Rezydent na dyżurze w prawnym potrzasku

Autor: Ryszard Rotaub • • 29 września 2014 14:26

Sąd Okręgowy w Białymstoku skazał lekarkę na 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na 3 lata za to, że w 2009 r., kiedy była jeszcze rezydentem, opóźniła cesarskie cięcie, choć istniało zagrożenie niedotlenienia płodu. Podlegała wtedy doświadczonemu ginekologowi. Jakie są granice odpowiedzialności początkujących lekarzy?

Chłopczyk urodził się niedotleniony i z zamartwicą. Jest wina, musi być kara. Tylko komu ją przypisać? Obrońca lekarki argumentował, że pracowała pod nadzorem lekarza, który podejmował decyzje odnośnie leczenia pacjentek. Ona zaś dopiero zaczynała specjalizację, nie mogła kwestionować uprawnień lekarza z 10-letnim stażem.

Innego zdania była mecenas reprezentująca pokrzywdzoną rodzinę. Mówiła, że lekarz rezydent ma prawo leczyć, podejmuje decyzje, za które także ponosi odpowiedzialność.

Sąd Okręgowy w Białymstoku 1 sierpnia br. uznał, że Katarzyna M. jest winna nieumyślnego narażenia dziecka na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Złagodził jednak wyrok, który zapadł w pierwszej instancji.

- Biegli nie byli w stanie stwierdzić, czy gdyby cięcie cesarskie zostało przeprowadzone wcześniej, to dziecko urodziłoby się zdrowe. Dlatego nie zostały oskarżonej postawione cięższe zarzuty - stwierdził sędzia w ustnym uzasadnieniu.

Przywołał też opinię biegłych, że decyzja o cesarskim cięciu była prawidłowa, ale spóźniona co najmniej o trzy godziny (Katarzyna M. nie poinformowała lekarza nadzorującego o przebiegu porodu). Sąd uznał, że rezydentka ponosi pełną odpowiedzialność.

Winna. Czy są współwinni?

- Lekarz rezydent jest w trakcie specjalizacji i nie może sam podejmować decyzji leżących w kompetencji specjalisty. Lekarz rezydent pracuje pod nadzorem lekarza specjalisty i w jego obecności może wykonywać zabiegi specjalistyczne - powiedział Romuald Knaś, Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej w Białymstoku, któremu zrelacjonowaliśmy sprawę (nie była rozpatrywana przez rzecznika).

Inną opinię na temat odpowiedzialności rezydenta i jego relacji z opiekunem ma Maciej Hamankiewicz, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej: - Ani kierownik specjalizacji, ani opiekun stażu nie ma obowiązku stałego wykonywania świadczeń zdrowotnych wraz z rezydentem i na pewnym etapie szkolenia specjalizacyjnego może dopuścić rezydenta do samodzielnego wykonywania świadczeń zdrowotnych.

- Mając to na uwadze, trzeba przyjąć, że w razie gdy lekarz rezydent popełni błąd medyczny podczas samodzielnego wykonywania świadczeń zdrowotnych, nie można automatycznie przyjmować istnienia "współwiny" kierownika specjalizacji. Co do zasady rezydent ponosi odpowiedzialność za podejmowane przez siebie działania medyczne - twierdzi dr Hamankiewicz.

Choć była to sprawa karna (wymagała przypisania winy konkretnej osobie), sąd w Białymstoku analizował jej różne aspekty, również z zakresu prawa cywilnego. Jak powiedział nam sędzia Przemysław Grzegorz Wasilewski, który orzekał w tym procesie, lekarka miała wtedy dyżur (sama wystąpiła do dyrekcji o dyżur) i to ona przyjmowała rodzącą do szpitala.

Program specjalizacji

Zdaniem sędziego sprawa dyżurów lekarzy rezydentów nie jest do końca uregulowana. W dużych szpitalach, jak np. w Szpitalu Klinicznym w Białymstoku, lekarza rezydenta można dopuścić do pełnienia dyżuru, jeżeli osoba nadzorująca jego pracę, np. lekarz z II stopniem specjalizacji, zgodzi się za nią odpowiadać.

W mniejszych ośrodkach są dopuszczani do dyżurów, mimo że nie mają zgody kierownika specjalizacji lub opiekuna.

Ocena sędziego co do braku jednoznacznego uregulowania kwestii dyżurów rezydentów i ich odpowiedzialności wydaje się zbieżna z opiniami samych rezydentów. "Jesteśmy zmuszani do pracy, do której nikt nas nie przygotował" - skarżyli się młodzi lekarze ze Śląska w piśmie do Porozumienia Pracodawców Ochrony Zdrowia (PPOZ), organizacji zrzeszającej lekarzy rodzinnych (podobne pismo wystosowali również rezydenci z Pomorza).

Przypomnieli, że program specjalizacji z zakresu medycyny rodzinnej nie przewiduje samodzielnych dyżurów młodych adeptów tej dziedziny w izbie przyjęć. Przyznali wprost, że boją się, iż z powodu braku odpowiedniego przygotowania doprowadzą do błędu medycznego, który może skutkować uszczerbkiem na zdrowiu lub śmiercią pacjenta.

PPOZ zareagowało wystąpieniem do Ministerstwa Zdrowia i Centrum Medycznego Kształcenia Podyplomowego, w którym podkreślono, że "łatanie dziur i braków personalnych izb szpitalnych rezydentami medycyny rodzinnej jest niedopuszczalne i niezgodne z prawem".

Rzecznik Ministerstwa Zdrowia Krzysztof Bąk w wypowiedzi dla PAP wskazał natomiast, że przepisy regulujące przebieg szkolenia specjalizacyjnego nie precyzują, gdzie lekarz powinien realizować dyżury medyczne.

- Dopuszczalne jest pełnienie przez rezydenta dyżurów również w warunkach izby przyjęć. Sam program specjalizacji określa, iż w zakresie opieki całodobowej lekarz jest zobowiązany do pełnienia trzech dyżurów miesięcznie (niekoniecznie samodzielnych), natomiast miejsce pełnienia i czas trwania dyżurów uczący się uzgadnia z kierownikiem specjalizacji po uprzednim uzgodnieniu z ośrodkiem kształcenia - wyjaśnił Krzysztof Bąk.

Niewolnik na kontrakcie

Na jeszcze jeden aspekt dyżurów pełnionych przez rezydentów zwraca uwagę Zarząd Krajowy Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. W liście do dyrektor Departamentu Nauki i Szkolnictwa Wyższego MZ informuje "o coraz powszechniejszym zjawisku traktowania lekarzy rezydentów nieomal jak niewolników przez niektórych dyrektorów szpitali".

Wykorzystują oni fakt, że dyżury pełnione są na podstawie umowy cywilnoprawnej (kontraktu). "Warunki takiego kontraktu przewidują zwykle pełną odpowiedzialność lekarza rezydenta za ewentualne błędy, a także jego (rezydenta) formalną i faktyczną samodzielność przy wykonywaniu pracy lekarza podczas dyżuru" - zauważa OZZL i podkreśla z naciskiem, że jest to niezgodne z prawem i istotą rezydentury.

Jak wobec tak rozbieżnych opinii i skomplikowanych sytuacji powinien postępować rezydent świadomy, że w razie błędu grozi mu odpowiedzialność karna?

Tomasz Romańczyk, specjalista chorób wewnętrznych i gastroenterologii, członek Naczelnej Rady Lekarskiej, były dyrektor Centralnego Szpitala Klinicznego Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach, przychyla się do poglądu, że jeśli rezydent jest pod bezpośrednim nadzorem przełożonego, to odpowiedzialność ponosi przełożony. Nie jest to jednak zależność bezwzględna.

- Gdy rezydent ma przekonanie, że zalecenia przełożonego są nietrafne, musi zareagować i zażądać wydania polecenia na piśmie, a następnie pisemnie odmówić - tłumaczy Romańczyk i dodaje, że nawet żołnierz może sprzeciwić się i nie wykonać rozkazu.

- Kilkakrotnie jako dyrektor szpitala klinicznego spotykałem się z takimi sytuacjami, choć nie kończyły się one w sądzie. Dotyczyły różnicy zdań np. na temat tego, czy przyjąć chorego do szpitala, ryzyka wynikającego z transportu pacjenta itp. - wyjaśnia.

Tomasz Romańczyk uważa, że lekarz powinien mieć na tyle odwagi cywilnej, żeby powiedzieć o wątpliwościach przełożonemu i sprzeciwić się mu. - Takie zachowania odbierałem pozytywnie, bo dawały podstawy, by sądzić, że z rezydenta będzie lekarz z prawdziwego zdarzenia. Jeśli rezydenci nie zgłaszają wątpliwości, nie protestują, to źle świadczy to o osobie prowadzącej staż.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum