Iwona Bączek | 09-11-2009 13:07

Przekształcić trzeba system, a nie tylko szpitale

Podczas V, jubileuszowego Forum Rynku Zdrowia frekwencja dopisała jak zwykle: sesje odbywające się 22 i 23 października w warszawskim hotelu Sheraton zgromadziły około 1200 uczestników. Sesję główną, otwartą przez minister zdrowia Ewę Kopacz, zdominowały aktualne wydarzenia.

Sesja główna V Forum Rynku Zdrowia

Szeroko dyskutowane były m.in.: tzw. ustawa koszykowa, zmiany w systemie kształcenia lekarzy, tzw. plan B, brak płatności nadwykonań, skutki wdrożenia rozliczeń szpitali z Funduszem w ramach systemu Jednorodnych Grup Pacjentów, perspektywy rozwoju dodatkowych ubezpieczeń zdrowotnych oraz ułomność polskiego prawa ochrony zdrowia.

Jak wyciekają pieniądze

Minister Ewa Kopacz zwróciła uwagę, że w debacie nad systemem ochrony zdrowia w Polsce wszechobecna jest polityka, a brak ciągłości reform powoduje, że kolejne ekipy rządzące nie przejmują po poprzednikach tego, co dobre, a zaczynają wszystko od początku. Wskazała także przykłady świadczące o potrzebie wprowadzania zmian w systemie.

- Mimo środków na ochronę zdrowia o 8 mld zł większych w 2008 r. i o 2 mld zł większych w 2009 r., poziom satysfakcji pacjenta jest wciąż niski - mówiła minister zdrowia. - A to oznacza, że nie ma sensu sięganie do kieszeni podatnika po kolejne pieniądze. Rzeczywistość pokazuje, że to niczego nie zmieni.

Zdaniem Ewy Kopacz, dziur, przez które środki wyciekają z systemu, jest wiele. Jeśli zadłużony szpital ma nadwykonania na oddziałach ratujących życie, a w reszcie jednostek niedowykonania, dodatkowe pieniądze za nadwykonania idą i do oddziałów pracujących pełną parą, i do tych, które nie wyrabiają kontraktów.

- Problem stanowią także badania kliniczne - dodała minister Kopacz. - Wielu dyrektorów szpitali nie wie nawet, ilu ma badaczy, a pieniądze na ten cel płyną poza ich wiedzą. Badania kliniczne muszą być prowadzone, ale w przejrzysty sposób i na pewno nie kosztem pacjentów czekających miesiącami na wolne łóżka.

Kosztowne decyzje

Profesor Piotr Kuna, dyrektor Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego nr 1 im. Barlickiego w Łodzi, nie ukrywał swojego stanowiska: jak największa część środków z NFZ, przekazywanych szpitalom na leczenie, powinna być wykorzystana zgodnie z przeznaczeniem, tj. na leczenie.

- Tymczasem po wdrożeniu systemu rozliczeń w ramach JGP okazało się, że musieliśmy zatrudnić dodatkowo dwadzieścia osób i kupić system informatyczny, co w sumie kosztowało około 1 mln zł - mówił prof. Kuna. - Jaki jest zatem koszt wdrożenia JGP w skali kraju? Ponadto: dlaczego w ogóle nie mówi się o jakości leczenia? Dlaczego państwo pomaga zadłużonym, źle zarządzanym szpitalom, a nie pomaga dobrym? Może szpitali w Polsce jest zwyczajnie za dużo?

Maciej Piróg, dyrektor Centrum Zdrowia Dziecka w warszawskim Międzylesiu, położył natomiast nacisk na skutki tzw. ustawy podwyżkowej z 2006 r.

- Miałem wówczas nieszczęście otrzymać najwięcej środków na pod-wyżki - przypomniał dyrektor Piróg. - Obecnie nie ma po nich śladu, ale podwyżki zostały. W efekcie doszło do zaburzenia systemów motywacyjnych na całe lata.

Złe prawo trzeba zmienić

Profesor Michał Kulesza, przewodniczący rady programowej Fundacji Lege Pharmaciae, partner w kancelarii Romański, Zakrzewski, Palinka, współ-twórca dwóch reform samorządowych, krytycznie ocenił stan prawa ochrony zdrowia w Polsce. Jednocześnie zwrócił uwagę, że problem dotyczy najbardziej żywotnych interesów Polaków, a zarazem ogromnego rynku (choć niektórzy uczestnicy Forum mieli wątpliwości, czy o polskim rynku ochrony zdrowia w ogóle można mówić). - Istniejąca regulacja jest kompletnie nieprzejrzysta i wytwarza bałagan zamiast porządku - zaznaczył prof. Kulesza. - Przy-kładem może być np. wyrok NSA w sprawie przekształcenia szpitala w Kluczborku. Jeśli Naczelny Sąd Administracyjny stwierdza, że likwidacja SPZOZ-u i stworzenie NZOZ-u narusza prawa obywatelskie, to lepszego dowodu na to, jak fatalne jest prawo ochrony zdrowia, nie potrzeba.

Profesor Michał Kulesza zwrócił również uwagę na dwa zapisy w Konstytucji RP: każdy ma prawo do ochrony zdrowia oraz - każdy ma równe prawo do świadczeń finansowanych ze środków publicznych. Zdaniem prof. Kuleszy, nikt nie chce dostrzec, że drugi z tych zapisów oznacza istnienie także innego zakresu świadczeń: tych, które ze środków publicznych finansowane nie są.

- Istota regulacji w ochronie zdrowia tkwi głęboko w PRL-u - ocenia prof. Kulesza. - Wszystko jest państwowe i wszystko się wszystkim należy . T o kompletnie nie przystaje do naszej rzeczywistości. Coraz więcej samorządów rozumie na szczęście, że bez normalnego menedżeryzmu w ochronie zdrowia niczego się nie da zdziałać. Sprawy toczą się w dobrym kierunku. Ale to jeszcze nie jest sukces: teraz bardzo wiele zależy od dobrego prawa.

Plan B: zapał ostygł

Z dużej chmury mały deszcz - w ten sposób Bolesław Piecha (PiS), były wiceminister zdrowia, a obecnie przewodniczący sejmowej Komisji Zdrowia, ocenił tzw. plan B.

- Na 2010 r. zostanie przeznaczonych na ten cel 350 mln zł, podczas gdy wcześniej mówiono o kwocie ponad 2 mld zł - zauważył poseł Piecha. - Do planu B miało aplikować ponad 60 szpitali, a z tego, co wiem, wniosków jest zaledwie kilka. Byłem obecny podczas posiedzeń poświęconych sprawie przekształceń kilku rad różnych powiatów i wyraźnie widać, że samorządowcy nie bardzo wiedzą, co mogą tą drogą uzyskać.

- Do tego trzeba dodać kiepską sytuację NFZ, który pozostaje przecież płatnikiem spółek, kontrakty mogą zatem nie wzrosnąć. Jednocześnie należy wątpić, że mieszkańcy powiatów będą w stanie płacić za świadczenia z własnej kieszeni - stwierdził poseł Piecha.

Wiceminister zdrowia Adam Fronczak wyjaśnił, że w przypadku planu B była mowa o kwocie 1,1 mld zł. Ponieważ SPZOZ-y mają zobowiązania publicznoprawne łącznie na kwotę 576 mln zł, więc środków starczy nie tylko na ich spłatę, ale także na inne cele.

Zdaniem Danuty Tarki, prezes zarządu Stowarzyszenia Menedżerów Opieki Zdrowotnej (STOMOZ), zapał do przekształceń SPZOZ-ów w spółki minął.

- Całe szczęście, że przekształcenia nie są obligatoryjne - nie ukrywała prezes Tarka. - To przecież organy założycielskie szpitali kreują politykę zdrowotną, biorąc na siebie odpowiedzialność za ich długi. Ponadto: zmiana kosztuje, a środki na ten cel są wirtualne. To prawda, że spółki działają sprawniej, ale nie udaje im się jednak uniknąć zadłużeń i doprowadzić do satysfakcjonującego poziomu przychodów. Mówimy przekształceniom - tak - ale jednocześnie uważamy, że powinno do nich dochodzić ewolucyjnie, nie rewolucyjnie.

Staż lekarski: to już historia?

Wiceminister Adam Fronczak zwrócił uwagę na problemy z kadrą lekarską: w wielu specjalnościach większość lekarzy przekroczyła 50. rok życia, a ich następców nie widać. Jednocześnie wielu młodych lekarzy nie może się dostać na rezydenturę. Dodatkowym problemem stała się narastająca fala emigracji kadry medycznej.

- Zdecydowaliśmy że trzeba poszerzyć rezydentury ponieważ z jednej strony brakuje lekarzy, a z drugiej rejestrują się jako bezrobotni - mówił Adam Fronczak.

- Zmieniliśmy terminy LEP-u, zwiększyliśmy możliwości specjalizacji.

Wiceminister Fronczak zwrócił uwagę, że rezydenci pojawiają się obecnie także w szpitalach powiatowych, gdzie ich dotychczas nie było. Ukazało się też rozporządzenie o podziale specjalizacji na priorytetowe z wyższą stawką za rezydenturę. Pod koniec 2007 r. rezydenci zarabiali około 1,7 tys. zł, obecnie - ponad 3 tys. zł.

Wyzwanie przed uczelniami

- Prawdziwa zmiana systemu kształcenia lekarzy wymagała jednak czegoś więcej, dlatego od roku w resorcie zdrowia trwały prace nad założeniami nowelizacji Ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty

- podkreślił Adam Fronczak. - Przyjrzeliśmy się, jak to działa za granicą. I tak: w krajach "starej" UE stażu lekarskiego nie ma w ogóle, ponadto okazuje się, że medycyny można się nauczyć np. w cztery lata. Nie chodzi zatem o czas kształcenia, ale o jego jakość.

- Po ocenie, że w tej sferze potrzebne są zmiany, zaproponowaliśmy zniesienie stażu lekarskiego oraz wdrożenie specjalizacji modułowej, która umożliwi np. po dwóch latach modułu internistycznego kształcenie się w nefrologii. Dzięki temu ochrona zdrowia będzie miała dobrze przygotowanych specjalistów nie po 40. roku życia, ale dziesięć lat młodszych.

Wiceminister Fronczak nie ukrywa, że przed uczelniami medycznymi stoi obecnie poważne wyzwanie: ciężka praca nad przebudową systemu kształcenia lekarzy.