Ręka od św. Jadwigi

Autor: Iwona Bączek • • 10 maja 2008 16:40

Chirurg przyszywający odciętą kończynę jest jak bramkarz broniący karnego - uda się lub nie - nic do stracenia, wszystko do zyskania...

Adam Domanasiewicz, chirurg ze Szpitala Powiatowego im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy, nie pamięta swojej pierwszej samodzielnej operacji replantacji ręki. Później było ich tak wiele, że obraz rozmył się w powodzi kolejnych. Zawrotne tempo życia dopełniło dzieła. Kilkanaście dyżurów miesięcznie, oprócz normalnej pracy na oddziale - kto byłby w stanie zapamiętać wszystko?
- Najbardziej zapadają w pamięć szczególnie drastyczne przypadki, ewentualnie te, które z różnych względów stały się kanwą do późniejszych poczynań naukowych - mówi doktor Adam Domanasiewicz. - Zawsze szczególne są sytuacje związane z dramatem dzieci, z krzywdą małego człowieka postawionego na przegranej pozycji już na starcie. Wtedy odczuwa się, siłą rzeczy, większe emocje, choć przed replantacją skupiam się nie na swoich odczuciach, ale raczej na pokonywaniu trudności technicznych i logistycznych.

Sezon na replantacje

Zaczyna się w Trzebnicy wraz z rozpoczęciem prac polowych na wsi. Nieuwaga, brak wyobraźni i opieki nad dziećmi zbierają obfite żniwo. Chirurdzy ze szpitala św. Jadwigi Śląskiej masowo przyszywają nie tylko ręce urwane przez maszyny rolnicze i taśmociągi, ale także dziecięce nóżki. W sumie było ich dziewięć. Dramatycznych wydarzeń nie brakuje: wypadek chłopaka, który po wygranym meczu swojej drużyny wystawił w euforii rękę poza okno samochodu, historia chłopca, którego ręka została w wirującej pralce i wiele, wiele innych.
Bywają przypadki, kiedy chirurdzy z Trzebnicy dokonują "cudów", by uchronić pacjenta przed amputacją. Tak było w przypadku młodej kobiety, która trafiła niedawno na oddział z ręką całkowicie oskalpowaną przez maszynę. Brakowało nie tylko skóry, ale w wielu miejscach także tkanki mięśniowej.
- Młoda, zdrowa kobieta, matka dwójki dzieci - wspomina doktor Domanasiewicz. - Zdecydowaliśmy się na pokrywanie ubytków płatami unaczynionymi poprzez wszczepienie ręki - w ciągu kilku tygodni - wraz z całym przedramieniem w powłoki brzuszne. W tym czasie odsłonięte kości pokryły się tkanką tłuszczową. Następnie zastosowaliśmy przeszczepy skórne, a samą dłoń, ze względów estetycznych, wykonaliśmy w sztucznej matrycy kolagenowej, tzw. integrze. Ten ostatni zabieg kosztował 20 tys. zł. Ani szpital, ani pacjentka nie mogliby sobie na to pozwolić, finansowanie przejęła zatem firma, w której kobieta uległa wypadkowi.

Smak chirurgii

- Do Trzebnicy trafiłem w 1990 r. głównie dzięki ojcu, też Adamowi Domanasiewiczowi i też chirurgowi - wspomina nasz rozmówca. - Dał mi cenną wskazówkę, której posłuchałem: jeśli chcesz się nauczyć wszechstronnej chirurgii i poczuć jej prawdziwy smak, jedź do Trzebnicy. Jeśli wolisz specjalizację w obrębie jednego narządu, wybieraj ośrodek akademicki w dużym mieście. No więc wybrałem.
Magnesem przyciągającym młodych lekarzy do Trzebnicy był prof. Ryszard Kocięba, szef zespołu chirurgicznego operującego w pełnym zakresie, łącznie z chirurgią urazową i onkologiczną. Zostać uczniem chirurga, który w 1971 r. jako pierwszy w Europie przeprowadził zakończoną sukcesem operację przyszycia pacjentowi jego własnej ręki, to było coś. Choć status szpitala powiatowego nie sprzyjał ani perspektywie zagranicznych staży, ani dobremu usprzętowieniu sal operacyjnych, ważniejsza była aura wokół znanego z pewnej ręki, odwagi i innowacyjności szefa - wizjonera. Nieżyjący już dziś prof. Kocięba sam w sobie był gwarancją, że Trzebnica wychowa doskonałych chirurgów.
- Należał do ginącego gatunku wszechstronnych operatorów - wspomina doktor Domanasiewicz. - Nie miało dla niego znaczenia, czy zabieg dotyczy czaszki, klatki piersiowej czy jamy brzusznej. Był nieocenionym nauczycielem, podobnie jak śp. dr Deodat Łapczyński, dr Janusz Kaczmarczyk i obecny szef chirurgii doc. Jerzy Jabłecki.
Ośrodek Replantacji Kończyn w Trzebnicy działał jako suwerenna placówka od lat 70. do 2004 r. Na skutek restrukturyzacji doszło wówczas do konsolidacji ze szpitalem powiatowym, do którego dołączyło także Centrum Rehabilitacyjno- Ortopedyczne dla dzieci i młodzieży. Zabiegi replantacji i transplantacji kończyn odbywają się obecnie w ramach chirurgii ogólnej i mikrochirurgii Szpitala św. Jadwigi Śląskiej.

Ostry dyżur

Szpital w dolnośląskiej Trzebnicy nie jest jedynym ośrodkiem w Polsce zajmującym się replantacją kończyn, choć jedynym, który ma na koncie udaną transplantację ręki. Własne, odcięte ręce pacjentów, przyszywają m.in. szpitale w Krakowie - Prokocimiu, Poznaniu oraz szczeciński ośrodek prof. Andrzeja Żyluka. Mimo to, Trzebnica jest wyjątkowa. O jej nieporównywalnej do innych pozycji decyduje masowość replantacji. W skali roku jest ich nawet 60.
- W odróżnieniu od innych szpitali pełnimy codziennie, nieprzerwanie od 1971 r., ostry dyżur, dlatego zdecydowana większość przypadków trafia tutaj - wyjaśnia Adam Domanasiewicz. - Kliniki chirurgii ręki w ośrodkach akademickich mają świetnych specjalistów, ale jeśli dyżurują np. raz w tygodniu, to łatwo przewidzieć, kto ostatecznie zajmie się pacjentem...
Jednak i szpital w Trzebnicy musi czasem odmówić zabiegu. Dziewięcioosobowy do niedawna zespół doświadczonych chirurgów liczy obecnie tylko pięciu operatorów. Trudno więc obstawić cały miesiąc. Jeśli replantacja jest w toku, a w tym samym czasie pojawia się kolejne zgłoszenie, nie ma możliwości przyjęcia pacjenta. Ci sami lekarze pełnią równocześnie ostry dyżur w ramach chirurgii ogólnej, nie ma zatem taryfy ulgowej. Nie ma również mowy o dodatkowych wynagrodzeniach za operacje mikrochirurgiczne. Zespół działa siłą pasji i rozpędu.
- Nasz skład został mocno uszczuplony - mówi doktor. - Część kolegów odeszła na "wieczną wartę", część szykuje się na emeryturę. Kadra się starzeje i to jest problem.

Zwykła procedura

Adam Domanasiewicz podkreśla, że replantacja jest obecnie standardem, czymś codziennym i normalnym. Jako procedura figuruje w katalogu procedur każdego oddziału chirurgii urazowoortopedycznej, co oznacza, że powinna być powszechnie wykonywana. Do powszechności jej jednak daleko. Ciężkie, wielogodzinne operacje, przeważnie nocą, wymagające od chirurgów nie tylko doświadczenia i precyzji, ale i niezłej kondycji fizycznej, nie należą do zabiegów, których podejmie się każdy szpital. Dla ostrych przypadków wymagających mikrochirurgii interwencyjnej nie ma do dzisiaj rejonizacji i regulacji prawnych. Teoretycznie mogą to robić wszyscy, ale często... nie ma kto.
Zespolenie kości stanowi najmniejszy problem. Najtrudniejsza jest żmudna rekonstrukcja żył, tętnic i nerwów warunkująca przeżycie kończyny, która musi być odpowiednio dotleniona, odżywiona i unerwiona. W Trzebnicy udaje się 90% replantacji. To bardzo dużo, ale zdarzają się przypadki, kiedy trzeba się poddać. Tym bardziej że rozszerzenie kryteriów przyjęć spowodowało, iż zespół coraz częściej ma do czynienia z bardzo trudnymi sytuacjami.
- Kiedyś do replantacji były kwalifikowane tylko czyste amputacje - podkreśla chirurg. - Teraz przyszywamy ręce nie tylko obcięte, ale także zmiażdżone, bardzo zniszczone. To, naturalnie, zupełnie inny stopień trudności zabiegu i inne rokowania. Bywa, że np. po tygodniu tracimy przyszytą kończynę. Dokonując replantacji, czuję się jak bramkarz, któremu mają strzelać karnego. W zasadzie nie mam nic do stracenia. Zło już się stało. Ktoś stracił rękę. Jednocześnie mam wszystko do wygrania, bo ten ktoś może odzyskać szansę na w miarę normalne życie.
Najgorzej jest wtedy, gdy lekarz zajmujący się pacjentem tuż po wypadku robi mu nadzieję na przyszycie ręki, a na miejscu okazuje się, że to niemożliwe. Dlatego chirurgom z Trzebnicy przestają wystarczać opisy przez telefon. Namawiają kolegów do zrobienia zdjęcia odciętej kończyny i przesłania go e-mailem. To daje większą szansę na skuteczną kwalifikację do zabiegu.

Debiut w transplantacji

Mijają właśnie dwa lata od pierwszej w Polsce transplantacji ręki przeprowadzonej przez zespół trzebnickich chirurgów. Lekarze z Trzebnicy przygotowywali się do tej operacji od dawna. Program transplantacji ręki ruszył w szpitalu w 2000 r., ale na jego faktyczną inaugurację trzeba było długo czekać.
- To było sześć pustych lat - ocenia doktor. - Mieliśmy wprawdzie kilka sytuacji, kiedy dawca i biorca leżeli już na jednej sali, ale rodzina dawcy zawsze wycofywała się w ostatniej chwili. W końcu którejś wiosennej soboty 2006 r. zadzwonił telefon z Poltransplantu. Wszystko, co wydarzyło się później, było sumą naszych poczynań organizacyjnych, które uważam za wielki sukces, i determinacji naszego pacjenta, Leszka Opoki, który po dwunastu latach życia bez ręki chciał wrócić do normalności. Operacja trwała ponad 12 godzin, ale opłacało się. To była 24. transplantacja ręki w Europie i Ameryce.
Choć replantacja i transplantacja kończyny oznaczają pod względem technicznym to samo - w grę wchodzi zespolenie kości, tętnic, żył i nerwów - to jednak znacznie różnią się stopniem trudności. W przypadku transplantacji kończyna amputowana od dawcy jest przygotowana chirurgicznie, bez dużego zniszczenia tkanek spotykanego często w replantacji. Jednocześnie ręka dawcy, innego człowieka, oznacza pojawienie się różnic anatomicznych, np. innych naczyń krwionośnych i innego ich położenia. W przypadku Leszka Opoki, który stracił rękę kilkanaście lat temu, naczynia kikuta były dodatkowo pozarastane, a mięśnie w znacznym stopniu w zaniku. Mimo wszystko udało się. Choć nowa ręka nigdy nie będzie tak sprawna jak własna, to jednak skutecznie pomaga w codziennych czynnościach.
- Czekamy na kolejną okazję, aby pomóc pacjentowi, który znalazł się w podobnie dramatycznej sytuacji - nie ukrywa Adam Domanasiewicz. - Od czasu przypadku pana Leszka mieliśmy dwa alarmy, niestety, za każdym razem były przeciwwskazania do pobrania kończyn. Jestem przekonany, że przyjdzie dzień, w którym dokonamy przeszczepu obu rąk. Jesteśmy na to gotowi w każdej chwili. Przeszczepić jedną rękę czy dwie to immunologicznie żadna różnica, zasady są te same, za to jaka zmiana jakości życia pacjenta!

Odwaga dyrektora

Po historycznym dla szpitala wydarzeniu, jakim była udana transplantacja ręki, nikt w trzebnickiej lecznicy nie przewidział trudności z finansowaniem operacji. Ministerstwo Zdrowia zafundowało jednak placówce niespodziankę. Nie chciało zapłacić, ponieważ… zabieg został przeprowadzony bez wcześniejszego uzgodnienia z resortem! Kwota w wysokości 80 tys. zł (warto dodać, że w Stanach Zjednoczonych byłoby to 250 tys. USD...) - trafiła w końcu na konto lecznicy, ale niesmak pozostał.
- Chwała Edwardowi Puchale, naszemu dyrektorowi, który podjął ryzyko, bo nie ma się co oszukiwać: 80 tys. zł to w budżecie szpitala powiatowego znacząca pozycja - przyznaje doktor Domanasiewicz. - Na przyszłość także otrzymaliśmy od dyrektora jasny przekaz: róbcie, co trzeba. I zrobimy.

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum