Syn, minister i medycyna

Autor: Piotr Wróbel • • 15 maja 2008 15:04

Zbierałem baty za wszystkich, kiedy ojciec był moim szefem w Aninie. Łatwiej mu było ochrzanić mnie niż kogoś innego - wyznaje nam Grzegorz Religa.

Nie dyskutuje z ojcem o polityce. Nie zna się na niej, a i sam profesor Zbigniew Religa nie ma ochoty na takie rozmowy przy rodzinnym obiedzie. Ostatnio też sobie nie pogadali: - Tato, co myślisz o seksaferze? - A co mam myśleć - odpowiedział profesor, ucinając najwyraźniej mało interesujący go temat.
Grzegorz Religa, kardiochirurg z II Kliniki Kardiochirurgii i Transplantologii Instytutu Kardiologii w Aninie, wie, że wymiana zdań potoczyłaby się zupełnie inaczej, gdyby chciał poznać ojcowskie uwagi na temat przypadku pacjenta, któremu np. właśnie wszczepił sztuczne komory serca. Wtedy zawsze może liczyć na second opinion, choć, jak sam przyznaje, już nie pamięta, kiedy ostatni raz był zmuszony prosić o radę w tej sprawie samego ministra zdrowia.
- Takie operacje wykonuję od 7 lat i trochę się już znam na tym, co robię - mówi doktor Grzegorz Religa z dozą pewności, ale i pokory, jakiej uczy medycyna.
Dla Religi juniora, senior jest niedościgłym wzorem. Ale przecież nie tylko dla niego, bo także dla całego pokolenia młodych kardiochirurgów.
- Porównywanie się z nim nie ma sensu.
Nasze drogi kariery zawodowej są inne.
Zaczynaliśmy pracę w dwóch różnych epokach kardiochirurgii - uważa Grzegorz Religa. Z zadowoleniem podkreśla, że ma już grono oddanych pacjentów, którzy najpierw widzą w nim lekarza, który uratował im życie, a dopiero potem syna znanego profesora.
O tym, że chce być lekarzem, po raz pierwszy pomyślał pod koniec liceum.
Rozmów na ten temat z ojcem czy mamą, która też jest lekarzem, raczej nie prowadził. Z tamtych lat najbardziej pamięta za to jedną rozmowę z ojcem, dość zasadniczą: - Sam zdecyduj co chcesz robić, możesz kopać rowy...
- To było chyba wtedy, kiedy nieco rozrabiałem jako punk - przypomina sobie tamte czasy 40-letni dzisiaj doktor Grzegorz Religa. Bardziej niż zbliżająca się matura interesowała go wtedy perkusja.
- Jeśli już to właśnie chcesz robić w życiu, to przynajmniej graj dobrze, a nie byle jak - kończył rozmowę już bardziej pojednawczo nastawiony tata.
- Nie dostałem się na medycynę za pierwszym razem - doktor uprzedza pytanie.
Do otrzymania indeksu w Akademii Medycznej w Warszawie zabrakło mu paru punktów. Na Śląsku, gdzie wtedy pracował profesor Religa, punktowy limit był niższy i dawał szansę na studia.
Grzegorz - absolwent ogólniaka, myślał przez chwilę, czy nie ubiegać się o przyjęcie na uczelnię w Katowicach. Szybko zrezygnował. - Z jednej strony, żeby nikt mi nie zarzucał, że wykorzystuję pozycję ojca, a z drugiej i po to, żebyśmy się obaj dobrze czuli - wyznaje po latach powód, dla którego został salowym.

Jednak kardiochirurgia

Pracował w warszawskim szpitalu im. Orłowskiego przy ulicy Czerniakowskiej, na bloku urologicznym. Sprzątał po operacjach.
Z czasem uprosił nawet, żeby pozwolono mu zostawać na sali podczas zabiegów. - Bywałem kimś w rodzaju instrumentariusza - opowiada. Zobaczył medycynę od najgorszej strony: cierpienie, śmierć. - To mnie nie zniechęciło, nabrałem przekonania, że dobrze wybieram drogę życiową - wspomina.
Po skończonych studiach medycznych chciał uniknąć porównań z ojcem.
Postawił na chirurgię ogólną. Pozostał przy niej 5 lat, do czasu uzyskania I stopnia specjalizacji. Potem jednak zdecydował, że woli być kardiochirurgiem: - Uznałem, że ta specjalizacja da mi więcej satysfakcji zawodowej - uzasadnia tamten wybór.
Jako początkujący kardiolog nie pracował u ojca. Tak było lepiej. Profesor Zbigniew Religa wtedy dalej leczył chore serca na Śląsku. Syn otrzymał etat w Instytucie Kardiologii w Warszawie. - Nie mogę powiedzieć, że to ojciec pokazywał mi podstawy kardiochirurgii i pewnie nawet bym tego nie chciał. On trafił do Instytutu, gdy pracowałem tam już 4 lata - mówi teraz Religa junior.
Owszem, uczył się także od ojca, ale nie tylko w zakresie technik kardiochirurgicznych.
Przejął jego sposób podejścia do chorych. - Zawsze nam mówił, że lekarz ma być przede wszystkim lojalny wobec pacjentów, dopiero później wobec kolegów - opowiada Grzegorz Religa.

Baty od taty

Tłumaczy, iż znaczy to tyle, że decyzje dotyczące operacji powinny być dyktowane dobrem chorego, a nie uległością wobec poglądów kolegów. Jeśli lekarz ma inne zdanie na temat prowadzenia pacjenta, to jego obowiązkiem jest je wyrazić, a nie chować głowę w piasek w obawie przed urażeniem kolegi prezentującego inny pogląd. Oczywiście, tę odrębną opinię trzeba umotywować.
- Jeśli sądzę, że coś jest źle zrobione albo można to było zrobić lepiej, to mówię o tym koledze. Ale mówię nie dlatego, że jestem złośliwy wobec niego, ale dlatego, że uważam, że tak jest lepiej dla chorego - podsumowuje doktor Religa.
Rozumie ojca, kiedy ten mówi, że system ordynatorski nie jest najlepszy: - Jasne, że u nas w klinice ojciec zawsze miał ostatnie słowo, ale w jego obecności nawet młody lekarz mógł w każdej sytuacji rzeczowo wypowiedzieć swoje zdanie i z tego powodu nic nikomu złego się nie działo.
Dyskutowali sporo, bo zajęli się czymś zupełnie nowym w polskiej kardiochirurgii: zastosowaniem sztucznych komór serca.
Czasami trzeba było podejmować bardzo trudne decyzje, gdyż w tego rodzaju leczeniu nie ma jeszcze jednoznacznych wytycznych. Bywało nerwowo: - Zupełnie uczciwie mówię, że ja zbierałem baty za wszystkich, kiedy ojciec tu był szefem. Myślę, że to wynikało z tego, że jemu było łatwiej mnie ochrzanić niż kogoś innego. Oczywiście, każdy może to odbierać różnie, ale wydaje mi się, że nie byłem faworyzowany - mówi Grzegorz Religa.
Przyznaje się, że sam ma okropną wadę: notoryczne spóźnialstwo. Nocami może pracować wiele godzin i nie dosypiać, co zresztą nierzadko się dzieje, ale nienawidzi rannego wstawania. Z tego powodu czasami brakowało mu paru minut, kiedy przekraczał drzwi kliniki.
Profesor nie znosił, gdy ktoś spóźniał się na prowadzoną przez niego poranną odprawę. W takiej sytuacji pechowiec mógł nic nie usłyszeć, wystarczyło profesorskie spojrzenie, żeby chcieć zapaść się pod ziemię. - Ja usłyszałem sporo. Łącznie z tym, że jak mi się nie podoba, to mogę iść gdzieś indziej do pracy - wspomina doktor.

Siła plotki
O tamtych sytuacjach mówi dzisiaj z uśmiechem, ale i nie bez refleksji.
Jest wdzięczny ojcu, że nigdy nie słyszał od niego, iż jego nazwisko zobowiązuje.
Wie to i bez takich pouczeń. - Czego mi nie wypada robić? - powtarza pytanie, jakie mu zadaliśmy. - Na przykład tego wszystkiego, co świadczyłoby o tym, że w codziennym życiu próbuję wykorzystać swoje rodzinne koneksje - odpowiada.
Dlatego bez dyskusji płaci mandaty.
Sam nie znosi drogowych wariatów.
Przerażają go kierowcy wyprzedzający auta zatrzymujące się przed pasami dla pieszych. Takiego wykroczenia nigdy nie popełnił, ale czasami - co przyznaje - mocniej naciska pedał gazu. Policjanci wypisują mandat za zbyt szybką jazdę i nagle zaczynają kojarzyć nazwisko: - Czemu pan nic nie powiedział, jest pan w drodze do szpitala, może znaleźlibyśmy jakieś okoliczności łagodzące - próbują żartować.
Nie, znane nazwisko nie utrudnia życia. Nosi go z dumą. - Ale faktycznie, czasami mam opory przed przedstawieniem się, kiedy idę załatwić jakieś sprawy w urzędzie, żeby ktoś nie pomyślał, że chcę coś wymóc - mówi Grzegorz Religa.
Pewnie, że ludzie plotkują na jego temat. Przez lata mieszkał z rodziną w Józefowie. Na ulicy bywał tam widywany rzadko, z reguły wtedy, kiedy zmęczony przyjeżdżał po dyżurze albo właśnie jechał do pracy.
- Ze względu na styl pracy ludzie nic o mnie nie wiedzieli i gadali co chcieli - wraca myślą do przykrej sytuacji sprzed lat. - Kiedyś wymyślili, że ojciec dostał ogromne pieniądze z Japonii za zastawkę i te pieniądze są u mnie w domu. Dopiero później dowiedziałem się od znajomych o tej plotce chodzącej po miasteczku.
Skończyło się tym, że zamordowali psa i ograbili mieszkanie. Najbardziej mi szkoda sznaucera olbrzyma. To jest ohydne wrażenie, kiedy się wchodzi do domu, w którym był ktoś obcy i grzebał po szufladach. Ukradli mi laptopa i jakieś drobiazgi.

Ech, ta polityka...

Od czasu, kiedy ojciec został ministrem wyczuwa na sobie uważne spojrzenia dziennikarzy. Wie, podobnie jak profesor, ile dobrego można zdziałać dzięki kontaktom z mediami, ale nosi w sobie małą zadrę do redaktorów. Niedawno jedna z gazet napisała, że jest odpowiedzialny za śmierć znanego aktora Marka Perepeczko. - Przecież on nigdy nie był moim pacjentem... - dziwił się.
Jeszcze tego samego dnia okazało się, że nie chodzi o Marka Perepeczko, ale o Marka Perepeczo, a ten akurat operowany przez Grzegorza Religę pacjent ma się nie najgorzej i żyje.
- Dali sprostowanie, ale wkurza mnie, że nawet nikt mnie wcześniej o nic nie zapytał - ulewa żółci. Uważa, że oberwał śrutem, który rykoszetem miał trafić ministra zdrowia.
W rozważania polityczne nie chce się wdawać, nawet prywatnie. - Także z ojcem o polityce nie rozmawiam, ponieważ nigdy się nią nie interesowałem i na takie tematy się nie wypowiadam, wręcz nie lubię tego robić - deklaruje.
Dla doktora polityczne barwy nie mają znaczenia, kiedy mowa o ocenie kogoś jako człowieka: - Przyzwoitość i uczciwość nie zależy do tego, do jakiej partii się należy - uważa.
Ufa ojcu jako ministrowi zdrowia.
Jest przekonany, że profesor czyni wszystko, co może tu i teraz zrobić na tym stanowisku. Wie, że nie wszyscy mają takie zadanie. Wystarczy włączyć telewizor...
- Sam, kiedy miewam gorszy dzień w pracy i jestem wściekły, to sobie pogadam i zapytam, czy wie na przykład, ile zarabiamy - zdradza Grzegorz Religa.
Zaraz dodaje, że tak naprawdę nigdy nie aspirował do udzielania jakichkolwiek rad ojcu, a ten go o takie rady nie pytał: - Ma od tego sztab doradców. Zresztą ja pracuję w instytucie, który funkcjonuje na innych zasadach niż prawie cała służba zdrowia - tłumaczy.

Być dobrym lekarzem

Podziwia ojca za twardy charakter. Nie złamała go nawet choroba: - Nie jestem zachwycony, że ojciec zajmuje się polityką, bo zdrowotny polityk to taki chłopiec do bicia. Wiem jednak, że on nie pozwoli się bić, ma swoje zdanie i potrafi go bronić.
Oczywiście, że gadają o nim różne rzeczy, ale to mu specjalnej krzywdy nie zrobi.
Nie jest osobą, która marzy o tym, żeby sobie pójść na emeryturę i mieć święty spokój. Do życia potrzebuje kolejnych wyzwań.
Gdyby tata zechciał zapytać go o zdanie, powiedziałby, żeby z polityką dał sobie spokój. Tylko z jednego powodu.
Takiego, który doktor uważa za dobrą cechę charakteru taty, ale mogącą przeszkadzać w polityce. Jest nią ufność wobec ludzi wynikająca z ogromnej tolerancji: - Ojciec idąc do celu i pracując z zespołem akceptuje ludzi takimi, jacy są. W każdym człowieku potrafi znaleźć coś dobrego. Ktoś musi się bardzo napracować, żeby miał o nim niedobrą opinię.
Nawet u ludzi, o których inni mówią źle, on zawsze stara się dostrzec coś pozytywnego, a chyba akurat w polityce nie jest to najlepsza cecha.
Grzegorz Religa nie wyobraża sobie siebie w roli polityka. W karierze zawodowej ma jeden cel: być dobrym lekarzem. Jako jeden z nielicznych kardiochirurgów w kraju specjalizuje się w stosowaniu sztucznych komór serca u pacjentów oczekujących na transplantację lub wymagających "wyłączenia" pracy serca na czas podjętego leczenia kardiologicznego.
- Jest tylko jedna rzecz, która nie podoba się ojcu, kiedy ocenia moje dokonania - mówi otwarcie Grzegorz Religa.
- Mam trochę inny niż on stosunek do potrzeby zdobywania stopni naukowych.
Wiem, że nie robię w tym kierunku tyle, ile powinienem, a przynajmniej nie tyle, ile oczekuje ojciec.

Jedno marzenie

Mimo to uważa, że w zawodzie i tak osiągnął sporo. Za jego pracą i kolegów przemawiają niezłe wyniki. Teraz w Instytucie już u 75% pacjentów udaje się z powodzeniem zastosować sztuczne komory serca, przymocowywane na zewnątrz ciała pacjenta. Tak można ratować życie chorego, ale tylko w warunkach klinicznych. Zastosowanie komór to nadal eksperyment, ale bardzo obiecujący. Zbudowanie i wszczepienie implantowalnego sztucznego serca byłoby alternatywnym rozwiązaniem u chorych, dla których brakuje dawców narządów. Organów wystarcza bowiem dla 5-10% pacjentów oczekujących na transplantację.
Doktor Grzegorz Religa jest na równi z ojcem entuzjastą pomysłu zbudowania polskiego sztucznego serca. Cieszy się, że projekt został objęty rządowym programem: - Wiedzy starczy wszystkim: inżynierom i lekarzom, potrzebne są tylko pieniądze - mówi z przekonaniem. I dzieli się spostrzeżeniami z międzynarodowych zjazdów transplantologów: - Dwa lata mówiło się na zjeździe o przeszczepach serca. Teraz połowa sesji była poświęcona mechanicznemu wspomaganiu serca. Jestem dumny z tego, że podczas takich sesji jesteśmy czwartym krajem, po Amerykanach, Niemcach i Francuzach, z którego specjaliści mogą opowiadać o doświadczeniach w stosowaniu takiego urządzenia.
Religa junior ma swoje wielkie marzenie.
Chciałby, dopóki będzie sprawnym chirurgiem, z powodzeniem wszczepić pacjentowi całkowicie implantowalne sztuczne serce.
Aktualny poziom i finansowanie polskiej nauki pozwoliło na zbudowanie i zastosowanie w klinice w Aninie sztucznych komór serca. - Właśnie mamy teraz 22-letnią kobietę, której w ten sposób chcemy uratować życie - mówi doktor Religa.

Ryzyko wyzwań

Nie zawsze za takim działaniem idą tylko zadowalające wyniki. Czasami ludzie oczekują niemal cudów od człowieka noszącego sławne profesorskie nazwisko.
Grzegorz Religa został niedawno poinformowany, że matka jednego z jego pacjentów wystąpiła do prokuratury.
Uważa, że doktor Religa nie zrobił wszystkiego, co mógł, aby ratować jej syna oczekującego na przeszczep.
- Ta sprawa jest dla mnie bardzo przykra, ale wiedziałem, że wcześniej czy później takie doświadczenie mnie spotka - wyznaje Religa junior. Uważa, że zarzuty matki są bezzasadne. Rozumie ją: - Miała pełne prawo do tego typu zachowania.
Jest zrozpaczona i naturalną reakcją jest poszukiwanie winnego jej nieszczęścia.
Ona uważa, że to ja nim jestem. Byłem tym, który dał jej nadzieję. Ten chłopiec żył ponad miesiąc i nawet nie najgorzej się czuł. Potem doprowadziliśmy go do przeszczepu, ale, niestety, ten przeszczep się nie powiódł.
W zawodową drogę chirurga nie zawsze wpisany jest sukces. - Ale to nie znaczy, że mamy poddać się po niepowodzeniach.
Wierzę w sens tego, co robię, sens potwierdzony wynikami - mówi Grzegorz Religa. - Ojciec uczył mnie, że jeśli istnieje choć niewielka szansa na ratowanie ludzkiego życia, trzeba podjąć takie wyzwania. Ja je podejmuję.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum