Pożegnaliśmy Tadeusza

Autor: PTWP • • 01 lipca 2010 12:59

30 czerwca na cmentarzu w Sosnowcu pożegnaliśmy naszego Kolegę śp. Tadeusza Gańczarczyka - doświadczonego redaktora wielu śląskich tytułów prasowych, pasjonata motoryzacji, a ostatnio redaktora Miesięcznika Gospodarczego Nowy Przemysł oraz autora portalu wnp.pl. Zmarłego wspominają redaktorzy tytułów Grupy PTWP, którzy znali Go najdłużej.


Niedokończony tekst

Pierwsza refleksja - zaraz po ochłonięciu z szoku wywołanego wiadomością o śmierci Kolegi - jest nieodkrywcza i prosta: jak mało wiemy o człowieku, z którym znamy się tyle lat... I druga, równie banalna: że na wszystko poza pożegnaniem jest już za późno.

Z Tadeuszem pracowaliśmy razem od zawsze. Z kilkuletnią przerwą - dwie dekady. Szmat czasu, a znajomość niemal wyłącznie w pracy, poprzez pracę, nad tekstem i tematem. Nawet jego hobby, motoryzacyjna pasja, też było częścią zawodowej aktywności. Tak naprawdę poza dumą z córek, której nigdy nie krył, przez profesjonalną codzienność zwykle nie przebijało się to, co prywatne. Może dlatego, że dobrze wykonana robota była dla Tadeusza sprawą najzupełniej osobistą, wymagającą zaangażowania bez reszty. Praca serdecznie odwzajemniała to uczucie, bo było jej przy Nim zawsze dużo.

Terminowanie u Gańczara, bo tak nazywali go młodsi adepci, nie było nigdy technicznym warsztatem dziennikarskim, gdzie ucznia prowadzi się za rękę. Kontakt z Nim oznaczał natomiast codzienną lekcję rzeczowości i rozsądku, solidności i pokory. Umiejętność krytycznego słuchania, tolerancja bez pobłażania nieróbstwu, wrażliwość bez sentymentu i dystans bez cynizmu. Dla redaktora Gańczarczyka nie było tematów mniej ważnych i pobocznych; cała rzeczywistość wymagała uwagi i starań.

W ostatnich dwóch latach, już jako koledzy, tworzyliśmy zespół dwuosobowy, w którym nie ma miejsca na złą komunikację czy błędy. Znając Go z dawniejszych lat wiedziałem, że mogę na Niego liczyć i ufać, nie sprawdzając. Przez ostatnie dwa lata, kiedy pracował w Grupie PTWP, znów zdobywał sobie sympatię ludzi zwykle dużo młodszych, z innego rodzaju pokoleniowym doświadczeniem. Jeszcze raz sprawdziła się jego naturalna otwartość, spolegliwość, umiejętność rozładowywania napięć. I On cieszył się, że zza domowego biurka wrócił do pracy z ludźmi.

W ostatnich tygodniach, kiedy chorował w szpitalu i miał problemy z mówieniem, kontaktowaliśmy się poprzez krótkie wiadomości. Kolejne depesze z pola walki z chorobą odczytywane w telefonie komórkowym nosiły coraz więcej śladów trudu, w jakim powstawały. Nie można było oprzeć się wrażeniu, że Tadeusz odchodzi tak jak żył - poprzez słowa i teksty.

Na dzień przed śmiercią, w szpitalu pożegnał się wyszeptanym zdaniem, w którym było tyle samo żalu, co poczucia winy. - Wiesz, na razie nie wrócę do pracy...

Oskar Filipowicz, Nowy Przemysł

Lekcje u Tadeusza

W 1991 roku byłem nieopierzonym reporterem działu miejskiego Trybuny Śląskiej. Miałem wówczas okazję terminować między innymi pod okiem Tadeusza. Nie krzyczał, nie beształ. Oszczędny w słowach, do bólu konkretny i wymagający. Precyzyjnie, rzeczowo i cierpliwe wyjaśniał, o czym ma być zamówiony tekst. Dlatego Tadkowi nie wypadało oddawać do redagowania materiału napisanego niechlujnie, nierzetelnie, po łebkach.

„Fajny wywiad. Szkoda, że nie na temat” - usłyszałem od Tadeusza, gdy dumny jak paw przyniosłem do sekretariatu redakcji rozmowę z Jurkiem Owsiakiem. Miało być o ujawnionych wówczas przez nas nieprawidłowościach w jednym ze sztabów WOŚP. Tymczasem Owsiak włączył swój „piąty bieg”, trudno było mu przerwać. No i mówił, mówił... O dorobku Orkiestry, wspaniałych wolontariuszach.

Zamknięcie wydania gazety tuż-tuż. Zdruzgotany chcę jechać do domu, a Tadeusz, spokojny jak zawsze: „Dzwoń i rozmawiaj jeszcze raz”. Zadzwoniłem. Udało się.

Właściwie trochę się Go bałem. Do czasu pewnej wpadki. Jak to często bywa, czyli w pośpiechu, redagowałem stronę. Okazuje się, że poszedł na niej okropny byk. Tekst był m.in. o ruchach neofaszystowskich, ale, nie wiedzieć czemu, pomyłkowo padła w nim nazwa wielce zasłużonej organizacji polskiego ruchu oporu...

Od rana dzwonią do redakcji wściekli kombatanci. Tadek dzielnie ich wysłuchuje. Gdy burza mija, zaprasza mnie na rozmowę. Jestem pewien, że wyjdę z niej mokry i bez pracy. „Naczelny chyba nie zauważył. Swoje już od kombatantów i ich krewnych usłyszałem. Kiepsko wyglądasz. Weź dzisiaj wolne i porządnie odpocznij”. Taka to była rozmowa.

Bardzo się ucieszyłem, gdy po 15 latach nasze zawodowe drogi ponownie się zeszły - w jednym wydawnictwie, choć w innych redakcjach. Tadeusz w Nowym Przemyśle, ja w Rynku Zdrowia. Dzisiaj to ja mogę Ci powiedzieć: Tadziu, masz wolne, to porządnie sobie odpocznij!

Wojciech Kuta, Rynek Zdrowia

Podaj imię Wpisz komentarz
Dodając komentarz, oświadczasz, że akceptujesz regulamin forum