System ochrony zdrowia pomiędzy falami pandemii

Autorzy: KM; oprac. WOK; JPP; JKB • Źródło: 2021 6 (172)17 listopada 2021 19:51

Za nami siedemnasta już edycja Forum Rynku Zdrowia (Warszawa, 18-19 października 2021 r.). W trakcie 22 sesji ponad 140 prelegentów rozmawiało o kluczowych, ale również najbardziej aktualnych, gorących tematach związanych z funkcjonowaniem polskiej ochrony zdrowia.

Ponad 2 tys. zarejestrowanych uczestników XVII Forum Rynku Zdrowia (w tym blisko 1 tys. stacjonarnie) świadczy o ogromnej potrzebie bezpośrednich dyskusji dotyczących systemu opieki zdrowotnej w formule otwartej, wielowątkowej debaty z udziałem między innymi przedstawicieli środowiska medycznego, administracji i polityki, pacjentów, dostawców współpracujących z sektorem medycznym, organizacji pozarządowych.

Rewolucja w podejściu do zdarzeń niepożądanych

Przegląd rządowych i ministerialnych strategii rozwoju systemu ochrony zdrowia w Polsce – także w kontekście pandemicznej rzeczywistości – był głównym tematem sesji inaugurującej tegoroczną edycję Forum Rynku Zdrowia. Część dyskusji dotyczyła projektu ustawy o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta.

– Projekt tej ustawy jest jednym z najważniejszych w zakresie planowanych zmian w systemie ochrony zdrowia. Po pierwsze zakłada premiowanie wysokiego poziomu świadczeń. Po drugie ten dokument zawiera najbardziej istotny element z perspektywy Rzecznika Praw Pacjenta, czyli planowane przepisy związane z bezpieczeństwem pacjentów – zaznaczył Bartłomiej Chmielowiec, Rzecznik Praw Pacjenta.

Wskazał, że projekt ustawy o jakości w opiece zdrowotnej „oznacza rewolucję w podejściu do zdarzeń niepożądanych, w tym wprowadzenie rozwiązań, które umożliwią pracownikom medycznym zgłaszanie zdarzeń niepożądanych w formie zanonimizowanej i nienarażającej personelu na odpowiedzialność karną oraz zawodową”. Zgłaszane zdarzenia niepożądane będą musiały podlegać analizie, aby w przyszłości do minimum redukować ryzyko ich ponownego wystąpienia. 

Bartłomiej Chmielowiec przypominał również, że projektowana ustawa o jakości w opiece zdrowotnej ma zapewnić pacjentowi realną możliwość otrzymania odszkodowania w postaci świadczenia kompensacyjnego – z wyłączeniem drogi sądowej. – Jestem przekonany, że przewidziana w projekcie ustawy o jakości w opiece zdrowotnej ścieżka pozasądowego występowania o świadczenia kompensacyjne z tytułu zdarzeń niepożądanych stanie się alternatywą dla działania wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych – dodał.

– Oczywiście nie będzie to dotyczyło wszystkich przypadków, bo tak nie dzieje się w żadnym systemie prawnym na świecie. Będą więc sytuacje, kiedy pacjent za bardziej korzystne w danym przypadku uzna dochodzenie roszczeń na drodze sądowej, w postępowaniu cywilno-prawnym. Zakładamy jednak, że 80-90% takich roszczeń trafi do planowanego pozasądowego modelu ubiegania się o świadczenia kompensacyjne z tytułu zdarzeń niepożądanych – podkreślał Bartłomiej Chmielowiec.

„Jakość projektu ustawy o jakości jest zła”

– Projekt ustawy o jakości w opiece zdrowotnej i bezpieczeństwie pacjenta był wyczekiwany. Najbardziej zaskakuje w tym dokumencie planowana likwidacja Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia – powiedziała dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, dziekan Centrum Kształcenia Podyplomowego i dyrektor Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego, zastępca przewodniczącego Rady NFZ.

– Źle się stało, że poważną dyskusję o wielowymiarowej transformacji systemu, między innymi w kierunku premiowania jakości świadczeń, skuteczności oraz bezpieczeństwa w opiece zdrowotnej, zaczynamy od likwidacji CMJ. Centrum powołano do tego, by wejść na projakościową drogę w systemie ochrony zdrowia – przypominała ekspertka. – Wiele placówek medycznych pozytywnie zmieniło się dzięki bezpośredniej współpracy z CMJ i zdecydowało się przejść przez bardzo trudny proces akredytacji. Naprawdę trudno zrozumieć przesłanki likwidowania tej instytucji – podkreślała.

I dodała: – Można oczywiście dyskutować, czy jest przestrzeń do dalszego doskonalenia działalności CMJ. Powinna też trwać dyskusja nad tym, jak mają się zmieniać standardy akredytacyjne.

– Polski system ochrony zdrowia będzie silny, jeżeli silne będą instytucje regulujące jego funkcjonowanie. Tymczasem, niestety, mamy tak mocno niedokapitalizowaną opiekę zdrowotną, że nawet o projekcie ustawy o jakości w opiece zdrowotnej trudno powiedzieć, że jest wysokiej jakości. Sednem tej ustawy są rozporządzenia wykonawcze, a tych jeszcze oczywiście nie znamy – wskazuje zastępca przewodniczącego Rady NFZ.

Przypomnijmy, że zgodnie z projektem ustawy CMJ przestanie działać z końcem 2022 r. Projekt ustawy o jakości w opiece zdrowotnej przewiduje między innymi wprowadzenie obowiązkowej autoryzacji szpitali. Autoryzacji będą udzielać dyrektorzy oddziałów wojewódzkich NFZ w formie decyzji administracyjnej na okres 5 lat. Do przyznania autoryzacji niezbędne będzie spełnienie 100% kryteriów autoryzacji, z zastrzeżeniem „autoryzacji warunkowej” udzielanej przy 95-procentowym spełnieniu kryteriów (w okresie przejściowym).

NFZ ma też przejąć akredytację szpitali. „Dotychczas zadanie to leżało w gestii Centrum Monitorowania Jakości w Ochronie Zdrowia, a samo zagadnienie było uregulowane w ustawie o akredytacji w ochronie zdrowia” – czytamy w projekcie. Akredytacja nadal będzie dobrowolna.

„System jest w takim kryzysie, że sam się zapada”

Jednym z tematów sesji inauguracyjnej był protest medyków oraz możliwości zawarcia porozumienia z Ministerstwem Zdrowia. W tym kontekście głos zabrała wiceprzewodnicząca Porozumienia Rezydentów Anna Bazydło. – Jest to łagodna forma protestu (tzw. Białe Miasteczko 2.0 - red.), jesteśmy nastawieni na rozmowę, czego nie widzimy z drugiej strony. Na spotkaniach nie padały konkrety. System publicznej opieki zdrowotnej jest w takim kryzysie, że sam się zapada. Nie chcemy ryzykować zdrowiem i życiem pacjentów, ale chcemy pracować w warunkach bezpiecznych. Minister zdrowia zapomina, że głównym zainteresowanym w tym sporze są pacjenci, którzy są pozbawieni głosu – podkreślała Anna Bazydło.

W sprawie protestu wypowiedział się także Tomasz Karauda, rezydent z Oddziału Klinicznego Pulmonologii i Alergologii Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego im. Norberta Barlickiego w Łodzi. – Rząd sprawdza, na ile medycy mają siły i co zrobić, żeby rozbić ten protest. Dopóki jest głośno – trzeba podejmować jakieś działania, ale jeżeli sprawa cichnie – tak jak jest teraz – to jest moment, gdy rząd na tym zyskuje i temat schodzi z tapety. Jeżeli wiemy, że coś budzi emocje, to prowadzimy rozmowy, ale najlepiej stworzyć zespół i powiedzieć: „stworzyliśmy zespół, więc jedźcie do domu i kończcie protest”. Zespół rozmawia i w mediach nikt o tym nie mówi, dochodzi do ustaleń, które nie przynoszą efektu i o to im chodzi. Żeby coś uzyskać, trzeba wyjść na ulicę – powiedział doktor Karauda.

Natomiast Anna Bazydło odniosła się także do tematu specjalizacji lekarskich. Jak zauważyła, w Polsce mamy olbrzymi wachlarz specjalizacji, ale nie jest to fortunny podział.

– Jesteśmy krajem mającym 77 dziedzin szkoleń specjalizacyjnych. Zdarzają nam się specjalizacje bardzo wąskie, zajmujące się jedną chorobą. Nie do końca rozumiem genezę tego podziału. W moim idealnym świecie jako pacjentka chciałabym, żeby lekarz potrafił zająć się nie tylko moim jednostkowym schorzeniem, ale posiadał też wiedzę z pogranicza jego specjalizacji. Zmniejszyłoby to m.in. liczbę wizyt. Obecnie nie będziemy mogli ograniczyć liczby specjalizacji. Być może należałoby przemyśleć sam proces kształcenia – podkreśliła Bazydło.

Rosną nakłady, płace i oczekiwania

Temat protestu komentował również poseł Tomasz Latos (PiS), przewodniczący Sejmowej Komisji Zdrowia. – Mam świadomość problemów, przed jakimi cały czas stoimy. Obiektywnie nakłady na ochronę zdrowia rosną, a więc rosną też płace. Kiedy pojawiają się dodatkowe środki, pojawiają się także oczekiwania. Część protestujących osób dostawała dodatki covidowe, które zostały w pewnym momencie cofnięte. Kibicuję temu, żeby to porozumienie było. Rząd prowadzi działania poprzez zespół trójstronny, bo to działania systemowe, funkcjonujące od lat – powiedział poseł Latos.

Odniósł się także do braku kadr w ochronie zdrowia: – Kształcimy więcej niż w poprzednich latach, wręcz podwoiliśmy tę liczbę. Efekty tego wzrostu będą odłożone w czasie. Za rok dopiero pierwszy rocznik opuści mury uczelni jako beneficjent wzrostu liczby przyjęć na studia – dodał.

Przyznał, że w Polsce jest za dużo szczegółowych specjalizacji lekarskich. – Za kilka lat może się okazać, że będziemy mieli np. wielu chirurgów naczyniowych, endokrynologów, ale nie będzie chirurgów ogólnych. Będziemy mieli hipertensjologów, a zabraknie internistów. Dlatego warto wspólnie ze środowiskiem medycznym wypracować nowe rozwiązania w tym zakresie – powiedział przewodniczący Sejmowej Komisji Zdrowia.

Zaznaczył, że podobnie należy podejść do organizacji kształcenia podyplomowego w ramach rezydentur. – Do dyskusji na ten temat należy włączyć dyrektorów szpitali, którzy najlepiej wiedzą, jakich specjalistów potrzebują na co dzień ich pacjenci – podkreślał Tomasz Latos.

Pielęgniarka przechodzi na emeryturę i umiera

O dramatycznych statystykach dotyczących pielęgniarek i położnych w Polsce mówiła Zofia Małas, prezes Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych.

– Mamy ogromny kryzys kadrowy. W tej chwili średnia wieku dla pielęgniarek to 53 lata i 51 lat dla położnych. Idealna byłaby średnia wieku 38-40 lat, wtedy moglibyśmy mówić, że nie mamy luki pokoleniowej. Teraz co roku z systemu wypada, w tym nabiera praw emerytalnych oraz umiera, ok. 10 000 pielęgniarek i położnych. Gdyby do systemu wchodziło 10 000 osób, można by powiedzieć, że mamy status quo, czyli ten najniższy w krajach OECD wskaźnik: 5,2 na 1000 mieszkańców. Dla porównania średnia unijna to 9,4 – wskazywała.

– W 2020 r. wydaliśmy 5680 praw wykonywania zawodu, w tym roku będzie podobnie, bo na 30 września to już 5300 PWZ. W związku z tym można powiedzieć, że brakuje nam połowy. Chętnych do nauki nie brakuje, ale problem jest jeden: zawieszono minimalne normy zatrudnienia. W efekcie od dwóch lat obserwujemy, że mimo iż wydajemy prawie 6000 PWZ, tylko niespełna połowa absolwentów jest zatrudniana – informowała.

Prezes NRPiP wskazała, co jest przyczyną tego stanu rzeczy. – Pracodawcy wyczekują, twierdząc, że nie mają pieniędzy na etaty pielęgniarskie, a my bardzo się boimy, bo ta nasza młodzież odchodzi. Odchodzi do niepublicznej ochrony zdrowia, odchodzi do administracji, część jest zainteresowana wyjazdem za granicę. Boimy się, że jeżeli raz odejdą, to już nie wrócą – tłumaczyła.

Naczelna Izba Pielęgniarek i Położnych przygotowała analizę, z której wnika, że jeżeli w najbliższych latach do systemu nie będzie „wchodziło” około 10 000 pielęgniarek i położnych co roku, to w 2030 r. średnia wieku w tych zawodach wyniesie 62 lata.

– Pogłębiliśmy jeszcze nasz raport (dotyczący wieku i braków kadrowych wśród pielęgniarek i położnych – red.) o umieralność i sprawdziliśmy średni wiek, w jakim umierają pielęgniarki i położne w naszym kraju. Okazało się, że jest to niecałe 62 lata. Polskie kobiety żyją średnio 82 lata. Czyli tak naprawdę polska pielęgniarka przechodzi na emeryturę i umiera, nie zdąży nawet skorzystać ze świadczenia emerytalnego – alarmuje prezes samorządu pielęgniarek i położnych.

„Nie mamy systemowej strategii”

– Kiedy rozmawiamy z ekspertami o tym, co w naszym systemie ochrony zdrowia nie działa dobrze, wszyscy zgodnie mówią: brakuje nam kadr medycznych. Włos się jeży, kiedy myślimy o tym, kto za kilkanaście lat będzie się opiekował coraz starszymi pacjentami oraz osobami niesamodzielnymi, wymagającymi długiego, przewlekłego leczenia – mówiła senator Beata Małecka-Libera, przewodnicząca Senackiej Komisji Zdrowia.

– Deficyty kadrowe dotyczą nie tylko lekarzy, pielęgniarek, ale także personelu pomocniczego. Gdybyśmy mieli w Polsce strategię rozwoju ochrony zdrowia, w tym obejmującą politykę kadrową, m.in. dotyczącą kształcenia medyków i innych pracowników – zgodną z potrzebami społeczeństwa – nie zastanawialibyśmy się dzisiaj, ile i jakie specjalizacje powinny być priorytetowe, bo wszystko byłoby zaplanowane,  oszacowane. Niestety, takiej systemowej strategii nadal nie mamy – konkludowała senator Małecka-Libera.

Także Anna Rulkiewicz, prezes Grupy Lux Med i Pracodawców Medycyny Prywatnej, zwracała uwagę, że kolejne rządy w Polsce od wielu lat nie potrafią sobie poradzić z nawarstwiającymi się problemami w ochronie zdrowia. 

– Są to wyzwania organizacyjne, kadrowe, finansowe. Od wielu lat mówię także o tym, że dla sprawnego funkcjonowania opieki zdrowotnej niezbędne jest sprawne współdziałane publicznego i prywatnego sektora medycznego. Wielką próbę takiej współpracy przeszliśmy i nadal przechodzimy w czasie pandemii COVID-19. Okazuje się, oba te sektory są w stanie działać wspólnie dla dobra pacjentów – podkreślała prezes Rulkiewicz.

– Uważam, że sektor prywatny bardziej efektywnie zarządza środkami finansowymi – dodała, odnosząc się, między innymi do rządowych planów utworzenia Agencji Rozwoju Szpitali. – Wydaje się, że bardziej niż powoływanie kolejnej instytucji, potrzebne jest nowe spojrzenie na epidemiologię, demografię, zasoby opieki zdrowotnej i potrzeby pacjentów. Jaką mamy infrastrukturę, jak wygląda celowość inwestycji w ochronie zdrowia? Na te pytania musimy znać odpowiedzi, chcąc efektywnie zarządzać systemem – zaznaczyła Anna Rulkiewicz.

Bezpieczeństwo lekowe kraju może być zagrożone?

O wyzwaniach stojących przed krajowymi producentami leków mówił Krzysztof Kopeć, prezes Polskiego Związku Pracodawców Przemysłu Farmaceutycznego.

– Od 2011 roku ceny leków wytwarzanych w Polsce przez krajowych producentów spadły aż o 26%. W tym samym czasie istotnie wzrosły oczywiście ceny wielu produktów, materiałów, mediów (m.in. energii elektrycznej), usług, wyższe są koszty pracy, w tym płace, rośnie inflacja. Tylko koszty utylizacji odpadów w branży farmaceutycznej wzrosły w ostatnich 10 latach o 150% – wyliczał prezes Kopeć.

Dlatego, jak zaznaczył prezes PZPPF, dalsze obniżanie cen leków może zagrozić funkcjonowaniu krajowego przemysły farmaceutycznego oraz spowodować, że polscy producenci coraz częściej będą przenosić swoje inwestycje do innych krajów, ze szkodą dla polskiej gospodarki.

– Niestety, tych zależności nie rozumie Komisja Ekonomiczna negocjująca w Polsce ceny leków z ich producentami. A przecież to w znacznej mierze krajowi producenci zapewniają Polsce bezpieczeństwo lekowe. Liczmy więc na to, że zostanie przedłużona refundacja ok. 3 tys. leków przy utrzymaniu ich obecnych cen – zaznaczył Krzysztof Kopeć.

Problemów z informatyzacją ciąg dalszy

1 lipca br. wszedł obowiązek prowadzenia elektronicznej dokumentacji medycznej (EDM) oraz umożliwiania jej wymiany pomiędzy placówkami. Jednak w wielu podmiotach prowadzenie EDM idzie dość opornie. Dlaczego? 

– Pamiętajmy, że istotna część placówek jest już dobrze przygotowana do prowadzenia EDM. Jednak systemy informatyczne funkcjonują w Polsce pod ciągłą presją nieustannych zmian – wymuszanych, między innymi przez kolejne przepisy, a także wymagania publicznego płatnika. Niestety, a mówię to z ogromnym żalem, negatywnie przekłada się to na stabilność systemów informatycznych oraz ich niezawodność – powiedział Krzysztof Groyecki, wiceprezes Asseco Poland.

– W imieniu dostawców systemów informatycznych dla szpitali, a przede wszystkim w imieniu firmy, którą reprezentuję, chciałbym przeprosić za te wszystkie trudne momenty, kiedy zarządzający szpitalami muszą się konfrontować ze swoimi pracownikam i pacjentami, bo system nie działa lub nie funkcjonuje w oczekiwany sposób – mówił prezes Groyecki.

– Zapewniam, że bardzo ciężko pracujemy nad rozwiązywaniem wszelkich problemów. Pamiętajmy, że na zmiany przepisów nakładają się niezbędne modyfikacje technologiczne, które muszą wdrażać producenci oprogramowania. Mamy nadzieję, że w najbliższym czasie ta sytuacje ulegnie stabilizacji. Myślę, że w ciągu najbliższych 2-3 lat EDM stanie się w Polsce powszechnie stosowanym standardem – podsumował wiceprezes Asseco Poland.

„Żeby wyroby medyczne nie emigrowały z Polski”

Część dyskusji podczas sesji plenarnej XVII Forum Rynku Zdrowia dotyczyła projektu ustawy o wyrobach medycznych. Już w sierpniu br. Ogólnopolska Izba Gospodarcza Wyrobów Medycznych Polmed wskazywała, że projekt ten przewiduje wielomilionowe kary dla dystrybutorów wyrobów medycznych – często nieproporcjonalne do rodzaju przewinienia i wielkości firmy. W opinii Izby Polmed, nowa regulacja może doprowadzić do migracji
firm za granicę, ucieczki inwestorów i utrudnienia dostępu pacjentom do wyrobów medycznych.

– Jako izba gospodarcza w żaden sposób nie negujemy potrzeby wprowadzenia kar. Problemem jest natomiast to, że żadna z ustaw w polskim systemie opieki zdrowotnej nie przewiduje kar nawet zbliżonych wysokością do tych, które zawiera projekt ustawy o wyrobach medycznych. Mam nadzieję, że jest to tylko błąd legislacyjny. Wielokrotnie zgłaszałem, w imieniu branży wyrobów medycznych, postulat dostosowania tych kar do realnych możliwości rynkowych i ekonomicznych – odpowiadał Arkadiusz Grądkowski, prezes Izby Polmed.

– W projekcie ustawy te kary mają bardzo duży wymiar – sięgają od 100 tys. do nawet 5 milionów zł, w tym za naprawdę błahe przewinienia. Państwo musi rozważyć, czy przedsiębiorca lub korporacja zajmująca się obrotem wyrobami medycznymi, wskutek zagrożenia tak drakońskimi sankcjami, nie zrezygnuje z polskiego rynku lub przynajmniej przestanie go traktować jako priorytetowy –  dodał.

– Izba Polmed wypracowała propozycję zmiany legislacyjnej, aby zostawiając kary zaproponowane w projekcie ustawy, dodać przepis mówiący o tym, że będą one zredukowane do maksymalnie 5% ich wysokości w sytuacji, kiedy naruszenie przepisów – np. w wynikające z jakiegoś błędu technicznego czy niedopatrzenia człowieka – nie powoduje zagrożenia dla zdrowia lub życia pacjenta - tłumaczył prezes Grądkowski.

JKB, JPP, KM, WOK

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum