Rysuję, gdy widzę człowieka

Autor: Andrzej Bęben • • 12 lutego 2009 13:56

Zdaniem doktora Olgierda A. Kossowskiego, natchnienie twórcze jest swego rodzaju stanem... maniakalnym

O mały włos nie został marynarzem.
Gdyby nie kolega, to byłby inżynierem geodetą. Wylądował jednak "na medycynie". Studia dzielił ze sportem. Był niezłym bokserem.
Miał pecha i szczęście zrazem, że inni wybili mu z głowy - dosłownie - szlachetną sztukę szermierki na pięści.
Dzięki temu mógł się oddać w pełni leczeniu ludzi, a z czasem szukać tej sztuki w jej chińskiej odmianie. Mógł przedstawiać ludzi medycyny w formie karykatur, nie rezygnując z malarstwa - oddawania rzeczywistości według swego postrzegania.
Doktor Olgierd Andrzej Kossowski.
Dystyngowany. Srebrzystowłosy. Ze staroświecką muszką pod szyją. Lekarz.
Malarz. Karykaturzysta. Pisarz.
Bielsko-Biała. Willa z początku XX wieku. Gabinet doktora (od czasu do czasu nadal przyjmuje pacjentów z problemami w sferze psychiki): XIXwieczne meble, na ścianach mnóstwo olejów, grafik, rycin. Stare zegary chórem wybijające, na różne melodie, czas.
Regały wypełnione książkami, teczkami na akta, opisanymi jak w państwowym archiwum.
Przyznaje, że nie pamięta, kiedy po raz pierwszy narysował coś więcej ponad dziecięce bazgroły. Co innego okres chłopięcy. I pamięta, i ma zachowane prace z tego czasu. Doktor wyjmuje z teczki (opisanej jak w archiwum państwowym) akwarelkę. Żołnierz w rogatywce, o kuli, bez jednej nogi.
- Miałem 15 lat, namalowałem to w 1943 r... Pierwsze obrazki zacząłem malować w 1940 r.
W teczce jest kilkadziesiąt akwarelek.
Jak przetrwały wojnę? Przetrwały.
Pewnie i dlatego, że doktor lubi mieć wszystko posegregowane, poukładane według ustalonego porządku. Posegregujmy więc - jako tako - z okazji tej wizyty domowej, życie Olgierda A. Kossowskiego.

Lewy prosty

Po sześciu dekadach doktor nadal ma twardą dłoń. Będąc młodzikiem, boksował, jak to się dziś mówi: wyczynowo.
- Na koncie mam pięćdziesiąt walk. Zacząłem chodzić w półśredniej, skończyłem w półciężkiej...
To było w Lublinie, jesienią 1944 r.
W tamtejszym Domu Żołnierza stawili się najlepsi przedwojenni bokserzy, początkujący także, ale i zaawansowani.
Debiut nie był zły. Walka zakończona remisem jednocześnie rozpoczęła przygodę młodego Kossowskiego z boksem.
Walczył w kilku klubach. W bielskim BBTS, warszawskim Budowlani. Był reprezentantem Polski, mistrzem Warszawy.
Rzec można byłoby, że to boks sprawił, iż został... lekarzem. Z dwóch powodów. O pierwszym - teraz. O drugim - za chwilę.
Boksował będąc studentem II roku medycyny na Uniwersytecie Warszawskim.
Zawody w niedzielę. Trzy treningi w tygodniu. Godził jedno z drugim.
Miał już na koncie 47 walk. W trzech następnych zaliczył knock-downy. Za każdym razem tracił przytomność.
W 1949 r., po trzecim liczeniu, lekarz sportowy poradził mu, by sobie dał spokój z boksem, bo jeśli nie, to może mieć problemy ze zdrowiem. Kossowski posłuchał i od tego momentu miał w tygodniu więcej czasu na studiowanie medycyny.
- Nie żałuję, że byłem bokserem, choć karierę skończyłem w nieco wymuszony sposób. Poznałem wówczas osobiście wielu bokserów, którzy przeszli do historii. Znałem Stamma, "Teddy’ego" Pietrzykowskiego...

Niedoszły marynarz

Po maturze, w 1946 r., wyjechał z Bielska do Gdyni. Do szkoły morskiej.
Nawet zdał merytoryczne egzaminy.
Wycofał się, gdy miał stanąć do rozmowy politycznej. Trudno byłoby ją zaliczyć, gdy się miało ojca legionistę, a samemu było się związanym nie z Armią Ludową, ale Krajową.
Wiedząc, że nie sprosta wymaganiom socjalistycznego egzaminu, udał się tam, gdzie takiego nie przeprowadzano.
W Warszawie, na geologii postanowił studiować.
Geologia, nauka jak nauka. Nie bardzo go pociągała. Wolałby medycynę. W końcu ojciec był medykiem w Legionach.
Był tylko jeden problem: pochodzenie społeczne. Będąc dzieckiem z rodzinny inteligenckiej miał ograniczone pole do rywalizacji o indeks z pociechami chłopów i robotników (chłoporobotnicy jeszcze się wtedy nie narodzili). I w tym momencie przydało się fechtowanie na pięści. Oj, przydało...
Ludzie z klubu Budowlani remontowali jakąś uniwersytecką aulę. Prezes powiedział komu trzeba: wiecie towarzyszu, to dobry bokser i lekarzem chce być. I tym sposobem wstawiennictwo, socjalistycznego ma się rozumieć, klubu, zniwelowało różnice punktowe między klasą, która przejęła władzę, a warstwą, która ją straciła.

Piórkiem...

Doktor znany jest w środowisku medycznym z tego, że uwiecznia jego przedstawicieli w karykaturze.
- Mam parę zasad. Po pierwsze, żeby komuś narysować karykaturę, to go muszę znać. Pana nie znam, więc nie mogę pana rysować. Po drugie: nie rysuję nigdy z pamięci, czy ze zdjęcia.
Muszę widzieć człowieka.
Teraz już rzadziej popełnia karykatury.
Z czasów, gdy był aktywny zawodowo, pochodzą dwa tomy karykatur. Zostało jednak przyzwyczajenie.
- Gdy prowadzę jakieś zebranie, to jednocześnie rysuję. Jedno nie przeszkadza mi w drugim. Poza tym do rysowania muszę mieć tzw. wenę, jak to określa się tego rodzaju stan maniakalny...
Doktor wyjmuje kolejną teczkę (oczywiście opisaną, jak w państwowym archiwum). Gromadzi w niej satyrę erotyczną własnego autorstwa. Jeden z rysunków: kobieta, konfesjonał, ksiądz pyta: Jak grzeszyłaś? Kobieta coś mówi.
Sutanna księdzu podnosi się karykaturalnie wysoko w jednym miejscu...

...i igłą

Doktor, będąc emerytem, pracuje w Poradni Leczenia Bólu i Akupunktury w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku- Białej. Akupunkturą zajmuje się już od ćwierćwiecza. W tej chińskiej metodzie nie tyle interesuje go walka dwóch przeciwstawnych sił - pierwiastka męskiego (yang) i żeńskiego (yin), co jej neurofizjologiczna strona.
Ta fascynacja neurofizjologią akupunktury zaprowadziła doktora do Japonii (w 1981 r.) i Chin (w 1988).
Będąc w pierwszym państwie, był przyjęty w cesarskich ogrodach przez ówczesnego następcę tronu - księcia Akihito, dziś 125. cesarza Japonii.
Doktor przyznaje, że była to jedyna jego wyprawa, podczas której nie ruszył szkicownika, bo tak była fascynująca, że nie miał czasu na rysowanie.
Będąc w Państwie Środka zgłębiał tajniki akupunktury. Tamtejsi znawcy sprezentowali mu półmetrową figurę człowieka z zaznaczonymi wszystkimi punktami i kanałami energetycznymi Qi, zwanymi w Europie meridianami.
- Nakłuwanie odpowiednich punktów, receptorów, przede wszystkim uśmierza ból. W bielskiej Poradni Leczenia Bólu i Akupunktury w tym celu właśnie stosuję tę chińską metodę. Powiem, że zdaje ona ten egzamin. Należy znaleźć na ciele pacjenta tylko właściwy punkt, którego podrażnienie wywołuje reakcję odruchową poprzez układ nerwowy obwodowy i sympatyczny, rdzeń kręgowy aż do mózgu. I tą drogą wpływamy na doznania bólowe. Niektórzy uważają, że akupunkturą można wpływać nie tylko na skutki, ale także na przyczyny schorzenia.
Dr Olgierd Andrzej Kossowski nie podziela aż takiego optymizmu. Chociaż, kto wie, może czas pokaże, że konwencjonalne i niekonwencjonalne metody prowadzą do tego samego?

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum