśli pielęgniarki mają wrócić do szpitali, pracodawcy muszą zapłacić im więcej. - Już sam dodatek włączony do podstawy spowodował, że mamy coraz więcej sygnałów o rosnącym zainteresowaniu powrotem do zawodu. Ok. 3 tys. pielęgniarek, które w ciągu sześciu ostatnich lat przez pięć lat go nie wykonywało, przeszło przeszkolenie i ponownie podjęło pracę - powiedziała niedawno Rynkowi Zdrowia.

Jak tłumaczyła prezes Małas, rezerwy należy też upatrywać w fakcie, że rocznie ok. 5 tys. pielęgniarek kończy studia i odbiera dyplom, a pracę w zawodzie podejmuje ok. 3 tys. - Należy zachęcić do tego godnym wynagrodzeniem i bezpiecznymi warunkami pracy (w tym odpowiednią liczbą pacjentów przypadających na jedną pielęgniarkę) pozostałe 2 tys. osób. Tak działa rynek pracy - jeśli brakuje pracowników, należy im coś zaoferować - przekonywała.

Władysław Perchaluk jest jednak zdania, że nowych zachęt dla pielęgniarek nie będzie, gdyż - jak twierdzi - nie było informacji, kto sfinansuje dodatkowe etaty w przypadku, gdyby jakimś cudem dyrektorom udało się je zatrudnić.

A co, gdy pielęgniarek nie uda się zatrudnić?

Pierwsza linia obrony: poświęcą łóżka

- Jeśli nie będzie innego wyjścia, zmniejszę liczbę łóżek, żeby spełnić normę. Oczywiście będzie się to wiązało z dążeniem do skrócenia średniego czasu pobytu w szpitalu, po to żeby wykonać tę samą pracę i uniknąć obniżenia ryczałtu - przewiduje prezes Centrum Zdrowia w Mikołowie.

Podobne plany przygotowało wielu dyrektorów. Zamykanie całych oddziałów z powodu niedoborów kadrowych to oczywiście ostateczność. Pierwszą reakcją szpitali (pierwszą linią obrony) będzie natomiast likwidacja łóżek najmniej wykorzystywanych.

Anna Łoś-Wróbel, zastępca dyrektora ds. pielęgniarstwa w Szpitalu Specjalistycznym św. Łukasza w Końskich (woj. świętokrzyskie), mówi nam, że w jej szpitalu są łóżka wykorzystywane w 30-40%. To one zostaną zlikwidowane (na oddziałach dziecięcym, chirurgii, ortopedii, okulistyki, neurologii, chirurgii naczyniowej).

- Nie będziemy likwidować łóżek, które są wykorzystane w granicach 80-90%. Nie będziemy zamykać oddziałów - zapewnia i wskazuje, że brakuje 10 etatów pielęgniarskich, więc szpital powinien sobie poradzić z dostosowaniem do nowych wskaźników zatrudnienia. Tym niemniej likwidacja 18% łóżek w skali szpitala będzie koniecznością.

- W związku z wprowadzeniem nowych norm, nie zamierzamy ani zwiększać ani zmniejszać liczby pielęgniarek. W naszej placówce pracuje obecnie ponad 1100 pielęgniarek i położnych - informuje z kolei Anna Mazur-Kałuża, rzecznik prasowy Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego w Kielcach.

- Jeżeli chodzi o liczbę łóżek, planowane są niewielkie korekty w ich liczbie, ale redukcja dotyczyć będzie jedynie tych oddziałów, gdzie na przestrzeni ostatnich lat nie było pełnego obłożenia. Aktualnie trwają jeszcze analizy i symulacje dotyczące ewentualnych zmian. Zakładamy, że w żaden sposób nie odczują ich pacjenci - przekonuje.

Co polityk z siebie nie wydusi, norma wymusi

W przypadku wymienionych szpitali można powiedzieć, że wprowadzenie wskaźników zatrudnienia dla personelu pielęgniarskiego zracjonalizuje działalność lecznic, wyeliminuje niekonieczne wydatki w postaci utrzymywania łóżek wykorzystywanych w niewielkim stopniu (przy czym szpitalne łóżko to nie tylko sam sprzęt, ale także wydatki na utrzymywany w gotowości personel medyczny i pomocniczy, aparaturę itd.).

Likwidacja całych oddziałów z powodu norm zatrudnienia też nie byłaby czymś złym. Polska ma jeden z najwyższych współczynników liczby łóżek szpitalnych przypadających na 100 tys. mieszkańców - wynika z raportu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego - PZH z 2017 r. W państwach Unii Europejskiej systematycznie zmniejszana jest liczba łóżek w placówkach całodobowej opieki stacjonarnej, co związane jest z przesuwaniem trzonu opieki zdrowotnej z lecznictwa szpitalnego do ambulatoryjnego, które jest mniej kosztowne. U nas nie obserwuje się takiego trendu ani w kontekście zmniejszania liczby łóżek, ani przesuwania środków finansowych - zauważają autorzy raportu.

Trendu nie ma, bo nie ma odpowiedzialnych polityków, którzy odważnie powiedzieliby wyborcom, że np. gdzieś trzeba zamknąć oddział położniczy, bo pacjentek jest za mało, a demografowie przewidują, że jeszcze mniej kobiet będzie rodziło. To, co politykom (reprezentującym np. organy założycielskie szpitali) lub urzędnikom NFZ przez gardło nie przejdzie, załatwi prawo podaży i popytu, uruchomione za sprawą wskaźników zatrudnienia.

- Zgłoszeń o zamiarze zamykania oddziałów lub ograniczenia liczby łóżek z powodu wprowadzenia norm zatrudnienia dla pielęgniarek w tej chwili nie ma. Jeśli będą, to w przyszłym roku - przewiduje Beata Szczepanek, rzecznik Świętokrzyskiego OW NFZ, którą zapytaliśmy o sytuację w świętokrzyskich szpitalach.

To jeszcze nie koniec

W przyszłym roku przekonamy się zatem, jakie były skutki wprowadzenia norm zatrudnienia dla pielęgniarek i położnych. Warto je obserwować, choćby dlatego, że podobnych rozwiązań chciałaby kolejna grupa - diagności laboratoryjni.

Od stycznia wskaźniki zatrudnienia dla oddziałów o profilu zachowawczym wynoszą 0,6 pielęgniarki na łóżko, a dla zabiegowych 0,7. Od lipca 2019 r. na oddziałach dziecięcych wskaźniki będą jeszcze wyższe - 0,8 pielęgniarki na łóżko na oddziałach pediatrycznych zachowawczych i 0,9 na oddziałach pediatrycznych zabiegowych.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum